|
Spis treści:
- Zawracamy do średniowiecza
- Komórkowcy, sieciuchy i inni
- Teoria ewolucji Darwina
- Abp Życiński: Nikt nie odrzuca teorii ewolucji
- Nie można zapychać Bogiem dziur wiedzy - komentarz Piotra Cieślińskiego
- Wiceminister edukacji: Poradzimy sobie bez tolerancji
- Giertych chce zakazać Darwina w szkołach
- Ciemny
brąz – czyli co
zrobić z islamistami
- Żyd
i upiór, wampir i
gej. O pokrewieństwach. Społeczeństwo.
Kiedy inny
staje się obcym
- Atmosferka
- Pocztówki
znad krawędzi
- Poczet
rewanżystów
- Tęsknota za
solidarnością
- Jak to się robi
w mediach
- Dyzma, Zgredek
i spółka
- Polityka i
obyczaje
- Pochwała
namiętnej różnicy. Politologia.
Jak ocalić
demokrację?
- Ropa
– wszystkich
nas ostrzegano. Świat. Widmo
klęski paliwowej
-
Kapitalizm – system idealny?
- Czarny
czwartek (z blogu Adama Szostkiewicza)
- Wpis “Czarny
czwartek” skomentowano 7 razy
- Oriana
Fallaci nie żyje
-
Gorsi od Dmowskiego
- Kuracje
na wieczną młodość
- Nie
stawiała zbytnio oporu
- Elfy
na pensji
Spór o teorię ewolucji; Polityka 43/2006
Edwin Bendyk
Po
wypowiedzi Macieja Giertycha było tylko śmiesznie. Gdy głos zabrał
wiceminister edukacji Mirosław Orzechowski, zrobiło się groźnie.
Zaczęło
się w Brukseli, gdzie 11 października eurodeputowany Maciej Giertych
zorganizował debatę na temat teorii ewolucji i jej nauczania.
W konkluzji dyskutanci, obok Giertycha Joseph Mastropaolo z California
State University, Guy Berthault z paryskiej Ecole Polytechnique i Hans
Zillmer z uniwersytetu w Berlinie, uznali, że wywodzące się od Karola
Darwina koncepcje należy wycofać z programów nauczania. Maciej
Giertych, jak się dowiadujemy z informatora nauki polskiej, jest
profesorem zwyczajnym o specjalności „fizjologia drzew, genetyka
populacyjna drzew leśnych”.
Choć polscy uczeni
nie kryli zażenowania akcją byłego kandydata do urzędu prezydenta RP,
to trzeba jednak przyznać, że miał on do niej pełne prawo. Wolność
wypowiedzi, stowarzyszona z ryzykiem ośmieszenia się, jest jedną ze
zdobyczy liberalnej demokracji. Eurodeputowany Maciej Giertych jest
jednak ojcem urzędującego ministra edukacji, a ten zapytany
o komentarz, odpowiedział: „O to, czy teoria ewolucji jest prawdziwa,
czy nie, spierać się nie będę, bo się na tym nie znam. Ale naukowcy
mają prawo do takich dyskusji. W końcu teoria ewolucji to tylko
koncepcja, a nie fakt naukowy. Na obecność w programach różnych teorii
naukowych rodzice powinni mieć wpływ. Trudno mi teraz przesądzić, czy
powinni mieć prawo wyboru podręcznika – z teorią ewolucji albo bez.
O tym trzeba w Polsce rozpocząć dopiero dużą dyskusję” („Gazeta
Wyborcza”, 12 X 2006 r.).
Prawda nauki, prawda religii
Stanowisko
to można byłoby uznać za wyważone, gdyby nie to, że wypowiedział się
minister edukacji państwa należącego do Unii Europejskiej. Jedna
z fundamentalnych zasad takiego państwa mówi, że działający pod jego
auspicjami system edukacji uczy tego, co za prawdziwe uzna oficjalna
nauka. Ta zaś w ciągu ostatnich kilkuset lat wypracowała subtelne
metody dochodzenia do prawdy i jej artykułowania za pośrednictwem
systemu uniwersytetów i akademii. Na wydziałach astronomii nie uczy się
astrologii, bo nie ma nic wspólnego z nauką i dlatego też nie uczy się
astrologii w szkołach, choćby chcieli tego rodzice (wiadomo przecież,
że nawet w skrajnie racjonalistycznej Francji z usług wróżek
i astrologów korzysta ponad 10 proc. obywateli).
Podobnie
na wydziałach biologii nie uczy się kreacjonizmu, czyli teorii
stworzenia (chyba że w kontekście historii nauki), ale teorii ewolucji,
bo nauka uznaje ewolucję za fakt, spór zaś – stan dla nauki permanentny
– dotyczy mechanizmów i teorii fakt ten wyjaśniających. Uformowani na
uniwersytetach biolodzy mają obowiązek uczyć teorii ewolucji, choćby
nawet nie życzyli sobie tego rodzice uczniów, powodowani inną,
nienaukową wizją świata. Jeśli więc minister kończy wezwaniem do „dużej
dyskusji”, to w istocie byłaby to dyskusja o tym, czy model państwa
nowoczesnego, odnoszącego się do nauki jako jedynego uprawnionego
źródła wiedzy o świecie realnym, nadal jest aktualny.
To
ważki problem, a debata byłaby niezwykle ciekawa, gdyby nie wystąpienie
kolejnego wysokiego urzędnika resortu edukacji. „Teoria ewolucji to
kłamstwo. Mam przekonanie, że to pomyłka, którą zalegalizowano jako
obowiązującą prawdę. Dla mnie to opowieść o charakterze literackim,
mogłaby np. stać się kanwą filmu science fiction” – stwierdził najpierw
w wypowiedzi dla „Rzeczpospolitej”, a potem powtórzył „Gazecie
Wyborczej” Mirosław Orzechowski, wiceminister edukacji. Skąd minister
czerpie swoje przekonanie? „Darwinizm był tylko motywacją intelektualną
dla ludzi niewierzących, stał się paranaukową argumentacją dla nich.
Tymczasem w chrześcijaństwie przetrwała 2000 lat inna koncepcja:
kreacjonizm. To cywilizacyjna prawda, która płynie z wiary, jest
powtarzana i niezakwestionowana od tysięcy pokoleń”.
Orzechowski w istocie zamyka debatę, którą dzień wcześniej zapragnął otworzyć Roman Giertych, ogłaszając de facto
w imieniu rządu (bo tak należy rozumieć przesłanie Orzechowskiego,
skoro nadal pełni swoją ministerialną funkcję), że Polska wraca do
epoki sprzed procesu Galileusza, do czasów, kiedy źródłem prawdy
o rzeczywistości był przekaz wiary. To sytuacja bez precedensu
w obszarze cywilizacji euroatlantyckiej, niewyobrażalna nawet w Stanach
Zjednoczonych, gdzie od wielu lat trwa gorący spór o teorię ewolucji.
Niewzruszona konstytucja
Przykład
USA jest bardzo pouczający, bo kwestia nauczania ewolucji
i kreacjonizmu rozpala tam wielkie emocje, a od lat 90. stała się
częścią strategii politycznej republikanów liczących na głosy
konserwatywnego, by nie powiedzieć religijnie fundamentalistycznego,
Południa.
Mimo tej temperatury wszyscy jednak
wiedzą, że nie wolno im przekroczyć granicy wyraźnie wskazanej
w konstytucji. Stany Zjednoczone to państwo nowoczesne, ufundowane na
zasadzie rozdziału od religii. Dlatego w szkołach, co jasno stwierdził
Sąd Najwyższy, nie wolno nauczać koncepcji wyjaśniających
rzeczywistość, a odwołujących się do nienaukowych, religijnych
inspiracji. Stąd taktyka amerykańskich kreacjonistów, którzy próbują
przekonać, że proponowana przez nich idea Intelligent Design, czyli
inteligentnego zamysłu, jest teorią naukową analogiczną do teorii
ewolucji. A skoro tak, to powinna być nauczana na równych prawach.
Gdyby amerykańscy kreacjoniści posłużyli się argumentami ministra
Orzechowskiego, już na starcie straciliby szanse w sądzie.
Co
ciekawe, amerykańska wiara w konstytucję, jeden z najciekawszych
produktów Oświecenia, trwa, mimo że blisko jedna trzecia Amerykanów na
stwierdzenie: „istoty ludzkie, jakie znamy, rozwinęły się
z wcześniejszych gatunków zwierząt”, odpowiada zdecydowanie jak
Mirosław Orzechowski: kłamstwo!, a tylko 14 proc. uznaje teorię
ewolucji za bezwzględną prawdę.
W Polsce,
podobnie jak w całej Europie, sytuacja jest, przynajmniej teoretycznie,
mniej złożona. Z opublikowanych w sierpniu br. przez tygodnik naukowy
„Science” badań wynika, że Europejczycy nie mają problemu z ewolucją.
W krajach takich jak Francja, Dania, Islandia, Szwecja ponad 80 proc.
mieszkańców zgadza się z faktem, że ich ewolucyjnymi przodkami były
zwierzęta. W Polsce poparcie dla ewolucji wyraża ponad połowa badanych,
odrzuca ją niespełna 30 proc, reszta nie jest pewna.
Dzieje
się tak, mimo że większość Polaków jest wierząca. Najwyraźniej jednak
większość tej większości jest znacznie lepiej od polityka LPR
wyedukowana i wie, że przywoływanie religii w tym sporze to nadużycie.
Podkreślił to wyraźnie abp Józef Życiński, wybitny filozof nauki,
twierdząc, że „nikt poważny nie odrzuca teorii ewolucji, a sugestie, że
jest ona niezgodna z nauczaniem chrześcijańskim, są krzywdzące dla
chrześcijaństwa”.
Stanowisko Kościoła
Warto
przypomnieć, że w przeciwieństwie np. do dzieła Kopernika, prace
Darwina nigdy nie znalazły się na kościelnym indeksie ksiąg zakazanych,
a od ponad pięćdziesięciu lat Kościół rozszerza swoją akceptację dla
teorii ewolucji. Punktem zwrotnym była encyklika „Humani generis”
ogłoszona w 1950 r. przez papieża Piusa XII, w której czytamy:
„Magisterium Kościoła nie zakazuje, żeby nauka ewolucjonizmu, o ile
bada powstanie ciała ludzkiego z jakiejś już istniejącej żywej materii,
była dyskutowana według obecnego stanu nauk i świętej teologii przez
fachowców z obu stron; co do dusz bowiem, wiara katolicka każe nam
przyjąć, że one bezpośrednio stwarzane są przez Boga”.
Kolejny
krok uczynił Jan Paweł II, który pilnie przez cały pontyfikat
wsłuchiwał się w głosy nauki i z wielkim zainteresowaniem przysłuchiwał
się uczonej debacie, którą sam też inicjował, zapraszając wybitnych
naukowców do letniej rezydencji w Castel Gandolfo. Temat ewolucji był
jednym z częściej poruszanych. Nie jest też przypadkiem, że symboliczne
podsumowanie „sprawy Galileusza” miało miejsce w 1992 r. podczas sesji
Papieskiej Akademii Nauk poświęconej problemom emergencji złożoności,
czyli kwestiom powstawania form o większej złożoności z prostszych
obiektów. W końcu w 1996 r. Jan Paweł II w posłaniu do członków swej
Akademii uznał, że teoria ewolucji jest czymś więcej niż tylko hipotezą
jednocześnie podtrzymując naukę o tzw. skoku ontologicznym, zgodnie
z którą pojawienie się człowieka wymagało bezpośredniej interwencji
Boga poprzez nadanie mu duszy. Jezuita prof. George Coyne, szef
Obserwatorium Watykańskiego, tak skomentował dla „Polityki” (nr 8/03)
papieskie stanowisko: „Papież zmaga się z tym problemem podtrzymując
dotychczasową oficjalną doktrynę Kościoła. Nie dopuszcza, ale i nie
zaprzecza możliwości powstania duchowego aspektu człowieka jako efektu
pojawienia się ducha podczas procesu ewolucji materii na skutek wzrostu
jej złożoności. Nie sądzę, żeby nauka mogła kiedykolwiek zaprzeczyć
temu zjawisku lub je potwierdzić. Nie widzę jednak powodu, dlaczego Bóg
nie mógłby działać poprzez proces ewolucji i musiał osobiście
bezpośrednio w pewnym momencie interweniować po to, by powstał
człowiek. Interpretuję papieski dokument jako pozostawienie otwartej
furtki do dalszych poszukiwań. Papież więcej nie mógł powiedzieć, bo
nie pozwoliliby mu na to jego teologowie. Takie stwierdzenie byłoby
dzisiaj herezją. Najważniejsze jednak, że furtka jest otwarta, co daje
szansę zasypania kiedyś dualizmu materii i ducha”. Kreacjoniści
dostrzegli światełko nadziei w wyborze Josepha Ratzingera, licząc, że
jego konserwatyzm wygoni Darwina z Watykanu. Po pierwszych
zachęcających oznakach, jak ubiegłoroczny artykuł abp. Christopha
Schönborna w „The New York Times” oraz przeniesienie na emeryturę
George’a Coyne’a, nadzieja wygasła.
Oto bowiem
w pierwszych dniach września w Castel Gandolfo odbyło się spotkanie
tzw. Schulerkreis, czyli uczniów i seminarzystów Ratzingera, którzy
dyskutowali o teorii ewolucji. Wśród obecnych byli m.in. konserwatyści
Christoph Schönborn i filozof Robert Spaemann, ale także prezes
Austriackiej Akademii Nauk prof. Peter Schuster, twórca koncepcji
hipercykli, wyjaśniającej możliwość powstania życia z nieożywionej
materii. Papież polecił, by referaty seminarium opublikować do końca
roku, ale jeden z uczestników jezuita ojciec Joseph Fessio stwierdził,
że kreacjonizm w ogóle nie był dyskutowany, a stanowisko Kościoła
i Ojca Świętego w sprawie teorii ewolucji nie uległo zmianie.
Oczywiście,
stanowisko Kościoła nie jest bezkrytyczne i najlepiej można je rozumieć
wczytując się w encyklikę „Fides et ratio” Jana Pawła II. Uznając
autonomię nauki papież przestrzega jednak, by uczeni nie przekraczali
granicy swoich kompetencji i nie próbowali w imieniu nauki formułować
teologicznych wniosków o istnieniu bądź nieistnieniu Boga. Nauka nic do
tego nie ma, a faktem jest, że wielu uczonych czasem o tym zapomina.
O ile mają prawo do niewiary, to jednak uzasadnianie jej autorytetem
nauki jest nadużyciem. Papież upomina jednak także teologów, nakazując
im pilniejsze studiowanie wyników nauk przyrodniczych, bez których
teologia może popaść w anachronizm.
Kto stoi za Orzechowskim?
Minister
Orzechowski nie reprezentuje więc również stanowiska Kościoła. Tym
bardziej też nie ma nic wspólnego ze stanowiskiem nauki. To jest
jednoznaczne – wypowiedź ministra to skandal, co uczeni wyrażają
zarówno w prywatnych listach, jak i za pośrednictwem instytucji
naukowych: protestuje Wydział Nauk Biologicznych PAN, Komitet Biologii
Ewolucyjnej i Teoretycznej PAN, Towarzystwo Popierania i Krzewienia
Nauk, niebawem dołączy cała Akademia popierana przez Zespół
Reprezentujący 67 Akademii Nauk i Zarządu Międzynarodowej Rady Nauki.
Mirosław
Orzechowski, który powinien być natychmiast zdymisjonowany, nadal pełni
swoją funkcję, co czujne środowisko szkolne, nauczone poprzednimi
działaniami ministra edukacji, odczytuje jako wyraźny komunikat:
z teorią ewolucji ostrożnie! Znajoma nauczycielka biologii
przygotowująca właśnie podręcznik do liceów już dostała od wydawcy
silną sugestię, by ze wzmianki historycznej o kreacjonizmie uczynić
cały rozdział. W innym przypadku istnieje obawa, że podręcznik nie
zyska ministerialnej rekomendacji. Z kolei w jednym z łódzkich liceów,
jak doniosła „Gazeta Wyborcza”, dyrekcja przez ostrożność zdecydowała
się nie wieszać plakatów ilustrujących proces ewolucji człowieka. Roman
Giertych pokazał już, że potrafi zwalniać z pracy nawet za propagowanie
oficjalnych podręczników Rady Europy, jak tego doświadczył Mirosław
Sielatycki, dyrektor Centralnego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli. Kto
może więc mieć pewność, że nie będzie karał za teorię ewolucji?
Doszliśmy
w Polsce do bardzo niebezpiecznej sytuacji. LPR – partyjka, która nie
przetrwałaby dziś wyborów parlamentarnych, nie reprezentująca ani
poważnej części społeczeństwa, ani Kościoła, ani tym bardziej nauki,
skutecznie – bez protestu ze strony PiS – realizuje program swoich
liderów. Program będący wypadkową ideologicznego zacietrzewienia
i nieuctwa, w którym religijny fundamentalizm miesza się z obrazem
świata godnym sentymentalnych prostaczków, nie mogących znieść myśli,
że Ziemia nie jest płaska, a ich samych nie ulepił osobiście z gliny
Pan Bóg.
Jakie państwo?
Przypomnijmy
więc, że 12 września podczas wykładu na Uniwersytecie w Ratyzbonie (do
opinii publicznej dotarł tylko wers dotyczący proroka Mahometa, który
tak zbulwersował fundamentalistów muzułmańskich) Benedykt XVI wyraźnie
stwierdził, że krytyka współczesnego rozumu dokonująca się w jego
obrębie nie oznacza „cofnięcia zegarów do czasów sprzed Oświecenia
i odrzucenia dorobku epoki nowoczesnej. Pozytywne aspekty nowoczesności
należy uznać bez zastrzeżeń: jesteśmy wdzięczni za cudowne możliwości,
jakie otworzyła przed ludzkością i za postęp ludzkości, jakim nas
obdarzyła”. Warto, by ten komunikat dotarł do fundamentalistów z LPR,
skoro za nic mają głos nauki.
Niestety, skutkiem
szalonej koalicyjnej arytmetyki Roman Giertych i Mirosław Orzechowski
są nietykalni i mogą bezkarnie psuć jeden z najważniejszych segmentów
państwa XXI w. – system edukacji, zawracając go, a wraz z nim nas
wszystkich, do średniowiecza. Parafrazując apel Cezarego Michalskiego z
„Dziennika”: – Gdzie się podziały autorytety moralne IV Rzeczpospolitej
i dlaczego nie protestują, gdy trwa bezprecedensowy atak nie
reprezentującej nikogo grupy na cywilizacyjne fundamenty państwa
i mającego nowoczesne aspiracje społeczeństwa?
Edwin Bendyk; Polityka 43/2006;
Ani
się obejrzeliśmy, jak w Polsce wybiło dziesięciolecie ery
komórkowo-internetowej. 10 lat minęło od uruchomienia cyfrowych sieci
telefonii komórkowej. 10 lat temu, wraz z powstaniem portali Wirtualna
Polska, a potem Onet, rozpoczęła się gwałtowna ekspansja Internetu.
Dziś analizując, jak Polacy korzystają z najnowszych technologii,
możemy się wiele dowiedzieć o społeczeństwie, jego aspiracjach i
problemach. To bardzo pouczający materiał.
Złośliwi
mawiają, że istnieją kłamstwa, duże kłamstwa i statystyki. Wystarczy
spojrzeć, jakie miejsce wyznaczają naszemu krajowi analitycy z World Economic Forum,
badający od kilku lat poziom potencjału modernizacyjnego ok. stu
społeczeństw z całego świata. W ostatniej edycji tego rankingu
zajęliśmy 44 miejsce, awansując z pozycji 72 przyznanej Polsce rok
wcześniej. Wówczas plasowaliśmy się m.in. za Sri Lanką, Marokiem,
Namibią czy Salwadorem.
Nieco łaskawsze są dla Polski badania e-readiness, prowadzone wspólnie przez Economist Intelligence Unit i koncern IBM.
Utrzymujemy w nich stabilną pozycję w środku peletonu. W edycji
z 2006 r. zajęliśmy 34 miejsce, spadając z pozycji 32, bo wyprzedziły
nas Bermudy i Zjednoczone Emiraty Arabskie.
Czy
można jednak pogodzić się z werdyktem owych rankingów, skoro przeczy im
codzienna rzeczywistość? Wszak ciągną do Polski nieustannym strumieniem
technologiczne inwestycje. We Wrocławiu i Krakowie powstają centra
programistyczne i badawczo-rozwojowe największych globalnych firm
zaawansowanych technologii, w Łodzi rozpoczął budowę fabryki
amerykański koncern komputerowy Dell. Kim w końcu jesteśmy? Czy bliżej
nam do Trzeciego Świata, czy do Europy?
Polak doganiający
Zamiast
odpowiedzi stwierdzenie faktu: gonimy resztę świata. A dokładniej,
gonią Polacy, i to nie wszyscy, nie patrząc na opieszałość zacofanej
gospodarki i jeszcze bardziej zacofanej administracji publicznej.
Z najnowszych, nieopublikowanych jeszcze, badań zrealizowanych na
zamówienie firmy Ericsson
(obok Polski analizowano w nich także Stany Zjednoczone, Brazylię,
Japonię, Chiny, Szwecję, Włochy, Francję, Wielką Brytanię, Portugalię,
Niemcy), wynika, że 38 proc. Polaków korzysta z Internetu (w porównaniu
ze średnią dla badanej próbki wynoszącej 49 proc.), przy czym dwie
trzecie z nich ma dostęp do szybkiego łącza. 52 proc. gospodarstw
domowych zaopatrzonych jest w komputery osobiste, co w porównaniu ze
średnią 56 proc. jest bardzo dobrym wynikiem. 72 proc. Polaków ma
telefony komórkowe, a 65 proc. – telefony stacjonarne, prawie połowa ma
mieszkania wyposażone w odtwarzacze DVD podłączone do telewizorów. To
na pewno nie jest Trzeci Świat i nawet jeśli nie jesteśmy drugą
Japonią, to jednak reprezentujemy przyzwoity poziom środkowoeuropejski.
Uważny
socjolog nie zadowoli się takim stwierdzeniem i zacznie rozkładać
wskaźniki statystyczne na czynniki pierwsze. Dr Dominik Batorski z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego
odpowiedzialny był, w ramach wielkich badań „Diagnoza społeczna”
prowadzonych pod kierownictwem prof. Janusza Czapińskiego, za analizę
postaw Polaków wobec technologii i potrafi zmusić zimne statystyki do
mówienia: – To prawda, że mamy duże nasycenie komputerami osobistymi.
Ale jest to często sprzęt bardzo stary, a co najważniejsze, tylko mniej
więcej połowa z tych urządzeń podłączona jest do sieci. Najgorzej
sytuacja wygląda na wsi.
Teoria ewolucji Darwina
Abp Życiński: Nikt nie odrzuca teorii ewolucji
PAP/ 2006-10-14, ostatnia aktualizacja 2006-10-14 13:45
Nikt poważny nie odrzuca teorii ewolucji, a sugestie, że jest ona
niezgodna z nauczaniem chrześcijańskim, są krzywdzące dla
chrześcijaństwa - tak abp Józef Życiński skomentował w sobotę w
Lublinie słowa wiceministra edukacji Mirosława Orzechowskiego, że
teoria ewolucji jest kłamstwem.
W wywiadzie dla sobotniej "Gazety Wyborczej" wiceminister Orzechowski
powiedział, że teoria ewolucji Darwina to "pomyłka, którą
zalegalizowano jako obowiązującą prawdę".
"To luźna koncepcja
niewierzącego starszego pana, który tak widział świat. Może dlatego, że
był wegetarianinem i zabrakło mu ognia wewnętrznego" - powiedział
Orzechowski. Wiceminister skrytykował też m.in. poglądy mówiące, że
"człowiek poczęty nie jest człowiekiem, ale bezduszną zygotą". Wyraził
żal, że tego uczy się w polskiej szkole.
Metropolita lubelski odniósł się do słów Orzechowskiego podczas mszy
św. z okazji 85-lecia Liceum Ogólnokształcącego im. Unii Lubelskiej.
Powiedział, że "z mieszanymi uczuciami" czytał wywiad z wiceministrem,
który "atakował teorię ewolucji, a bronił życia ludzkiego w formie
embrionalnej".
"Co do obrony życia, jestem z nim w pełni zgodny, ale obawiam się, że
stawianie na jednej płaszczyźnie obrony embrionów i krytyki teorii
Darwina jest szalonym pomysłem, który może wyrządzić dużą krzywdę
obrońcom życia, bo nikt poważny dziś nie odrzuca teorii Darwina" -
powiedział metropolita lubelski.
"Jeśli komuś nie podoba się ta teoria, może sobie ją prywatnie
odrzucać, tak jak prywatnie może przyjąć, że Ziemia jest płaska, a na
długiej przerwie w szkole wizytę składają kosmici i osobiście widział
ufo. Jest to niepoważne, ale w demokratycznym społeczeństwie każdy może
być niepoważny, nawet wiceminister" - ocenił.
Arcybiskup przypomniał słowa Jana Pawła II wygłoszone 10 lat temu, w
których papież podkreślił, że teoria ewolucji nie jest jedynie
hipotezą, ale poważną teorią naukową potwierdzaną niezależnie przez
wiele dyscyplin przyrodniczych i że dziś nie można jej odrzucić.
"Dla
chrześcijanina Bóg mógł stworzyć świat w taki sposób, w jaki sam
chciał. Mógł stworzyć człowieka zgodnie z teorią ewolucji" - zaznaczył
metropolita.
"Gdy zaczyna się sugerować, że teoria ewolucji jest niezgodna z
nauczaniem chrześcijańskim, wyrządza się dużą krzywdę chrześcijaństwu"
- powiedział.
Abp Życiński jako niepoważne określił też sugestie ministra
Orzechowskiego, że Darwin był ateistą. Metropolita przypomniał, że w
swojej książce o pochodzeniu gatunków Darwin umieścił zapis mówiący, iż
Bóg kierujący ewolucją w przyrodzie, tchnął w tę ewolucję określone
prawa i dalszy rozwój przyrody przebiega zgodnie z tymi prawami.
"Ktoś, kto sam wprowadzał sformułowania o Bogu, dziś przedstawiany jest
jako ateista, co świadczy nie najlepiej o wiedzy komentującego" - uznał
arcybiskup. Zaapelował do nauczycieli i pedagogów, aby nie naśladowali
polityków w tworzeniu konfliktów, "bez poszanowania elementarnej
kultury i odpowiedzialności".
"Partie przychodzą i przemijają, deklaracje i niemądre wywiady unosi
nurt czasu, natomiast wy zapisujecie się w duszach wychowanków waszą
mądrością. Nie twórzmy fałszywych wrogów tam, gdzie szkoła powinna
tworzyć klimat jedności, rodziny dzieci Bożych" - powiedział abp
Życiński.
Nie można zapychać Bogiem dziur wiedzy - komentarz Piotra Cieślińskiego
Piotr Cieśliński / 2006-10-13, ostatnia aktualizacja 2006-10-13 23:37
Europoseł Maciej Giertych (LPR), wsparty teraz przez ministra
Orzechowskiego, chce wyrzucić ze szkół teorię ewolucji. Giertych wraz z
nikomu nieznanymi naukowcami lansuje w Brukseli tzw. teorię
inteligentnego projektu: wszechświat, człowieka i wszystkie organizmy w
jednym czasie stworzył Bóg.
Nadużyciem jest już samo mówienie o tym jako o teorii naukowej. Nie
można bowiem przeprowadzić, a nawet wymyślić eksperymentu, który by ją
podważył. A taki miecz musi wisieć nad każdą teorią naukową. Co więcej,
każda teoria ulega zmianom wraz z nowymi wynikami doświadczeń i
obserwacji. Także teoria ewolucji.
Żaden eksperyment nie jest natomiast w stanie obalić przekonania, że
świat został zaprojektowany przez nadnaturalną istotę. Nie można
udowodnić istnienia Boga. Gdyby było inaczej, niepotrzebna byłaby
wiara. Doskonale rozumie to większość naukowców, w tym wielu
wierzących. Rozumie to Watykan.
Kilka lat temu rozmawiałem z ks. Michałem Hellerem, kosmologiem,
profesorem Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Wiara nie
przeszkadza mu w odkrywaniu tajników Wielkiego Wybuchu, który zrodził
nasz Wszechświat przed 13,7 mld laty.
Ks. Heller przestrzegał przed wsadzaniem Boga tam, gdzie prawa przyrody
czegoś nie wyjaśniają. Nazwał to "teologią Boga od zapychania dziur".
Z pewnością darwinowska teoria nie potrafi wyjaśnić wszystkich faktów.
Ale jeśli będziemy zapychać dziury w wiedzy Bogiem, to nie będziemy
lepsi od ludów pierwotnych, które zaćmienia Słońca tłumaczyły boskim
gniewem.
Nie mam nic przeciw wierze w boskie stworzenie świata. Ale taka wiara
nie powinna być w szkole zestawiana z teorią Darwina na lekcjach
przyrody. Jej miejsce jest na lekcjach religii czy filozofii. Bo proces
edukacji nie musi ograniczać się do poznawania naukowych teorii.
Nie róbmy tylko młodym ludziom wody z mózgu, nie mieszajmy nauki z metafizyką.
Wiceminister edukacji: Poradzimy sobie bez tolerancji
Rozmawiała Aleksandra Pezda / 2006-10-14, ostatnia aktualizacja 2006-10-13 23:42
Chcemy szkoły bez kłamstw - teorii ewolucji, bezdusznych zygot...
Poradzimy sobie też bez tolerancji - mówi wiceminister edukacji
Mirosław Orzechowski.
Aleksandra Pezda: W "Gazecie" pisaliśmy o
tym, że europoseł Maciej Giertych chce wyrzucić ze szkół teorię
ewolucji. Z kolei Pan powiedział "Rzeczpospolitej", że nie wierzy w tę
teorię.
Mirosław Orzechowski: Powiedziałem, że teoria ewolucji to kłamstwo. Mam
przekonanie, że to pomyłka, którą zalegalizowano jako obowiązującą
prawdę. Dla mnie to opowieść o charakterze literackim, mogłaby np. stać
się kanwą filmu science fiction.
Sama teoria Darwina jeszcze za jego życia była modyfikowana, podawano
kolejne fakty, które ją kwestionowały. To w zasadzie luźna koncepcja
niewierzącego starszego pana, który tak właśnie widział świat.
Może dlatego, że był wegetarianinem i zabrakło mu ognia wewnętrznego.
To smutne, a tego uczy się w polskiej szkole. Nie takich już zresztą
kłamstw uczono w polskich szkołach, były gorsze, na przykład że Stalin
był ojcem pokoju, że nie było Katynia.
Ale tego się już w szkole nie uczy.
- Nie. Ale są jeszcze inne kłamstwa. Następnym na przykład jest to, co
nam długo wmawiano: że człowiek poczęty nie jest człowiekiem, tylko
bezduszną zygotą... Jesteśmy na drodze naprawiania świata. Czasami
wychodzi gorszy, czasami lepszy, ale zmierzajmy ku temu, żeby był
oparty na prawdzie, dobru i pięknie.
Tylko że możemy się różnić rozumieniem tych pojęć...
- Wtedy sięgajmy do klasyki uznanej za dziedzictwo świata - do Biblii,
do antyku. Darwinizm był tylko motywacją intelektualną dla ludzi
niewierzących, stał się paranaukową argumentacją dla nich.
Tymczasem w chrześcijaństwie przetrwała 2000 lat inna koncepcja:
kreacjonizm. To cywilizacyjna prawda, która płynie z wiary, jest
powtarzana i niezakwestionowana od tysięcy pokoleń.
Według pana należy teorię ewolucji usunąć z podręczników?
- Nie będziemy jej usuwać z podręczników. Ale należy rozpocząć rozmowę
w tej sprawie. Ponieważ nieprawdy nie należy uczyć zamiast prawdy, tak
jak zła zamiast dobra czy brzydoty zamiast piękna.
A co się stanie z nauczycielami, którzy
zgodnie z naukowymi kanonami będą uczyć teorii ewolucji? Niedawno
dyrektor CODN stracił stanowisko, ponieważ dopuścił dyskusję o
homoseksualizmie w szkołach...
- Właśnie! To jest najbardziej drastyczna postać kłamstwa: że dwóch
osobników tej samej płci może założyć związek. To się jednak zdarza,
ale nie można tego legalizować, bo to niszczy naszą cywilizację.
I nigdy nie przyłożę ręki do tego, żeby w szkole był podręcznik z radą:
znajdź środowisko gejowskie, zaproś do klasy, to ono ci powie, jak
łamane są prawa człowieka, bo nie ma prawa do adopcji dzieci.
Ale ten podręcznik tylko zachęcał do tolerancji i stawiał pytania, i...
- Ale czy może istnieć takie pytanie? Nie może! Ja reprezentuję pogląd
cywilizacji, w której zostałem ukształtowany. Musimy dbać, żeby ta
cywilizacja przetrwała.
A gdzie miejsce na tolerancję światopoglądową?
- O, świat sobie już radził bez tolerancji i poradzi sobie dalej. Nie
może być tak, że kilku maniaków będzie decydowało o losach
cywilizacji...
Dyrektor Sielatycki nie został zwolniony za poglądy, tylko za krzewienie tego typu poglądów w szkole.
Nauczyciele kupili podręcznik Rady Europy wydany przez CODN - co się stanie, jeśli go użyją w szkole?
- Cały nakład jest pod kluczem, nie będzie upowszechniony. Tak mnie
zapewniał dyrektor CODN. Jeśli jest inaczej - będę to wyjaśniał.
Nauczycielom nic się nie stanie. Bo wierzę, że to nie są buntownicy,
tylko doświadczeni pedagodzy, którzy rozumieją swoją misję i nie
zakładają deprawacji dzieci i młodzieży. Jeśli będzie inaczej - będę
reagował.
Giertych chce zakazać Darwina w szkołach
Konrad Niklewicz, Bruksela, kw / 2006-10-13, ostatnia aktualizacja 2006-10-12 22:12
Darwinowską teorię ewolucji
powinno się wycofać z programów nauczania. Taki pogląd propaguje
w Europarlamencie Maciej Giertych
Eurodeputowany
LPR, profesor dendrologii (nauki o drzewach) i ojciec ministra oświaty
zorganizował w środę w brukselskiej siedzibie europarlamentu coś, co
nazwał "publiczną debatą" w sprawie teorii ewolucji. Do dyskusji
zaprosił kilku mało znanych naukowców: Josepha Mastropaolo (California
State University), Guy'a Berthaulta (paryska Ecole Polytechnique) i
Hansa Zillmera (uniwersytet w Berlinie).
Konkluzja debaty - jak relacjonuje PAP - brzmiała: teorię ewolucji
wyjaśniającą pochodzenie człowieka powinno się wycofać z programów
nauczania. Prof. Giertych wspierany przez trójkę naukowców przekonywał,
że należy nauczać "teorii kreacjonistycznej". Zakłada ona, że
wszechświat, człowieka i wszystkie organizmy w jednym czasie stworzył
Bóg.
- Od 20 lat pracuję w Parlamencie Europejskim, ale czegoś takiego
jeszcze nie widziałem - śmieje się Ton Huyssen, rzecznik komisji ds.
edukacji. Ale zaraz poważnieje: - Instytucja Parlamentu nie ma z tym
nic wspólnego, odcinamy się od takiej debaty.
Jak wyjaśnia Huyssen, każdy deputowany może zorganizować dowolną
dyskusję, a rola parlamentu ogranicza się do zapewnienia sali oraz
obsługi technicznej, np. rzutnika.
- Jak ktoś ma jakieś poglądy, to może organizować w tej sprawie
debaty, ale proponować wyrzucenie teorii ewolucji? To byłby naukowy
krok w tył - mówi "Gazecie" prof. Zbigniew Zaleski, europoseł PO i
wykładowca nauk społecznych na KUL. - Przecież teoria ewolucji, taka
jaką zaproponował Darwin, nie musi się kłócić z przekazem biblijnym.
Zaleski obawia się, że inicjatywa Giertycha może popsuć opinię
całej polskiej delegacji do Parlamentu. Tym bardziej że to nie jest
jego pierwszy wybryk.
Dobrze pamięta się tu Giertychowską wystawę o aborcji z plakatami
zrównującymi przerywanie ciąży z obozami koncentracyjnymi. I awanturę z
początku lipca, gdy na forum Parlamentu chwalił faszystowskich
dyktatorów - hiszpańskiego gen. Franco oraz portugalskiego Salazara.
Tego dnia Parlament Europejski chciał uczcić pamięć ofiar hiszpańskiej
wojny domowej.
Kampanię Giertycha na rzecz zniesienia nauczania Darwina
skrytykował abp Józef Życiński, który jest członkiem Komitetu Biologii
Ewolucyjnej i Teoretycznej PAN: - Tego typu postawa może przynieść
chrześcijaństwu jedynie szkodę, bo u młodych wychowanków kształtuje
złudne przekonanie, że istnieje jakiś konflikt między Boskim Stwórcą a
ewolucją. Tymczasem Pan Bóg mógł stwarzać świat zgodnie z teorią
ewolucji. Za taką interpretacją opowiada się dziś wielu przyrodników
ewolucjonistów - powiedział KAI metropolita lubelski.
Arcybiskup przypomina też słowa Jana Pawła II z 1996 r. W
przesłaniu do Papieskiej Akademii Nauk Papież podkreślił, że teoria
ewolucji to znacznie więcej niż hipoteza, i ukazał wizję Boga Stwórcy
działającego przez procesy ewolucyjne. Zdaniem abp. Życińskiego
Giertych "lekceważy bardzo ważny element nauczania papieskiego i
odwołuje się do stanowisk, które w USA głoszone są najczęściej przez
odrzucające teorię ewolucji środowisko baptystów z południowych rejonów
USA".
Roman Giertych: - O to, czy teoria ewolucji jest prawdziwa, czy nie
spierać się nie będę, bo się na tym nie znam. Ale naukowcy mają prawo
do takich dyskusji. W końcu teoria ewolucji to tylko koncepcja, a nie
fakt naukowy. Na obecność w programach różnych teorii naukowych rodzice
powinni mieć wpływ. Trudno mi teraz przesądzić, czy powinni mieć prawo
wyboru podręcznika - z teorią ewolucji albo bez. O tym trzeba w Polsce
rozpocząć dopiero dużą dyskusję.
not.ape
Dla Gazety
prof. Zofia Kielan-Jaworowska
jeden z największych na świecie ekspertów od ewolucji ssaków
Czuję się zażenowana tym, że w XXI wieku Maciej Giertych, profesor
nauk leśnych, który musiał otrzeć się o biologię, może wypowiadać
opinię kwestionującą istnienie ewolucji. Świadczy to o bezprzykładnej
ignorancji i braku podstawowych wiadomości z geologii, paleontologii i
biologii.
Dokumentacja dotycząca historii kręgowców jednoznacznie dowodzi
kolejnych etapów trwającej pół miliarda lat ewolucji tej grupy,
poczynając od powstania ryb, a kończąc na powstaniu człowieka.
Twierdzenie, że wszystkie zwierzęta powstały w tym samym czasie drogą
jednego aktu stworzenia, jest sprzeniewierzeniem się nauce.
Uczeni, na których powołuje się prof. Giertych, nie są znanymi autorytetami naukowymi.
Maciej Giertych wielokrotnie głosił w Polsce absurdalne, rodem ze
średniowiecza poglądy i był krytykowany przez całe biologiczne
środowisko naukowe. To smutne, że jest delegatem Polski do
europarlamentu i tam kontynuuje wypowiadanie tych samych nonsensów,
kompromitując nasz kraj i narażając nas na śmieszność.
Polityka - nr 35 (2569) z
dnia 02-09-2006;
Ciemny
brąz – czyli co
zrobić z islamistami
11
września
2001 r. zmienił świat bardziej, niż nam się to
wówczas zdawało możliwe,
i chyba bardziej, niż dziś nam się wydaje. Ale nie tylko świat
się zmienił.
My także.
Jacek Żakowski
Tego dnia glob
zaczął się kręcić
w przeciwnym kierunku.
Podobnie jak 28
czerwca 1914 r., kiedy
w Sarajewie zginął arcyksiążę Ferdynand. To podobieństwo do
zdarzenia,
które przerwało pierwszą falę globalizacji, narzuca się
nieodparcie. Jak wtedy,
tak i teraz szok zdetonował narastające latami napięcia.
Zniszczył
marzenia (a może złudzenia) i otworzył
globalną puszkę Pandory.
Łatwość, z jaką to się stało, nasuwa przypuszczenie, że
zmiana, która
nastąpiła po 11 września, nie była przypadkowa. Inaczej
mówiąc, być może tak
jak w 1914 r. świat czekał na iskrę, która
błysnęła 28 czerwca, tak
w 2001 r. świat był gotowy do zwrotu,
który nastąpił po 11 września.
Kiedy dziś
patrzy się na
minione pięciolecie, bardzo dobrze widać, że wcześniej dominujące
tendencje
zaczęły się odwracać. Globalizacja stanęła, gwałtownie ubyło
zwolenników
otwierania granic, wizja barwnych, wielokulturowych społeczeństw
ponowoczesnego
świata w oczach wielu osób gwałtownie straciła
powab, a odzyskało go
niemal już pogrzebane państwo narodowe. Przybyło też mniej
i bardziej
otwartych zwolenników interesu narodowego
w gospodarce, a ubyło
zwolenników wolnego handlu, integracji, wolności
gospodarczej oraz swobodnego
przepływu towarów i ludzi. Niemal wszystko, co
wydawało się ponurą
przeszłością, teraz się odradza, a to, co wydawało się
nadzieją
przyszłości, stopniowo znika. Tematem numer jeden debat
uniwersyteckich, rozmów
polityków i trosk nas wszystkich przestały być
wizje nowego wspaniałego
świata, a stały się lęki i strachy, które
wywołuje współzależność,
nasilająca się obecność obcych w naszym otoczeniu, globalna
konkurencja
i oczywiście terroryzm, a konkretnie terroryzm
islamski albo ogólniej
– islamskie zagrożenie.
Wbrew temu, co
nam się na
ogół wydaje, nie sam 11 września zdecydował
o dalszym biegu zdarzeń, lecz
reakcja świata. Tą reakcją – zgodnie z tezą Samuela
Huntingtona mówiącą
o czekającym nas zderzeniu cywilizacji – była
globalna wojna
z terroryzmem, a konkretnie z islamskim
terroryzmem. Zwyciężyła
teza mówiąca, że współczesny terroryzm to wyraz
trwającego kilkaset lat kryzysu
cywilizacji islamskiej, która się zapada i ciągnie
nas w otchłań
nowego średniowiecza, bo sama nie umie się z niej wydostać.
Porównując
większość krajów
islamskich z Zachodem trudno tę tezę odrzucić. Trudno też
jednak uwierzyć,
że wyjaśnia ona wszystkie turbulencje współczesnego świata
i wszystkie
nasze problemy z islamem. Muzułmańska Turcja na przykład nie
rozwija się
gorzej niż Polska czy Rosja, a dużo lepiej od wielu
krajów Afryki, Azji
czy Ameryki Łacińskiej. W Stanach Zjednoczonych muzułmanie
należeli do
najprężniejszych ekonomicznie mniejszości. Dopóki problemem
nie stali się tam
palestyńscy uchodźcy, w większości muzułmański Liban nazywany
był
Szwajcarią Bliskiego Wschodu. Islam ma więc problem, ale może nie jest
to
problem immanentny.
Z całą
pewnością
problemy islamu nie są tylko jego problemami. Czytając na przykład w
„Gazecie
Wyborczej” (12–13.08) doskonały esej Hansa Magnusa
Enzensbergera albo w
„Dzienniku” równie interesujący artykuł
Guya Sormana (21.08) o kłopotach
islamu, aż trudno opędzić się od analogii, które powinny dać
nam nieco do
myślenia.
•
Urażona godność,
nadwrażliwość, przekonanie o wyjątkowej misji własnej
– utożsamianej
z wiarą – kultury, niegdyś wspaniałej,
a dziś wlokącej się
w ogonie cywilizacyjnego pochodu? Przecież nie tylko nam coś
to
przypomina. W Rosji czy Argentynie ten kompleks aż wyje.
•
Upokarzający brak
istotnego wkładu do współczesnej cywilizacji? To można
powiedzieć
o większości świata, bo cywilizację techniczną stworzyło kilka
– głównie
protestanckich – społeczeństw.
• Lęk
o własną
tożsamość w obliczu globalnej konkurencji kultur? Może
w kilku
społeczeństwach świata dziś tego lęku nie ma.
•
Drenaż wykształconych
mózgów, bieda, kłopoty z demokracją,
upośledzenie kobiet? To wszystko
wiele krajów odczuwa na co dzień lub odczuwało niedawno.
Analfabetyzm
i niebezpiecznie wysoki przyrost naturalny? Kto był
w Brazylii czy
w Indiach, ten wie, że to nie jest tylko islamski fenomen.
•
Wpływ religijnych przywódców
na życie polityczne? W niewielu krajach islamskich jest on
silniejszy niż
w Polsce. Wpływ religii na stanowione prawo? Też to chyba
skądś znamy.
I to nie tylko z Polski. W Ameryce czy
Izraelu czynnik
teokratyczny też ma ogromne znaczenie.
Nie chodzi mi
o to, aby
udowodnić, że islam jest w stanie rozkwitu. Bo nie jest.
Cywilizacja
islamska od setek lat jest – jak mówi Ryszard
Kapuściński – w fazie
długotrwałego uśpienia. Ale w podobnym uśpieniu są inne
cywilizacje. Na
przykład prawosławna, latynoamerykańska, afrykańska – by
posłużyć się
klasyfikacją Samuela Huntingtona. Żadnej z nich nie udało się
od pokoleń
ani wyjść poza techniczną imitację Zachodu, ani zbudować trwałego
dobrobytu,
ani na dłuższą metę utrzymać demokracji, chociaż dwie z nich
należą do
świata chrześcijańskiego i żadna nie ma nic
wspólnego z islamem. Do
niedawna w podobnej sytuacji były cywilizacje Dalekiego
Wschodu – chińska,
buddyjska i hinduistyczna. To nam trochę utrudnia odpowiedź na
pytanie,
dlaczego teraz akurat z muzułmanami mamy taki kłopot. Bo
trzeba też
powiedzieć, że jest to kłopot dość nowy. Kulturowe, literackie,
teologiczne
ziarna sprzeciwu wobec modernizacji można oczywiście znaleźć głęboko
w islamskiej przeszłości. Ale nie tylko w islamskiej.
Chrześcijaństwo
i judaizm też zawsze miały i do dzisiaj mają silne
antymodernizacyjne
odłamy. A pięćdziesiąt lat temu przecież nie było problemu
z islamem.
To by zaś znaczyło, że źródłem problemu są jakieś nowe
zjawiska w obrębie
islamu. Więc skąd one się wzięły?
Odpowiedź
wydaje się banalna. Ropa
i Palestyna.
Ale to także
jest tylko
wyrywek odpowiedzi, bo ani problem ropy, ani kwestia palestyńska nie
pojawiły
się w 2001 r. Łatwości, z jaką islamski
terroryzm zmienia dziś
obraz świata, nie da się chyba wytłumaczyć samym tylko narastaniem
i kumulowaniem się obu problemów. Może więc jednak
warto się też nieco
bliżej przyjrzeć reakcjom Zachodu. Bo one są dziś całkiem inne niż na
przykład
30 lat temu, gdy Czarny Wrzesień porywał samoloty, statki
i izraelskich
sportowców, co ostatnio przypomniał głośny film Spielberga.
Nie da się też
naszych dzisiejszych reakcji porównać z reakcjami
na akcje IRA, ETA czy
Czerwonych Brygad. Może zatem ten terrorystyczny kryzys przebiega
inaczej niż
poprzednie dlatego (lub również dlatego), że i my
jesteśmy inni niż
dotychczas?
Że jesteśmy
inni, trudno
mieć wątpliwości, gdy czyta się na przykład, że „na tę
(europejskich
muzułmanów) alienację najlepszym lekarstwem będzie
natychmiastowa deportacja”.
Albo że: „zaraza protestuje, bo organizm nie chce jej
przyjąć”. Skąd pochodzą
te zdania? Z „Mein Kampf”? Ze
„Sturmera”? Nie. Z internetowego forum
„Gazety Wyborczej” w dyskusji wywołanej tekstem
T.G. Asha o alienacji
brytyjskich muzułmanów. Takie pomysły i opinie
dwadzieścia lat temu
wywołałyby burzę. Dziś nie. Dziś są na porządku dziennym. Więc może to
(także)
historia Zachodu zatacza fatalne koło?
Siedemdziesiąt
lat temu też przecież
zaczęło się od żądań deportacji Żydów. Od tego czasu świat
widział wiele
wielkich „deportacji”. Część z nich
przypomniała Erika Steinbach na swojej
kontrowersyjnej wystawie w Berlinie. Wszystkie one toczyły się
jednak
w cieniu wielkich zbrodni. W Polsce
i Europie wie o tym
każdy dorosły. Trudno więc zrozumieć, czemu ludzie gotowi są wracać
dziś do
żądań, których makabryczny finał jest przewidywalny?
Zwłaszcza trudno
zrozumieć, że wraca do nich nie tylko ciemna tłuszcza zawsze żądna krwi
i rewanżu, lecz także osoby wykształcone – jak
Oriana Fallaci –
i mające poważną polityczną pozycję – jak Nicolas
Sarkozy, prawicowy
kandydat na prezydenta Francji.
A przecież
postulat
deportacji jest tylko jednym z wielu absurdalnych
pomysłów, które jak
grzyby po deszczu wyrastają w obliczu obecnej fali terroryzmu.
Jego
absurdalność (abstrahuję od kwestii etycznych) jest przecież oczywista
dla
każdego, kto chociaż trochę na ten temat pomyśli. Bo ilu
Brytyjczyków
o islamsko-pakistańskich korzeniach mieliby deportować
Anglicy? Tysiąc?
Dziesięć tysięcy? Może sto tysięcy? To by się dało zrobić. Ale
w dniu
deportacji świat się raczej nie skończy. Czy ci, którzy
zostaną, lepiej się
zintegrują? Raczej jako krewni deportowanych, stygmatyzowani obywatele
którejś
kategorii, staną się łatwym łupem kolejnej krucjaty islamskich
radykałów. Na
dłuższą metę Londyn nie będzie więc bezpieczniejszy. Ale to jeszcze
pół biedy.
Ważniejsze jest to, co stanie się w Pakistanie. Bo przecież
nieraz
mogliśmy się przekonać, że w dzisiejszym świecie na dłuższą
metę nie da
się skutecznie eksportować politycznego ryzyka ani go izolować.
Dziesięć czy
sto tysięcy radykałów, którzy się
w Pakistanie niezwłocznie odnajdą, to
może być siła zbyt duża, jak na możliwości chwiejącej się prozachodniej
laickiej dyktatury, na czele której stoi generał Musharraf.
Wybuchowy
potencjał
pozostanie groźny i jego groza szybko wróci do
Europy. Jeśli zaś Musharraf
upadnie i w Pakistanie powstanie republika islamska,
to w ręce
fundamentalistów dostanie się nie tylko potężna pakistańska
armia
i wymarzona przez islamistów bomba jądrowa, ale też
technologia nuklearna.
Deportacja zdestabilizuje kolejne ważne państwo, a jej ponure
skutki także
nas wcześniej czy później dopadną. Bo bomba pakistańska de
facto stanie się
bombą islamską. Będzie też bombą irańską, libańską, palestyńską,
sudańską
i iracką. W tym sensie deportacja jest więc
najlepszym sposobem, by
Zachód zrobił kolejny wielki krok na drodze zamieniania
poważnych problemów
w śmiertelne niebezpieczeństwa.
Porażka
w Afganistanie, Iraku
i Libanie pokazuje jednak coś więcej niż tylko błędy ciasno
myślących
generałów i polityków, którzy
wierzą, że za pomocą rakiet i bombowców
można zapewnić światu bezpieczną przyszłość. Ujawniają one także obecne
granice
militarnych możliwości Zachodu. Amerykanie, NATO czy Izraelczycy mogą
większość
krajów obrócić w perzynę. Mogą obalić,
uwięzić, osądzić i zabić
dyktatora czy wrogiego przywódcę praktycznie każdego kraju
poza Chinami
i Rosją. Mogą też w niemal każdej stolicy osadzić
życzliwe sobie
rządy i latami mogą je utrzymywać. Ale nie mogą –
jak widać – skutecznie
podporządkować sobie tak podbitego islamskiego kraju. Izrael przekonał
się
o tym w Palestynie, Amerykanie w Iraku, NATO
w Afganistanie.
W żadnym
przypadku nie
ma dobrej odpowiedzi na pytanie, co dalej. Przeciwnik jest zbyt silny
lub
Zachód zbyt słaby, by ustanowić tam solidne demokracje albo
choćby skuteczne
kolonialne rządy. Im dłużej zaś trwa zachodnia okupacja lub wojna
zachodnio-islamska, tym większe jest prawdopodobieństwo, że gdy się
wycofamy,
do władzy dojdą antyzachodni fundamentaliści.
Można
oczywiście
powiedzieć, że Zachód powinien się dozbroić
i uderzać mocniej. Ale to też
nie jest rozwiązanie. Bo Zachód relatywnie słabnie
i jest prawdopodobne,
że jego dominacja nie będzie trwała długo. Za 10–20 lat
sojusz islamsko-chiński
może stanowić realną przeciwwagę dla NATO. Jeżeli przez ten czas nie
ułożymy
stosunków z islamem, może być z nami
krucho. Ale też dzisiejsza
przewaga militarna nie starcza, by Zachodowi zapewnić bezpieczeństwo.
Bo
terroryzm nie jest problemem militarnej natury. Problem jest
głównie społeczny
i technologiczny.
Społeczny m.in.
w tym
sensie, że przy islamskim przyroście naturalnym i tempie
rozwoju jeszcze
przez wiele lat będą tam przybywały miliony młodych, pozbawionych
jakiejkolwiek
perspektywy mężczyzn, którzy są idealnym materiałem na
przyszłych terrorystów
albo bojowników jakiejkolwiek sprawy. Dlatego niszcząc
infrastrukturę Iraku
i Libanu, Izrael i Ameryka nie tyle osłabiają, co
konsekwentnie
budują zaplecze terroryzmu. Islamska bomba demograficzna może być dla
Zachodu
groźniejsza niż bomba atomowa.
Problem
technologiczny
polega zaś na tym, że nowe technologie w niebywałym stopniu
ułatwiają
walkę terrorystom. W Libanie Hezbollah już ma bezzałogowe,
zdalnie
sterowane pociski domowej roboty. Nie ma specjalnych
przeszkód, by ktoś je
zmontował w Ameryce, Anglii albo w Polsce,
unieważniając w ten
sposób pozory bezpieczeństwa tworzone przez drakońskie
kontrole na lotniskach.
Nie sztuka trafić latającym modelem w startujący samolot.
Postęp
technologiczny
sprawia, że nie tylko masowa ekstradycja i interwencja
zbrojna, ale też
polityka nasilania środków bezpieczeństwa, na dłuższą metę
nie ma dużego sensu.
Bo terroryści wciąż mają nowe pomysły, które zmuszają nas do
wprowadzania
kolejnych środków bezpieczeństwa i rezygnowania
z kolejnych wolności,
wygód czy możliwości. Jeśli teraz bardziej niż rok temu
unikam podróży do
Ameryki i Anglii, to nie dlatego, że bardziej się boję
zamachu, tylko
dlatego, że na skutek nowych środków bezpieczeństwa
podróże stały się dużo
bardziej uciążliwe. W skali społecznej jest to problem
znaczący także
gospodarczo. Błahostka, jaką jest zakaz wnoszenia na pokład
laptopów, sprawia
na przykład, że miliony wciąż podróżujących
profesjonalistów tracą dziesiątki
milionów godzin efektywnej pracy... Może zatem warto się
zastanowić, czy jest
sens płacić tę cenę. Zwłaszcza że dość daleko zaszliśmy już tą drogą,
a poczucia bezpieczeństwa jak nie było, tak nie ma. Nawet
bardziej go nie
ma, choć centra wielu miast, dworce i lotniska Zachodu
wyglądają dziś tak,
jak jeszcze niedawno wyglądały tylko centra, dworce i lotniska
w dyktaturach
Afryki czy Ameryki Łacińskiej. Gdybyśmy mieli konsekwentnie dalej
posuwać się
tą drogą, szybko musielibyśmy się sami pozamykać w klatkach.
Granice USA
i Europy już dziś
przypominają dawne granice bloku sowieckiego. Psy, zapory, drut
kolczasty,
uzbrojeni po zęby strażnicy i urzędnicy, którzy
patrzą na nas spode łba.
A widać tylko czubek góry lodowej nowego aparatu
nadzoru. Dzięki nowym
technikom obywatele zachodnich demokracji już są inwigilowani
skuteczniej niż
obywatele dawnego Związku Sowieckiego. Nie jest więc bezzasadne
pytanie, jak
daleko można się posunąć w rozbudowywaniu środków
bezpieczeństwa, zanim
demokracja zacznie się stawać fikcją. Gdyby ten stworzony przez pięć
ostatnich
lat system dostał się w ręce wrogów demokracji,
bylibyśmy w ciężkich
tarapatach.
Sposób,
w jaki tym
razem przeżywamy terrorystyczne ryzyko, sprawia jednak, że
o tym nie
myślimy. Warto więc sobie przypomnieć, że Nixon musiał ustąpić
z urzędu
tylko dlatego, iż jego sztab zainstalował podsłuchy w sztabie
konkurenta.
Temu, kto Watergate pamięta, trudno jest zrozumieć, dlaczego przez
ostatnie
lata Amerykanie tak łatwo godzili się na to, by władze bez sądowego
nadzoru ich
podsłuchiwały, a tym bardziej dlaczego świat tak łatwo się
godzi na to, że
wszystkie nasze rozmowy, maile, esemesy są lub mogą być przechwytywane
i elektronicznie analizowane za pomocą amerykańskiego systemu
Echelon,
który nie podlega żadnej międzynarodowej kontroli.
Pięć lat wojny
z terroryzmem dowodzi, że nie tylko mrzonki
o rozwiązaniu problemu
poprzez ekstradycję „obcych z Europy”
i interwencje zbrojne, ale
także nasilenie nadzoru, nie rozwiąże problemu bezpieczeństwa. Tylko co
z tego wynika? Bo przecież trudno oczekiwać, że miliony ludzi
będą
bezczynnie czekały na swoją kolejkę do wysadzenia w powietrze.
Po pierwsze, wynika
z tego, że trzeba
poszukać właściwych proporcji. W Ameryce prawdopodobieństwo
śmierci
w zamachu terrorystycznym jest znacznie mniejsze niż
prawdopodobieństwo
śmierci na skutek upadku z drabiny. W Europie jest
ono jeszcze mniejsze.
To nie znaczy, że się nim nie warto przejmować, ale znaczy to, że chyba
jednak
popadamy w przesadę, kiedy się godzimy kolejne sfery życia
podporządkować
walce z terroryzmem. Nawet jeżeli policzymy polskie ofiary
zamachów
w Londynie i Madrycie, ryzyko śmierci
w zamachu będzie dla
Polaka nieporównanie niższe od ryzyka śmierci na skutek
katastrof budowlanych,
spadających sopli czy ukąszenia przez osę. Gdybyśmy więc część
kosztów walki
z terroryzmem przeznaczyli na poprawę nadzoru budowlanego albo
na
odśnieżanie dachów, to więcej byśmy zrobili dla naszego
bezpieczeństwa.
Po drugie, trzeba się
wyrwać
z postrzegania ryzyka terrorystycznego w narzuconej
przez Huntingtona
konwencji zderzenia cywilizacji. To nie cywilizacje (chrześcijańska
i islamska) się teraz zderzają, lecz ich ekstremizmy. Bo nie
tylko islam
ma swoich ekstremistów. Mają ich też chrześcijaństwo
i judaizm. Także po
naszej stronie część ekstremistów gotowych jest użyć
terrorystycznych narzędzi.
Żydowscy ekstremiści, mający w Izraelu sporo do powiedzenia,
zabili premiera
Rabina, który za cenę ustępstw szukał pokoju
z Palestyńczykami.
Chrześcijańscy ekstremiści, którzy mają sporo do powiedzenia
w Ameryce,
urządzali zamachy bombowe na kliniki aborcyjne i 11 lat temu
wysadzili
w powietrze budynek federalny w Oklahoma City (168
ofiar
śmiertelnych).
Po trzecie, trzeba się
pozbyć złudzenia,
że terroryzm jest fenomenem stworzonym przez kryzys islamu. Terroryzm
tak samo
dobrze gnieździ się w głowach ateistów,
chrześcijan, muzułmanów
i Żydów. Czy w nich zwycięża, zależy
w dużym stopniu od warunków
zewnętrznych. Katolicka IRA stosowała terroryzm przez dziesięciolecia.
Jej
metody były bardziej umiarkowane od metod islamistów, ale
też irlandzcy
katolicy byli inaczej traktowani przez brytyjskie władze. Gdyby po
kolejnym
zamachu w Londynie premier Thatcher kazała zbombardować
dzielnicę
katolicką w Belfaście, następny zamach IRA wyglądałby pewnie
podobnie do
akcji Al-Kaidy. Nietrudno się też domyślić, że gdyby po zamachu
zorganizowanym
przez ETA armia hiszpańska zrównała z ziemią
centrum San Sebastian, to
kolejny zamach byłby bardziej krwawy. A gdyby taka walka
potrwała kilka
dziesięcioleci, to pewnie w madryckich czy londyńskich
kawiarniach
pojawiliby się też samobójcy z pasami wypakowanymi
plastikiem.
Warto się więc
może
zastanowić, dlaczego taka reakcja nie wchodziła w grę
w Irlandii
Północnej ani w Kraju Basków,
a jest na porządku dziennym
w Iraku, Palestynie czy Afganistanie. Ważnym elementem
odpowiedzi będzie
z pewnością bariera kulturowa, a może rasowa. Ta sama
z grubsza
obcość, pogarda i zbiorowa nienawiść – internauta
pisze o islamskiej
„zarazie” – która po naszej
stronie tłumaczy żądanie deportacji
i bombardowanie domów niewinnych
Irakijczyków, Palestyńczyków,
Libańczyków
czy afgańskich Pusztunów, po drugiej stronie autoryzuje
zamachy terrorystyczne,
w których giną niewinni Amerykanie, Anglicy,
Hiszpanie i Żydzi. Po
obu stronach rasistowska nienawiść napędza się nawzajem. Jeśli chcemy
spokoju,
ktoś musi tę spiralę przeciąć.
Zachodowi jest
to
z pewnością dużo łatwiej zrobić, bo w naszym imieniu
działają
zorganizowane formacje podlegające państwowej kontroli, więc rozsądna
większość
przynajmniej teoretycznie ma instrumenty, by kontrolować radykalną
mniejszość.
Po drugiej stronie wciąż jeszcze rozsądnie myśląca większość takich
instrumentów
nie ma, bo w jej imieniu działają zwykle niedemokratyczne,
niejawne
organizacje albo dość luźno współpracujące grupki
radykałów.
Problem polega
na tym, że
od 11 września po obu stronach konfliktu radykałowie uzyskali pozycję
nieproporcjonalnie silną do ich liczebności.Bo nawet jeżeli radykalizm
rozumie
się bardzo szeroko, to radykałów nigdzie nie ma więcej niż
20–30 proc. To
jednak wystarcza, by eskalować konflikt. Wśród
zrewoltowanych przez politykę
Blaire’a brytyjskich muzułmanów tylu
z grubsza popiera lub akceptuje
akcje terrorystyczne. W Ameryce mniej więcej taka część
społeczeństwa
wierzy, że wojna z terroryzmem to jest Armagedon,
a obecni wrogowie
Ameryki to słudzy Antychrysta, których należy po prostu
unicestwić, co wiąże
się ze zgodą na zabijanie przypadkowych cywilów
(w Iraku przeszło
40 tys.) i śmierć amerykańskich żołnierzy (przeszło
2600).
W Izraelu podobna grupa popiera religijną prawicę,
która za wszelką cenę
dąży do odbudowania monoetnicznego państwa w historycznych
granicach.
Jeśli chcemy spokoju, musimy zrozumieć, że nie uda nam się pokonać
ekstremistów
islamskich, dopóki nie uporamy się z naszymi
ekstremistami. Bo oni będą
zawsze dążyli do eskalowania konfliktu na rachunek Zachodu. Dla tych,
którzy
chcą żyć normalnie, wrogiem są ekstremiści, bez względu na to,
w czyim
imieniu próbują występować. W tym sensie, wzywająca
do zemsty na
muzułmanach Oriana Fallaci jest równie groźna jak wzywający
do zemsty na
chrześcijanach mułłowie.
Po czwarte
wreszcie, trzeba zacząć
się mierzyć
z przyczynami problemu. Nie tylko z objawami.
Przyczyny zaś są
głównie społeczne i polityczne, a dopiero
w drugiej kolejności
kulturowe albo religijne. Najlepiej widać to w Iraku, gdzie
„walka
o demokrację” we współczesnym zachodnim
wydaniu wprowadziła dużą część
laickiego społeczeństwa w stan fanatycznego napięcia
religijnego
prowadzącego do wojny domowej. Przed inwazją i także przed
Saddamem Irak
był przecież jednym z najbardziej laickich krajów
świata arabskiego. Dziś
stał się on największym obozem szkoleniowym i społecznym
zapleczem świętej
wojny prowadzonej przez szyickich i sunnickich
fundamentalistów. Pod
hasłem demokratyzacji Zachód zamienił więc nieprzyjemną, ale
już gasnącą laicką
dyktaturę w radykalną islamską teokrację. Podobny proces ma
miejsce w Libanie
i Palestynie, gdzie niezrealizowane postulaty społeczne
i polityczne
stopniowo przyjmują coraz bardziej radykalny religijny kostium.
Wcześniej
radykalna modernizacja w wykonaniu szacha popieranego przez
Zachód
wywołała rewolucję islamską w Iranie.
Ale to także
nie jest
wyłącznie islamski fenomen. Ten sam mechanizm –
z zachowaniem proporcji –
widać między innymi w Ameryce i w Polsce,
gdzie radykalna
religia polityczna także stała się wyrazem społecznego
i politycznego
napięcia, którego nie można inaczej wyrazić
w obrębie istniejącego
porządku. Radio Maryja w Polsce czy gwałtownie rosnący ruch
nowo
narodzonych chrześcijan w Ameryce są przecież
w istocie rzeczy
religijną formą odpowiedzi na te same polityczne wyzwania niesione
przez
globalizację i radykalizujący się rynek, na które
po upadku wielkich
utopii XX w. świecka polityka nie ma odpowiedzi. Rosnące
osobiste ryzyka,
narastająca frustracja wywołana niesioną przez kulturę masową
(telewizja
satelitarna) nieistniejącą dawniej świadomością ogromu konsumpcyjnych
ofert,
z których nie można skorzystać, lęk przed utratą
podstaw egzystencji
i własnej tożsamości, świadomość rosnącego dystansu do tych,
którym się
udało, w wielu miejscach świata rewoltują dużą część
społeczeństwa.
Tam,
gdzie z jakichś powodów ta rewolta nie znajduje
laickiego wyrazu, często
przybiera ona postać religijną.
W tym
sensie dużo
racji mają z pewnością ci komentatorzy, którzy
uważają, że islamizm (oraz
inne radykalne religie polityczne) początków XXI w.
ma wiele wspólnego
z komunizmem początków XX w. Komunizm
i nacjonalizm, których
syntezą był w dużym stopniu faszyzm, stanowiły odpowiedź na
pierwszą
modernizację i pierwszą wielką falę globalizacji, jakie się
przetoczyły
przez świat na przełomie XIX i XX w. Nowoczesne
religie polityczne są
odpowiedzią na obecną falę modernizacji, która się
przetoczyła przez świat na
przełomie XX i XXI w. Można oczywiście z tą
tezą polemizować
wykazując, że na czele islamistów stoją ludzie zamożni,
a wśród
religijnych radykałów nie tylko w świecie islamu,
lecz również wśród
chrześcijan, jest wiele osób wykształconych
i dobrze sytuowanych. Choćby
prezydent Bush. Ale o komunistach z poprzedniego
przełomu stuleci
można powiedzieć to samo. W takiej analogii ibn Laden jest
Engelsem, mułła
Omar Leninem, Al-Kaida jedną ze współczesnych
międzynarodówek, a islamiści
stanowią odpowiednik jednej ze zrewoltowanych grup proletariatu.
Do takich
analogii nie
należy się nadmiernie przywiązywać i nie ma sensu ciągnąć ich
zbyt daleko.
Ale dystans kulturowy i cywilizacyjny między wyrafinowaną
rządzącą elitą
XIX wieku a dickensowską niepiśmienną
tłuszczą młodego kapitalizmu
nie był dużo mniejszy niż dystans dzielący dziś zachodnie społeczeństwa
od
islamskiej masy. Zwłaszcza od milionów muzułmanów
mieszkających
w zachodniej Europie. Obcość zaś – podobnie jak
dzisiaj – w dużym
stopniu dyktowała i dyktuje reakcje.
Być może więc
w takim sensie
historia niestety jednak zatoczyła koło, a islamiści weszli
w rolę
proletariatu. Skoro tak, to zastanawiając się nad tym, w jaki
sposób
należy reagować, warto sobie przypomnieć, jak się to koło poprzednio
toczyło.
Sto lat temu
Europa miała
z grubsza biorąc dwa warianty odpowiedzi na komunistyczne
wyzwanie,
którego część stanowił terroryzm. Odpowiedź rosyjska
i pruska skupiała się
na represji. Odpowiedź brytyjska i szwajcarska była
skoncentrowana na
ochronie wolności. Rosja i Prusy więziły
komunistów. Anglia
i Szwajcaria dawały im azyl (Anglia np. Marksowi, Szwajcaria
Leninowi).
W bestsellerowej biografii Karola Marksa Francis Wheen opisuje
naciski,
jakie Prusy wywierały na Anglię, by rozprawiła się z Marksem.
Wreszcie po
jakimś nieudanym zamachu zrobionym przez komunistów pruski
dyplomata
triumfalnie dostarcza Anglikom zapis przemówienia,
w którym Marks mówił,
że może trzeba będzie zabić królową. Ale Anglików
i to nie przekonuje. Bo
ich zdaniem wolność słowa gwarantuje każdemu prawo mówienia
o tym, co
kiedyś może trzeba będzie zrobić. W kraju demokratycznym to
nie jest
karalne, co Prusakowi w głowie się nie mieści. Jego zdaniem
Anglicy to po
prostu mięczaki. W „Tajnym agencie” tę
fundamentalną różnicę doskonale pokazał
Joseph Conrad, opisując zamach na obserwatorium w Greenwich
(symboliczny
dziewiętnastowieczny odpowiednik dwudziestowiecznego WTC
w Nowym Jorku)
jako pruską prowokację, mającą zmusić Anglików do represji
wobec komunistów.
Nawet jednak w obliczu kolejnych zamachów Anglicy
nie zgodzili się na
ograniczenie demokratycznych wolności. Konsekwentnie przeprowadzili
natomiast
reformy wiktoriańskie, które obniżyły poziom napięcia
społecznego i przyniosły
Anglii okres największego rozkwitu.
Oczywiście
finał – jak
zawsze – zależał od wielu czynników, ale jednak
warto dziś o nim pamiętać.
W Rosji wygrał komunizm. W Niemczech wygrał nazizm.
Cenę, jaką świat
za to zapłacił, znamy wszyscy. Natomiast Anglia i Szwajcaria
zmodernizowały systemy społeczne i polityczne, zrealizowały
część
postulatów ruchu komunistycznego, włączyły ruch społecznego
protestu do
demokratycznego spektrum, stopniowo odcięły radykałów od
społecznego zaplecza
i obroniły wolność oraz demokrację. W Anglii trwało
to blisko sto
lat, ale się udało, mimo że zamachy terrorystyczne organizowane przez
rozmaite
ruchy (bo miejsce komunistów zajęli separatyści) nieustannie
wisiały
w powietrzu.
Jaka nauka może
dla nas płynąć
z tamtego doświadczenia? Po pierwsze taka, że droga rosyjska
i pruska
nie zaprowadzi nas raczej tam, gdzie byśmy chcieli, a może nas
zaprowadzić
zupełnie gdzie indziej. Po drugie taka, że na kryzys cywilizacyjny nie
ma
żadnego błyskawicznego lekarstwa. To, co wydaje się oczywistym
przecięciem
węzła gordyjskiego, zazwyczaj okazuje się otwarciem puszki Pandory.
Najlepszym
tego przykładem jest Irak. Po trzecie, kiedy taki kryzys narasta,
raczej nie ma
sensu za wszelką cenę skupiać się na zwalczaniu radykałów
(terrorystów czy
fundamentalistów), bo albo się z nimi przegra (jak
w Rosji), albo ci,
których celem będzie ich zwalczanie, okażą się jeszcze gorsi
(jak w Niemczech),
albo wreszcie wpadnie się w bliskowschodnią spiralę przemocy
i nienawiści.
Terrorystów
trzeba powstrzymywać,
radykałów trzeba kontrolować, ale nie ma co liczyć, że tak
się problem
rozwiąże, więc nie warto niszczyć dobrych stron istniejącego porządku
w imię walki z jego zaciekłymi wrogami. Nie warto
zwłaszcza
rezygnować z wolności, bezpieczeństwa i prawa,
w imię mirażu
zniszczenia ich wrogów. Na dłuższą metę jedynym ratunkiem
jest usuwanie
z rzeczywistości tego, czym radykalizm się żywi.
I nie ma sensu
wierzyć w metafizyczne korzenie społecznego obłędu. On się
daje
racjonalnie zrozumieć, jeżeli tylko ma się wolę i zdolność
racjonalnego
myślenia.
Gdy usuniemy
racjonalne
korzenie islamizmu, młodzi muzułmanie przestaną marzyć o nowym
kalifacie,
tak jak młodzi robotnicy przestali marzyć o komunistycznym
raju. To nie
nastąpi prędko (w Ameryce i Europie płytko
zakorzeniony terroryzm
przełomu lat 60. i 70. trwał jednak kilkanaście lat), bo fala
już ruszyła.
Ale cierpliwość z pewnością się opłaci, czego nie można
powiedzieć
o radykalnych „cudownych lekarstwach”.
I nie
ma co udawać, że
islamski terroryzm spadł na Europę z nieba. Jak nie było go
przed wojną
w Iraku, tak stopniowo osłabnie, kiedy Europa się stamtąd
wycofa.
A jeśli uda się także zneutralizować radykałów po
stronie Zachodu
i sensownie ułożyć sprawy w Palestynie, jeżeli
zamiast wyrzucać
pieniądze na „wojnę z terroryzmem”,
zaczniemy je równie intensywnie
wydawać na obcinanie społecznych korzeni islamizmu, to może za
kilkadziesiąt
lat świat znów będzie równie bezpieczny jak
dziesięć lat temu. Wiem, że ta
droga większości z nas wydaje się zbyt powolna. Ale szybszą
mieliśmy
okazję wypróbować. A wcześniej próbowali
jej Rosjanie i Niemcy. Ze
skutkiem, który znamy.
Jacek Żakowski
Polityka.
Niezbędnik
Inteligenta 25/2006
Żyd
i upiór, wampir i
gej. O pokrewieństwach. Społeczeństwo.
Kiedy inny
staje się obcym
Trudno nieraz
zrozumieć
ludzi owładniętych przekonaniem, że to jakieś tajemne moce lub spiski
winne są
całemu złu świata. Byłoby z tym łatwiej, gdybyśmy odwołali się do
bogatej
tradycji fantastyki grozy.
Rafał
Nawrocki
Spotykając się
– przy
rozmaitych okazjach, a któż ich uniknął –
z poglądami określanymi
powszechnie jako antysemickie, homofobiczne, antyklerykalne
i innymi
(przekonania o wszechobecnej agenturze, układzie, światowym
spisku itp.),
reagujemy zazwyczaj na dwa sposoby. Jednym z nich jest
próba rozprawienia
się z uprzedzeniami na płaszczyźnie racjonalnego dyskursu,
drugim zaś
milczenie, przepełnione politowaniem dla osoby dotkniętej ciężką
społeczną
przypadłością. Ten drugi sposób praktyka zdecydowanie
potwierdza jako
słuszniejszy: jakakolwiek próba polemiki powoduje
z reguły gwałtowny
rozrost kolejnych wyobrażeń, w których
i dla nas znajduje się rola
nosicieli rozmaitych ułomności, wielbicieli najskrajniejszych zboczeń
bądź też
członków lub agentów równie głęboko
podziemnych co radykalnych organizacji.
A dramatyzacja sporu dokona się tym łatwiej, im bardziej
oficjalny będzie
on miał charakter.
Owa potrzeba
jaskrawego
podziału ról na dobrych i złych, charakterystyczna
dla tego rodzaju
myślenia, zdradza pokrewieństwo z tradycyjnymi wizjami
ponadnaturalnego zła i jego etatowych
antybohaterów, znanymi
z opowiadań o upiorach
i współczesnego horroru.
W konstrukcji owych wyobrażeń odnajdujemy schematy fabularne
i charakterologiczne,
których kontekst zdaje się być oczywisty dla choćby
przypadkowego czytelnika
i widza fantastyki grozy. Albo odwrotnie: spróbujmy
podyskutować
z kimś głęboko przekonanym o nawiedzeniach
duchów czy
odpowiedzialności kosmitów za gniecenie zbóż;
wiele z używanych
w rozmowie strategii okazuje się być tożsame
z argumentacją
antysemicką lub homofobiczną. Wkroczyliśmy bowiem na teren, gdzie
przywoływanie
racjonalizmu, nawet w stosunku do tez poddających się takiej
weryfikacji,
może być jedynie maską dla myślenia płynącego z głębokiego
przekonania
pokrewnego wierze.
Cechą
wspólną wydaje się tu
być opanowanie myślenia przez fantazmat. Pojęcie to oznaczało
w średniowieczu diabelską ułudę, halucynację, obecnie zaś
poprzez
psychoanalizę znalazło się także w naukach humanistycznych
jako wytwór
wyobraźni i podświadomości, uzewnętrzniony przejaw życia
wewnętrznego
człowieka, często uzyskujący pewną autonomię i pozory
niezależności.
Fantazmatem może być upiór, który pochyli się nad
nami w nocy – ale może
to być też śniady, nosaty, przewrotny Żyd, jakiego dostrzeżemy
w nielubianym polityku.
Dotychczas
jednak
w niewielkim stopniu lub wcale nie wskazywano na jawny związek
fantazmatów
obcości, tyczących mniejszości społecznych, z wyobrażeniami
znanymi od
wieków z literatury, z fantazmatami
artystycznie wykorzystanymi
w obrębie fantastyki grozy.
Pełna wersja
artykułu dostępna w ARCHIWUM "Polityki".
Atmosferka
Żyjemy w
klimacie
radykalnej zmiany. Zwolnienia, awanse, degradacje – często
dokonują się
z naciąganiem prawa, nonszalancko, bez jasnych
kryteriów, a właściwie
według jednego – czy jesteś wystarczająco za i wystarczająco
swój. To budzi
lęk. Obywatele IV RP – niczym na plakatach PiS –
wolą nie patrzeć nikomu w
oczy.
Barbara
Pietkiewicz
Im bardziej
władza zwalcza
„układ”, tym bardziej on się rozrasta. Zmiany na
szczeblu politycznym już nie
wystarczą. Premier, uzasadniając zwolnienia w administracji,
dzieli się
podejrzeniami, że przejęty aparat urzędniczy może sabotować decyzje
nowej
władzy. Więc każdy, kto pracuje dłużej niż rok, staje się
z urzędu
podejrzany.
W państwowym
radiu
każą przynosić kwity z IPN. Kto był kiedykolwiek
zarejestrowany (nawet bez
swojej wiedzy) jako źródło informacji – straci
pracę. We wszystkich
instytucjach państwowych trwa wymiana kadr. Z Ministerstwa
Finansów ma być
zwolnionych 100, może 200 osób. W innych urzędach
centralnych – podobnie.
Zwalniają starych, bo niekompetentni, zrobili coś złego? Nie
– odpowiada
premier – bo może nie zrobili nic dobrego. Urzędnicy na
ogół nie wierzą, że
chodzi tu o obniżkę kosztów, bo cały program tzw.
taniego państwa wygląda
na fikcję. Są przekonani, że ci, co nie dość zaangażowali się po
stronie nowej
władzy, nie dość ostentacyjnie popierają rewolucję moralną, mogą
stracić środki
do życia. A kodeks pracy? W razie czego
z budżetowych pieniędzy
będą płacone jakieś odszkodowania. I tyle.
Byłam niedawno
w szkole w małym miasteczku. Rozmawialiśmy
o różnych sprawach
w pokoju nauczycielskim. Powiedziałam: gratuluję wam nowego
ministra
oświaty. Zapadła cisza. Rozmowy dalej nie było. Choć Roman Giertych,
zwany
przez młodych „wesołym Romkiem”, uchodzi
– nawet w koalicji – za figurę
niepoważną, to szacowni, wykształceni, oddani zawodowi nauczyciele wolą
milczeć.
– Bo
nigdy nie wiadomo, kto
sypnie – mówi prof. Mirosława Marody, socjolog.
– Zawsze jest ktoś, kto pamięta
stare sposoby zachowania, a rozdział nagród tę
pamięć
wzmacnia. Jeśli ludzie rozpoznają stare sytuacje
w nowych,
włączają stare zachowania. Nawyki wytworzone w PRL wyciągane
są teraz
z pamięci i często bezrefleksyjnie przenoszone do
praktyki. Po prostu
narzędzia. Na podorędziu są dwa podstawowe – ostrożność
i donosicielstwo.
Pełna
wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".
Polityka 37/2006
Pocztówki
znad krawędzi
Mimo
intensywnych starań Romana
Giertycha Liga Polskich Rodzin, najmniejszy partner
w rządzącej koalicji,
niknie w sondażach. Radykalna partia walczy dziś
o przetrwanie. Czy
po wyborach samorządowych stanie się jedynie skrzydłem wielkiego
prawicowego
ugrupowania?
Joanna
Cieśla
Sekwencja
zdarzeń powtarza
się: LPR odpala polityczny fajerwerk i dostaje prztyczek
w nos lub
w najlepszym wypadku nad propozycją zapada znacząca cisza.
Fajerwerk
gaśnie, po czym szybko odpalany jest następny. W praktyce
wygląda to na przykład
tak: w mediach pojawia się informacja o rozmowach
prowadzonych przez
Jacka Kuronia z SB. Posłowie Ligi Polskich Rodzin natychmiast
zwołują
konferencję prasową pod hasłem: odebrać Kuroniowi Order Orła Białego.
Albo tak:
zbiera się
komisja sejmowa ds. banków, a Szymon Pawłowski z
LPR już na pierwszym
posiedzeniu wnosi o wezwanie Leszka Balcerowicza do zrzeczenia
się funkcji
prezesa NBP. Równie dobrze mógłby się domagać dla
prezesa NBP kary śmierci. Też
znalazła się wśród postulatów Ligi Polskich
Rodzin obok żądania unieważnienia
„najbardziej skandalicznych” prywatyzacji,
rozliczenia majątków organizacji
działających w PRL, wpisania ochrony życia poczętego do
konstytucji,
wprowadzenia lekcji patriotyzmu, oddzielenia historii Polski od
historii
powszechnej, abolicji dla maturzystów, obowiązkowych
mundurków dla uczniów.
Odkąd Liga
weszła do
koalicji z PiS, jej lider wicepremier Roman Giertych tryska
pomysłami.
Przy czym im bardziej się stara, im więcej wysiłku wkłada, tym ma
gorsze
rezultaty. Liczby są bezlitosne: w 2005 r. LPR weszła
do parlamentu
osiągając 8 proc. poparcia. Dziś sondaże dają jej 3 proc., co oznacza,
że
w razie wcześniejszych wyborów nie wejdzie do
parlamentu.
Utworzenie
koalicji nie
powstrzymało odpływu patriotyczno-katolickiego elektoratu do PiS.
Wystarczyło,
by partia braci Kaczyńskich odcięła się od liberałów,
wzbogaciła ofertę
wyborczą o obronę wartości rodzinnych i uzyskała
poparcie o. Tadeusza
Rydzyka, dyrektora Radia Maryja, by to ona stała się faworytem
wyszydzanego
przez elity, ale jakże zdyscyplinowanego moherowego elektoratu. PiS
jest partią
silniejszą, dominującą, stąd większa gwarancja, że wywiąże się ze
składanych
obietnic.
Pełna
wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".
Polityka 37/2006
Poczet
rewanżystów
Jak mizerne
byłoby
wychowanie trzech powojennych pokoleń Polaków bez
zachodnioniemieckich
rewanżystów. Od pół wieku używamy tych samych
słów, mobilizujemy te same emocje
i nawet nie zauważyliśmy, że przeciągamy
w nieskończoność bitwę już
tylko ze swymi własnymi zmorami.
Adam
Krzemiński
Dziś straszy
Erika
Steinbach. W latach 50. straszył rewizją granicy na Odrze
i Nysie
kostyczny kanclerz Adenauer w płaszczu krzyżackim.
A w latach
60. minister ds. wypędzonych Theodor Oberländer
z batalionu
Nachtigall. Potem Herbert Hupka i Herbert Czaja.
Zmarłego przed
kilkunastoma
dniami Herberta Hupkę, przewodniczącego Ziomkostwa Ślązaków,
po raz pierwszy
zobaczyłem na żywo w 1985 r., i to
z daleka. Z podium
w hanowerskiej hali targowej sprawnie dyrygował zebranymi na
zlocie, który
peerelowskie media doprowadzał do białej gorączki: Śląsk pozostanie
nasz. Hupka
wprowadzał poczet sztandarowy. Witał prominentów.
A gdy do hali wchodził
gość honorowy, Helmut Kohl, na znak Hupki tysiące gardeł wyśpiewało
hymn: „Znów
się zobaczymy mój śląski kraju. Znów się
zobaczymy na odrzanej plaży...”.
Ciarki mogły przejść po plecach...
Ale rozmowy ze
Schlesierami przy długich
stołach z nazwami miejscowości były wzruszające:
–
Pan także zna
Wałbrzych, Jedlinę, Głuszycę...!? Byłem niedawno, szkoda, że
kościół
ewangelicki, w którym byłem konfirmowany, grozi
zawaleniem. Powinniśmy go
razem odrestaurować!
Te rozmowy,
a także publiczny sparing niemieckich
polityków z wypędzonymi – w tym
również Gerharda Schrödera – dodały
mi i Danielowi Passentowi odwagi. Przyjęliśmy zaproszenie do
telewizyjnej
debaty z przedstawicielami związku Schlesierów.
Daniel postawił tylko
jeden warunek. Nie rozmawiamy pod planszą z granicami
z 1937 r.
Zostały zamazane... Sama dyskusja była łatwiejsza, niż sądziliśmy. Nie
spieraliśmy się o granice, tylko o to, czy
i co możemy razem
zrobić dla Śląska...
Potem
w 1991 r.
Hupka nieoczekiwanie zadzwonił do mnie z warszawskiego
Marriotta
i poprosił o spotkanie. Był pod wrażeniem wizyty
w rodzinnym
Raciborzu i prosił o radę, co obejrzeć
w Warszawie, bo chce
poznać także stolicę państwa, w którym jest Dolny
Śląsk, o który
teraz będziemy mogli razem zadbać...
W pewnym
momencie zapytałem: – Niech
mi pan powie, do kiedy pan tak naprawdę miał nadzieję na zmianę granicy
na
Odrze i Nysie? – Do końca. Do uznania jej
przez zjednoczone Niemcy
– odpowiedział bez namysłu. – Ale teraz
jest zupełnie nowa sytuacja.
Pełna
wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".
Polityka 37/2006
Tęsknota za
solidarnością
W latach
1954–1956, po
zamknięciu prawdziwego „Tygodnika Powszechnego”,
byłem małym dzieckiem,
przypominam sobie jednak bardzo wiele.
Ludwik
Stomma
W domu
była bieda,
mieszkaliśmy w sześć osób
w dwóch sublokatorskich pokojach,
chodziliśmy z siostrą w połatanych ubrankach
najczęściej dostarczonych
z parafii, kaszka owsiana na okrągło. Mama była bez pracy,
ojciec dostał
wreszcie, po siedmiu miesiącach całkowitego bezrobocia
i dalszych ośmiu
prowizorki, jakąś możliwość minimalnego, ale stałego zarobkowania
w Muzeum
Narodowym w Krakowie. Czy na pewno stałego? Pozwolę sobie
przytoczyć in
extenso list zwiastujący tę szczęśliwą nowinę:
„Kraków dnia 1 lipca
1954 r. – Ob. dr Stanisław Stomma
– Przydzielam obywatela TYMCZASOWO
(wytłuszczenie w oryginale) do Biblioteki w Oddziale
Zbiory
Czartoryskich z dniem 1 lipca. – Dyrektor Muzeum
Narodowego
w Krakowie”.
Czy zrozumieją
dzisiaj
prokuratorzy (bo przecież od dawna już nie historycy) z IPN,
że płacąc
wprawdzie słowem „tymczasowo” mającym oczywiście
stanowić osłonę decyzji przed
władzami, dawał dyrektor prof. Tadeusz Dobrowolski przykład ludzkiej
solidarności i... odwagi cywilnej? Ale wróćmy od wydarzeń
świątecznych do życia
codziennego. Właśnie w warunkach niedostatku
i zagrożenia, którego
dzieci nie rozumiały, ale jakoś odczuwały, pamięć przechowuje
mnóstwo radości,
jak ja na przykład ową kajzerkę z szynką (sic!
z szynką!), którą
dostałem od jednego z graczy Wisły, kiedy dostawszy się na
stadion przy
Reymonta przez dziurę w płocie przyglądałem się treningowi.
Był to
pierwszy w moim życiu świadomy kęs szynki. Ale były też rzeczy
nawet od
szynki ważniejsze.
W wywiadzie
udzielonym do
drugoobiegowej książki Jacka Żakowskiego „Anatomia smaku,
czyli o losach
»Tygodnika Powszechnego«
1953–1956”, Lublin 1986, opowiadał mój
ojciec
o losach redakcji: „Wszyscy klepaliśmy biedę
i wszyscy ledwie
mogliśmy uzbierać na swoje utrzymanie. Natomiast muszę bardzo mocno
podkreślić
bardzo miłe i serdeczne więzi, jakie nas wszystkich
wówczas łączyły. Oboje
z żoną wielokrotnie wspominaliśmy tamte czasy jako
najładniejsze
w naszym życiu. Nie było żadnego niepokoju, nie było
niespokojnej
działalności politycznej. Była bliska przyjaźń zżytych ze sobą
i absolutnie ufających sobie ludzi.
Na przykład
z Gołubiewami tworzyliśmy niemal jedną rodzinę. Żony nasze
zarabiały
robiąc wspólnie zabawki choinkowe. Pomagał im także
Gołubiew, który zdaje się
wymyślał wzory. Stanowiliśmy prawdziwy kolektyw. Pod tym względem był
to okres
wspaniały – okres solidarności, przyjaźni, zupełnej pewności
siebie
i pewności, że wybraliśmy słuszną drogę, że właśnie tak
należało postąpić,
że trzeba było zamilknąć”.
Pełna
wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".
Polityka 37/2006
Jak to się robi
w mediach
Jak
przeprowadzić radiową
bądź telewizyjną dyskusję polityków, tak aby odbiła się ona
szerokim echem?
Najpierw
wybieramy temat.
Nie może on być ważny ani trudny, bo wówczas byłby nudny.
Powinien być niszowy,
z gatunku nierozwiązywalnych, a więc na przykład
palenie
w miejscach publicznych, aborcja, kara śmierci itp. Większości
widzów to
nie obchodzi, ale wielu lubi popatrzeć, jak dyskutanci skaczą sobie do
gardeł,
obrzucają się błotem i używają demagogicznych
chwytów.
Następnie
starannie
dobieramy rozmówców. Muszą to być postaci tzw.
kontrowersyjne, które wryły się
w pamięć widzów niezwykłymi czynami lub
wypowiedziami. Dyskutanci powinni
być z diametralnie różnych opcji politycznych, gdyż
gwarantuje to
niemożność osiągnięcia jakiegokolwiek consensusu. Sugerowane pary:
Jacek
Kurski–Stefan Niesiołowski, Robert Strąk–Joanna
Senyszyn, Wojciech
Wierzejski–Ryszard Kalisz.
Rozmówców
wpuszczamy do
studia i już pierwszym pytaniem prowokujemy. Uwaga: prowadzący
dyskusję
powinien prowokować umiejętnie, tak aby nie dostrzegli tego mniej
wyrobieni
widzowie. Gdyby rozmowa schodziła na bardziej zasadnicze, poważniejsze
tory,
prowadzący musi ją skierować na właściwe. Na przykład:
„Nieomal nazwano tu pana
nieukiem, co pan na to?”. Tak umiejętnie zadane pytanie
z pewnością przekształci
dyskusję w pyskówkę. A jeśli puszczą komuś
nerwy, to awanturę mamy
gwarantowaną. Gdyby doszło do oblania przeciwnika wodą mineralną
(zawsze
pamiętamy, żeby postawić pełne szklanki przed dyskutantami), mamy
sukces. Gdy
do rękoczynów – pełny sukces. Wówczas
pokazują nasz program w innych
telewizjach, puszczają w rozgłośniach, cytują
w gazetach. Rośnie
nasza oglądalność, a za nią ceny reklam przed,
w trakcie i po
naszym programie. Miłego odbioru.
Pełna
wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".
Polityka 37/2006
Dyzma, Zgredek
i spółka
Przedwojenna
zabawa,
przypomniana po latach przez Hemara: kiedy na horyzoncie kawiarni
pojawiał się
kolejny amator półczarnej i plot
z towarzyskiej giełdy, wysiadywacze
stolika na górce w Ziemiańskiej – Tuwim,
Lechoń, Słonimski, Boy, Wieniawa
– zastanawiali się: kto go napisał?
Ryszard
Marek Groński
Zasadą tej gry
była bowiem
pewność, że każdy, absolutnie każdy jest postacią mającą swojego
autora.
Zabłąkanego między stolikami krewkiego, kto go napisał? Ano, pewnie
Sienkiewicz. Kanapowego babiszona – Zapolska. Rozdartego jak
sosna młodzieńca
w poszukiwaniu ideałów – Żeromski.
Damulkę ze sfer – Nałkowska. Generała
podzwaniającego orderami – Kaden-Bandrowski... No dobrze,
a gdyby
przenieść tę zabawę w dzisiejsze czasy, czy miałaby sens? Ile
to razy,
oglądając desant pań i panów za pośrednictwem
mediów wkraczających do
naszych domów, zastanawiamy się: komu mamy do zawdzięczenia
tę rewię typów,
kłębowisko charakterów, póz, zadęć, min,
grymasów i prychnięć. Kto ich, na
Boga, napisał, wprowadził w świat, kto im dał życie?
–
Chciałbym wiedzieć – pyta
pacjent. – Czy ja będę żył?
– Chory, chory, a już myśli o kłopotach!
– odzywa się
w anegdotce pan doktor.
Rzeczywiście,
co postać, to
kłopot dla spanikowanych oglądaczy, szepczących cichutko: Autor! Autor!
Kto napisał
Antoniego
Macierewicza? Wiele wskazuje na to, że Gogol. Macierewicz to przecież
Nos na
służbie, Nos tropiący, Nos wyczulony na zapach butwiejących
papierów.
W opowiadaniu Gogola Nos oderwał się od swego nosiciela,
wybrał
samodzielny wariant kariery, został radcą stanu.
Antoni M. wyżej
zamierzył:
jest wiceministrem specjalnej troski. Nie do ruszenia bez względu na
to, co
powie, jakim skrótem myślowym się posłuży, kogo oskarży
o wysługiwanie się
ruskiej agenturze. W naszym rajskim ogródeczku musi
być taki Strach na
ruble, musi funkcjonować Nos obdarzony węchem, Nos niezawodny, Nos
pomny
przestrogi: stań przy władzy, będą ci się kłaniać. Nawet Gogol na jego
widok
ponownie spaliłby rękopisy, ogarnięty strachem, że wykreowana postać,
literacka
figura – ożyła.
Bawmy się
dalej, zabawa
wciąga jak borowina. Kto napisał panią Annę Fotygę? Nareszcie ministra
spraw
zagranicznych: wiadomo już, że jej poprzednicy kierowali raczej
ministerstwem
sprawców zagranicznych – sprawców
naszych porażek. Odpowiedź jest prosta:
otoczoną złymi ludźmi, uważającymi jej awans za mezalians,
tkliwie
wpatrującą się w oczy obiektu swoich uczuć Fotygę napisała
Mniszkówna.
Pełna
wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".
Polityka 37/2006
Polityka i
obyczaje
Trzej młodzi
wrocławianie,
którzy podczas manifestacji przeciw ministrowi Romanowi Giertychowi
nieśli transparent z hasłem
„K... mać!”, staną przed sądem. Doniesienie
o popełnieniu
przestępstwa złożył oburzony przechodzień.
Grzegorz Rak,
jeden
z pozwanych, powiedział „Gazecie
Wrocławskiej”: „Nie znam innego słowa,
którym mógłbym dokładniej wyrazić to, co myślę
o sytuacji w naszym
kraju. »Kurde« nie wystarczy”.
Firma odzieżowa
House
uczyniła Romana Giertycha bohaterem nowej akcji promocyjnej.
W witrynach
swych sklepów wywiesiła plakaty odwołujące się do słynnej amnestii dla
maturzystów: „Reguła
Romka: 1+1=3, Kup spodnie i bluzę, a dostaniesz za
friko plecak albo
buty. Spiesz się, bo minister daje, a jak się rozmyśli,
zacznie odbierać”.
W
„Dzienniku” całkiem
poważna rozmowa z pierwszoklasistą, który
w przyszłości chce zostać
piłkarzem i grać dla Polski. „To znaczy, że jesteś
patriotą?” – pyta
dziennikarka. „A kto to jest
patriota?” – pyta
uczeń. „Ktoś, kto bardzo kocha swoją
ojczyznę”. „To jestem patriotą, kocham Polskę.
Polska jest fajna”. „Chcesz się
uczyć wychowania patriotycznego, tego, jak kochać Polskę?”.
„Ale ja już wiem.
Oglądałem »Potop«, o Kmicicu. On na pewno
był patriotą”.
Pełna
wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".
Polityka.
Niezbędnik
Inteligenta 25/2006
Pochwała
namiętnej różnicy. Politologia.
Jak ocalić
demokrację?
Chantal Mouffe,
teoretyk
polityki z Londyńskiego University of Westminster w rozmowie z Jackiem
Żakowskim odpowiada na pytania: • Na czym polega błąd
tradycyjnych elit
politycznych? • Dlaczego nie warto potępiać
populistów? • Jak rozbudzić
w elektoracie namiętności? • Po co liberałom
naród? • Słowem: Jak ocalić
liberalną demokrację?
Jacek
Żakowski
–
Piętnaście lat temu
powszechnie wierzono, że triumf liberalnej demokracji jest ostateczny
i nieodwołalny. Dziś równie powszechnie stawia się
pytanie, dlaczego ten
projekt zawiódł. Ma pani odpowiedź?
Chantal Mouffe:
–
W każdym kraju ludzie narzekają na trochę co innego. We
Francji
i w Austrii głównym problemem stała się
imigracja. W Niemczech,
w Polsce i w Anglii ograniczanie
zabezpieczeń socjalnych. We
Włoszech monopolizacja mediów przez Berlusconiego.
W USA znikanie dobrych
miejsc pracy wypłukiwanych przez globalizację. W Rosji
i Ameryce
Łacińskiej – gwałtownie rosnące rozwarstwienie...
Ale wszędzie
kwestionuje się system.
Bo
źródłem problemów jest
jego ewolucja. Liberalna demokracja, która
w drugiej połowie XX w.
przeżyła wielki triumf, ma w sobie nieusuwalne napięcie.
Z jednej
strony idea liberalna – rządy prawa, parlamentaryzm,
pluralizm, indywidualizm.
A z drugiej idea demokratyczna –
suwerenność ludu i władza
większości. To jest w praktyce trudna kombinacja. Carl
Schmitt, wybitny
niemiecki teoretyk, który stworzył intelektualne podstawy
porządku
faszystowskiego, udowadniał nawet, że liberalno-demokratyczny projekt
jest
wewnętrznie sprzeczny i nie może się udać. Brutalnie
mówiąc: jeśli
większość rządzi, to dlaczego ma się ona samoograniczać uznając
konstytucję,
wyroki wydawane przez sędziów i prawa mniejszości?
Pełna wersja
artykułu dostępna w ARCHIWUM "Polityki".
Polityka.
Niezbędnik
Inteligenta 25/2006
Ropa
– wszystkich
nas ostrzegano. Świat. Widmo
klęski paliwowej
To, że
niepohamowany apetyt
na ropę zagraża przyszłości naszej cywilizacji, powoli dociera do
powszechnej
świadomości. Ale przepaść między poczuciem zagrożenia
i działaniami, aby
mu zapobiec, pozostaje wciąż ogromna. Ostatnio odrobinę się skurczyła,
bo ropa
blisko dwukrotnie podrożała (z 35 dol. za baryłkę latem
2004 r. do 70
dol.), a jej główni dostawcy wydają się bardziej
niż kiedyś nieobliczalni.
Są zaś cztery poważne powody, by kategorycznie ograniczyć zużycie tego
surowca.
Andrzej
Lubowski
Wrzesień
2009 r.
Steve, huragan kategorii 5, uderza w Houston. Ofiary
w ludziach
niewielkie, ale ogromne spustoszenie w infrastrukturze.
Zniszczone
rafinerie, zbiorniki paliw i platformy wiertnicze
u wybrzeża Zatoki
Meksykańskiej. W najlepszym wypadku miną miesiące, zanim
Houston, gdzie
przetwarza się jedną czwartą amerykańskiej ropy, stanie na nogi. Ceny
benzyny
idą ostro w górę. W wielu miastach
ustawiają się kolejki przed
stacjami benzynowymi. Zaczyna jej brakować. Stacje telewizyjne na całym
świecie
pokazują obrazki z Teksasu. Od ekranów nie mogą
oderwać oczu terroryści
z Al-Kaidy. Czekali cierpliwie na ten moment od września
2005 r., od
huraganu Katrina.
26 września
2009 r.
W Arabii Saudyjskiej życie toczy się normalnie. Największy na
świecie
producent ropy naftowej pompuje dziennie 10 mln baryłek.
Większość ropy
Królestwa wędruje z Abqaiq do rafinerii
w Ras Tanura. Abqaiq to małe
miasto na pustyni, gdzie odbywa się wstępna obróbka ropy,
aby uczynić ją
bezpieczniejszą do transportu tankowcami. To Abqaiq był celem
nieudanego ataku
Al-Kaidy 24 lutego 2006 r.
Godz. 12.45.
Kontrolerzy
ruchu lotniczego przechwytują rozpaczliwy sygnał od pasażera samolotu
lecącego
z Teheranu do Rijadu. Zanim zdołali odpowiedzieć, połączenie
jest
przerwane. Samolot znika z ekranu radaru.
O 13.04
arabski kanał
telewizyjny informuje o masowej eksplozji w Abqaiq.
W odstępie
kilku minut pojawiają się wiadomości o ataku na dwa największe
terminale
eksportu ropy z Arabii Saudyjskiej w Ras Tanura
i Yanbu u wybrzeża
Morza Czerwonego.
Wygląda to na
robotę
Al-Kaidy, powtórkę 11 września. Eksperci spekulują, że ok.
7 mln baryłek
ropy dziennie, czyli 8 proc. światowego zużycia, będzie wyeliminowane
na co
najmniej sześć miesięcy. Ale nikt nie wie na pewno.
Rynki naftowe
ogarnia
chaos. Cena baryłki sięga 150 dol. Fachowcy szacują, że cena benzyny
podskoczy
do 7 dol. za galon w USA i do 10 w Europie.
Przywódcy polityczni
i gospodarczy na całym świecie obawiają się najgorszego.
To scenariusz,
wokół
którego CNN zbudowała program pt. „Ostrzegano
nas”, emitowany w Stanach 18
marca 2006 r. Powstał z udziałem byłego szefa CIA,
prezesa British
Petroleum, wiceprezesa General Motors i masy
ekspertów. Mathew Simmons,
analityk naftowy i autor świeżo wydanej książki
„Twilight in the Dessert”
(Zmierzch na Pustyni – o zasobach Arabii Saudyjskiej
i jej przesadnie
różowych prognozach wydobycia), twierdzi, że rzeczywistość
może być znacznie
bardziej ponura. Jak ponura? Simmons ociąga się z odpowiedzią.
Seria wojen
o dostęp do ropy między sąsiadującymi ze sobą miastami,
a w końcu między państwami. Krótko
mówiąc – totalny chaos.
Pełna wersja
artykułu dostępna w ARCHIWUM "Polityki".
Kapitalizm – system idealny?
Data:
25-10-2003 o godz. 17:52:55
Dział: Gospodarka
Uwaga wstępna: Artykuł nie powinien być
traktowany jako totalna
krytyka kapitalizmu w ogóle (choć tak może być on odebrany
po pierwszym
przeczytaniu), a raczej jako wypunktowanie jego licznych wad i apel
humanisty o zreformowanie tego systemu w kierunku stworzenia
„kapitalizmu z ludzką twarzą” w duchu uznania
człowieka (w szerokim
tego słowa rozumieniu) za wartość najwyższą. *
Kapitalizm –
system, w którym najważniejszy jest pieniądz i to on
sprawuje
niepodzielną władzę. Tu liczy się tylko ten, kto pieniądzem dysponuje i
w praktyce to kapitalista posiada pełnię władzy. Na 6
miliardów ludzi
na świecie tylko 70 milionów posiada majątki przekraczające
1 milion
dolarów, czyli grupa „nadludzi” stanowi
niewiele ponad 1% populacji i
skupia w swoich rękach większy majątek niż pozostała część razem
wzięta. Wystarczy tu wspomnieć choćby o najbogatszym człowieku świata
Billu Gatesie, którego majątek szacuje się na 30
miliardów dolarów
(sic!) – dla porównania: polska dziura budżetowa
to „skromne” 10
miliardów dolarów.
System, w którym władza należy do posiadaczy i pieniądz
dyktuje warunki
(często sprzeczne z etyką czy moralnością) jest bardzo niebezpiecznym
systemem. Świat dzieli się na części „A” i
„B”: część „A” staje się tym
lepszym światem – zarezerwowanym dla milionerów i
miliarderów,
natomiast część „B” to świat ludzi
„wykluczonych”, którzy raczej
wegetują, niż żyją.
Chęć maksymalizacji zysków prowadzić musi
producentów do cięcia kosztów
produkcji. Do tego celu prowadzą dwie drogi: zastosowanie tańszych
(gorszych) materiałów lub ograniczenie zatrudnienia
(zwolnienia) –
najczęściej korzysta się z obu mechanizmów
równocześnie. Na tym polu
mistrzostwo osiągnęły ponadnarodowe korporacje.
Dla Adama Smitha – twórcy jednej z
najsłynniejszych przenośni:
„niewidzialna ręka rynku” – punktem
wyjścia w jego teorii praw rynku
była koncepcja „homo oeconomicus” –
człowieka ekonomicznego, który w
swoim postępowaniu jest egoistą i dąży do maksymalizacji korzyści
ekonomicznych. Uważał on ponadto, że tylko w warunkach wolnej
konkurencji rynkowej społeczeństwo uzyskuje możliwość harmonijnego oraz
pełnego rozwoju (1). Harmonijnego? Czy aby na pewno?!
System kapitalistyczny ze swojej natury jest
„skazany” na powstawanie
monopoli. Bogaty staje się jeszcze bogatszy, a biedny biednieje, duży
może więcej – te hasła wyjaśniają w najprostszy
sposób, dlaczego tak
się dzieje. Bogate ogromne koncerny spychają ze sceny
„wolnego rynku”
(o którym jeszcze w dalszej części artykułu) mniejsze firmy,
które nie
mają w praktyce szans na zaistnienie. W przypadku, gdy jakaś mała firma
ma zamiar wprowadzić na rynek jakąś innowację, która mogłaby
pozbawić
giganta dominującej pozycji na rynku, jest zazwyczaj przez niego
„wchłaniana”, co daje podwójne korzyści:
likwidacja konkurenta i
przeciągnięcie jego potencjału intelektualnego na swoją stronę
– liczne
takie praktyki ma na swoim koncie na przykład Microsoft.
Tak: „drenaż mózgów”, czyli
przyciąganie wykwalifikowanej kadry z
krajów biednych (najczęściej Trzeciego Świata) do
krajów bogatych, to w
istocie mechanizm stosowany przez międzynarodowe koncerny i korporacje,
a nie przez rządy i polityków.
W dzisiejszym świecie władza państwowa traci coraz więcej swoich
uprawnień i kompetencji na rzecz międzynarodowego biznesu –
to bardzo
złe zjawisko, bo prowadzi do marginalizacji norm prawnych i stawania
ponad prawem. W praktyce oznaczać to może kształtowanie prawa w
interesie wąskiej grupy ludzi – wspomnieć można tu na
przykład o aferze
Rywingate.
Coraz większa międzynarodowa niechęć do Stanów Zjednoczonych
jest w
istocie niechęcią do „krwiożerczego” (często
niestety dosłownie)
kapitalizmu – z czego bardzo często krytycy polityki USA nie
zdają
sobie nawet sprawy! Zadajmy sobie na przykład pytanie o ostatnią wojnę
w Iraku: jakie było jej podłoże? Czy nie ekonomiczne przypadkiem?
Dolina Krzemowa, F-16, Hollywood, McDonald’s, Wall Street
– to symbole
USA… ale także symbole kapitalizmu właśnie. Ilość pieniądza
w obiegu
jest stała: jeśli ktoś ma go więcej, to ktoś inny musi mieć go mniej
–
ta zasada działa w skali mikro, mezo i makro.
W samych Stanach Zjednoczonych 10% obywateli dysponuje 80%
amerykańskiego majątku i to oni kreują politykę wewnętrzną i zewnętrzną
tego jedynego supermocarstwa. Obie partie: Demokraci i Republikanie
–
niewiele się między sobą różnią, obie działają w interesie
tej
10-procentowej mniejszości. Czy to w ogóle można nazywać
jeszcze
ustrojem demokratycznym?! Pomimo tego w USA rośnie zadłużenie państwa,
występuje ogromny deficyt w handlu zagranicznym, istnieje też wysokie
zadłużenie gospodarstw domowych. (2)
Jak wynika z raportu Uniwersytetu w Berkley (przedstawionego kilka lat
temu) w roku 2045 będzie w świecie 80% bezrobotnych i 20% zatrudnionych
(3). Według autora tekstu, z którego zaczerpnąłem te dane,
„nie jest to
nieszczęście, bo 20% zatrudnionych w nowoczesnych procesach
wytwórczych
utrzyma na godziwym poziomie 80% społeczeństwa”. Bogaci nie
mają jednak
zwyczaju dzielić się z innymi swoim majątkiem, a poza tym człowiek
pozbawiony pracy ulega degeneracji i często „schodzi na złą
drogę”, bo
praca to nie tylko źródło zarobkowania, ale także sens życia
– o czym
zresztą sam autor wspomina w dalszej części swojego atykułu.
Ekonomia uczy nas, że potrzeby ludzkie są nieograniczone, a zasoby,
którymi dysponuje ludzkość, są ograniczone. Nie jest to do
końca
prawdą, bo z wyliczeń ekspertów wynika na przykład, że gdyby
całą
istniejącą na świecie żywność podzielić pomiędzy wszystkich ludzi,
starczyłoby dla każdego i zostałaby nawet niewielka nadwyżka (sic!).
Inna sprawa, że oczywiście ludzi na świecie jest za dużo, aby każdy
mógł żyć w dostatku: im mniej ludzi, tym więcej
dóbr zostaje do
podziału – to jednak temat na odrębny artykuł.
Prawo podaży i popytu sypie się, kiedy mamy do czynienia z tragedią.
Przykładem może być tu trzęsienie ziemi w Los Angeles w 1994 roku, po
którym to sklepy podniosły ceny na artykuły pierwszej
potrzeby (woda,
baterie, pieluchy), co wywołało powszechne oburzenie wśród
amerykańskiego społeczeństwa i zmianę w prawie, które
zabroniło kupcom
podnoszenia o ponad 10% cen towarów i usług niezbędnych do
życia w
czasie obowiązywania stanu klęski żywiołowej. Kongres stara się też
powstrzymać gwałtowny wzrost cen opieki zdrowotnej i leków.
Czyżby
obywatele USA i członkowie Kongresu zapomnieli o
„niewidzialnej ręce
rynku”?! (4)
Podobnie jest w przypadku prawa patentowego – za nieetyczne
powszechnie
uznaje się w USA praktyki patentowania technik chirurgicznych i terapii
medycznych. Stanowi to także hamulec postępu medycznego. (5)
„Blisko połowa dorosłych Amerykanów zapytana w
badaniu przeprowadzonym
przez Hearts Corporation w 1987 r. uznała, że aforyzm Karola Marksa
‘Od
każdego według zdolności, każdemu według potrzeb’ jest
cytatem z
Konstytucji Stanów Zjednoczonych” - jak czytamy w
książce „Państwo zła”
Williama Bluma w rozdziale zatytułowanym „Stany Zjednoczone
napadają,
bombardują, zabijają w jego imię… ale czy Amerykanie wierzą
jeszcze w
wolny rynek?”
Spójrzmy
na koniec na własne, polskie podwórko…
Kiedy w Polsce ustrój zwany „realnym
socjalizmem” chylił się ku
upadkowi, wszyscy byli zgodni co do jednego: nowy ustrój
oparty ma być
na demokracji. Czy jednak była podobna zgoda, co do systemu
ekonomicznego? Absolutnie nie! „Dlaczego wzorem stał się
daleki od
polskiej tradycji model anglosaski? Nie można tego zjawiska tłumaczyć
‘pułapką zadłużenia’, czy naciskami
Amerykanów (włączając w to obie
międzynarodowe instytucje finansowe z Bretton Woods), skoro z trzech
wariantów przedstawionych przez ekspertów MFW
rząd polski jednomyślnie
wybrał najostrzejszy, najdalej z nich idący.” Skutkiem tego
jest co
prawda wzrost PKB od 1990 roku o połowę, ale także to, że liczba rodzin
żyjących poniżej minimum socjalnego wzrosła w tym czasie
dwu-i-pół,
trzykrotnie oraz drastyczne zmniejszenie zatrudnienia (w samym
przemyśle z 4,7 miliona do 2,8 mln.). Bezrobotni liczą ponad 1/5 siły
roboczej kraju, a 84% zarejestrowanych w majestacie prawa nie otrzymuje
zasiłku! (6)
Czy Polacy chcieli
przyjąć właśnie taką wersję kapitalizmu? Czy ktoś
ich (nas) o to zapytał?
…nie.
* - Niestety nie da się całkowicie wyeliminować (przynajmniej w czasach
nam współczesnych) kapitalizmu. Jak dotąd jest to bowiem
system, który
najsprawniej radzi sobie z redystrybucją dóbr (często
niesprawiedliwie,
ale sprawnie) i nic nie wskazuje na to, by chylił się ku upadkowi.
Przypisy:
1) – David Begg
„Mikroekonomia” (tom I), rodz. I
2) – „Kto jest
dzisiaj w stanie konkurować z USA”,
„Forum”, nr 40 (6.10
– 12.10.2003)
3) – Józef Oleksy
„Edukacja i Unia Europejska”, „Forum
Klubowe” – nr
11(3)/2003
4) – William Blum
„Państwo zła” - rozdz. 26, Warszawa 2003
5) – jak wyżej
6) – Tadeusz Kowalik
„Polska transformacja a lewica”, „Forum
Klubowe” –
nr 12(4)/2003
Pizzer, 19-20.10.2003
Czarny
czwartek (z blogu Adama Szostkiewicza)
Czarny czwartek: prof. Majchrowski,
prezydent Krakowa, mówi przed kamerami: tak zaczyna się
faszyzm. Chodzi
mu o metody walki politycznej - zbieranie
“kwitów”, podejrzenie o
podsłuch. Majchrowski chce się ubiegać o drugą kadencję. Twierdzi, że
szef policji w Małopolsce musiał odejść, bo nie chciał się zgodzić na
założenie podsłuchu Majchrowskiemu.
W “Co z tą Polską” prof. Balcerowicz
mówi o “bolszewickiej
szczerości” w kontekście komisji śledczej bankowej,
która ze względu na
wybory samorządowe nie będzie na razie wzywała świadków
kandydatów w
tych wyborach, bo to mogłoby im zaszkodzić. Co do sedna sprawy, można
oczywiście dyskutować - o początkach faszyzmu, o
dymisji gen.
Rapackiego, o naturze i składzie komisji Zawiszy (ciekawe, co miłośnicy
literackiego Zawiszy i harcerze myślą o pośle PiS? - czy są mu
wdzięczni, że pisze ten nowy rozdział w historii
“kultowego”
nazwiska?). Poruszyło mnie, że tak ostre słowa padają publicznie, w
mediach, więc idą w Polskę i świat. Co po nich zostaje?
Balcerowicz wypadł u Lisa znakomicie, każdego kolejnego
jasnego i
mocnego zdania Balcerowicza publika w studio słuchała coraz uważniej, w
coraz głębszym skupieniu. Nawet ci, którzy wcześniej bili
brawo
Arturowi Zawiszy. Może coś do nich dotarło, ale
co?
Ten wpis
został opublikowany dnia 2006-09-15 o godz. 09:56 w kategorii Gra
w klasy. Możesz śledzić komentarze do tego wpisu, korzystając
z wątku RSS
2.0. Możesz dodać
komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojej strony.
Oriana
Fallaci nie żyje
pi, PAP, IAR
2006-09-15, ostatnia aktualizacja
2006-09-15 11:49
Po długiej i ciężkiej chorobie w wieku 77 lat w klinice we Florencji
zmarła w piątek nad ranem Oriana Fallaci, znana włoska dziennikarka i
pisarka, która zasłynęła w ostatnich latach z ostrej krytyki
islamu.
Od wielu lat mieszkała w Nowym Jorku, ale gdy ostatnio stan
jej zdrowia
znacznie się pogorszył, przybyła do swego rodzinnego miasta we Włoszech.
Nic nie wiadomo o ostatnich chwilach życia Fallaci, gdyż najbliżsi
poprosili o uszanowanie jej prywatności. Informację o tym, że w związku
z gwałtownym postępem choroby nowotworowej, na którą
cierpiała od lat,
przewieziono ją do kliniki, utrzymywano do ostatniej chwili w tajemnicy.
Wiele włoskich stacji radiowych przerwało nadawanie
programów, żeby
poinformować o śmierci Oriany Fallaci. Włoska telewizja zapowiedziała
na najbliższe godziny emisję specjalnych programów na jej
temat.
Hołd Fallaci oddają włoscy politycy, zwracając uwagę na pasję, z jaką
pełniła swą misję jako publicystka i pisarka.
Rodzina powiadomiła, że pogrzeb zmarłej będzie miał charakter ściśle
prywatny. Kiedy się odbędzie - nie wiadomo.
Geremek: podziw i uznanie
Bronisław Geremek przypomniał, że Oriana Fallaci w latach 80. bardzo
interesowała się Solidarnością i polską opozycją. Były działacz
opozycji powiedział, że nie kryje swego podziwu i uznania dla Oriany
Fallaci.
Geremek dodał jednak, że gdy w ostatnich latach Włoszka z ogromną pasją
zaangażowała się w tropienie fundamentalizmu islamskiego, to pasja
nienawiści brała w niej górę nad rozumną analizą. Według
Bronisław
Geremka, poglądy Fallaci były ostatnio wyrazem goryczy wobec ewolucji
świata. Ale nie były wskazówką, jak odpowiadać na te nowe
wyzwania. A -
jak mówił Geremek - od tak znakomitej dziennikarki i pisarki
politycznej można było oczekiwać odpowiedzi na fundamentalne pytania.
Wildstein: Jej postawa uczciwa i szczera
Prezes Telewizji Polskiej Bronisław Wildstein, który był
gościem
radiowej Trójki, przyznaje, że postawa Oriany Fallaci w
ostatnim
okresie życia była kontrowersyjna, ale jednocześnie uczciwa i szczera.
"Ona nie chowała głowy w piasek, czasami wyostrzała pewne sądy, czasami
może bywała niesprawiedliwa, ale pokazywała pewne realne kulturowe
zagrożenia" - powiedział Bronisław Wildstein.
Bratkowski: Fallaci docierała do trzewi rzeczywistości
- Oriana Fallaci potrafiła dotrzeć do trzewi rzeczywistości -
powiedział prezes honorowy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Stefan
Bratkowski. "W momencie, kiedy Fallaci odeszła ze świata, można
powiedzieć tylko jedno: była to wielka, porywająca dziennikarka,
która
potrafiła dotrzeć do trzewi rzeczywistości" - ocenił.
Podkreślił przy tym, że w swojej pracy "nie kierowała się ona ani
swoimi interesami, ani niczyimi innymi".
Jas Gawronski: trudna i bezkompromisowa
Włoski dziennikarz polskiego pochodzenia, polityk partii Forza Italia
Jas Gawronski powiedział, że dobrze znał Orianę Fallaci i zapamięta ją
jako "bezkompromisową, bardzo trudną kobietę, tak trudną, jak każda
wielka osobowość". "Nie wszyscy ją lubili i nie wszyscy lubili to, co
pisała. Ale wniosła ogromny, nieoceniony wkład do dyskusji na bardzo
ważne i aktualne problemy świata oraz tego, co się obecnie dzieje" -
podkreślił Gawronski.
"W wielu zasadniczych sprawach się z nią zgadzałem, choć nie
całkowicie. Za najważniejsze zaś uważam to, że zmusiła wszystkich do
poważnej dyskusji, do zajęcia stanowiska" - zauważył dziennikarz,
odnosząc się do ostatnich książek Fallaci, napisanych po atakach z 11
września w Ameryce. Fallaci niezwykle ostro krytykowała w nich islam i
zarzucała Europie, że nie przeciwstawia się jego wpływom.
Komentując zaś zgłaszaną w ostatnich latach przez niektórych
polityków
propozycję mianowania jej dożywotnim senatorem Jas Gawronski
stwierdził, że Fallaci nie mogłaby zajmować się działalnością
polityczną, ponieważ nie uznawała kompromisów.
Gorsi od Dmowskiego
Rozmawiał Piotr Najsztub
Rok po objęciu
władzy przez
PiS profesor WŁADYSŁAW BARTOSZEWSKI nie chce używać terminu
„IV RP”,
ale nadal uważa, że nie wolno mu krytykować urzędującego prezydenta. O
sobie mówi: „jestem wesołym
staruszkiem”, choć z goryczą przyznaje, że
nie podoba mu się typ lansowanego obecnie patriotyzmu.
Nie będę używał terminu „IV Rzeczpospolita”.
Zostawmy to tym, którzy ten termin wynaleźli.
Może jednak nas
ona, ze swoim numerkiem, dotyczy, skoro tu żyjemy?
–
Przepraszam, ale numery Rzeczypospolitej określą historycy po fakcie.
Na razie można powiedzieć, że pewne grupy polityczne wiążą swoją
działalność z proklamowanym terminem. To im wolno. Wolno jest
również
tego terminu nie używać i być równie dobrym obywatelem,
Polakiem.
Rządzący
jednak uważają, że zafundowali nam tak głęboką zmianę, że trzeba używać
nowej nazwy. Podziela pan pogląd o tej głębokości?
– Nie jestem dla tego tematu dobrym rozmówcą,
ponieważ ani
nigdy nie byłem członkiem PiS, ani nawet nie miałem takiego zamiaru.
Ale jest pan
obywatelem.
– Jak 38,5 miliona innych obywateli.
W tym jeden
profesor Władysław Bartoszewski.
–
Jest również jedna pani Beger, pewne jej wyrażenia są jedyne
w swoim
rodzaju, żadna inna posłanka dotąd ich nie używała, czyli są to jedyne
w swoim rodzaju w obyczajowości i w historii parlamentaryzmu wyrażenia.
Przez ostatni rok
nic się dla obywatela Bartoszewskiego w państwie nie zmieniło czy to
może jest inny kraj?
–
Odczuwam przede wszystkim, że nastąpiła ostrzejsza polaryzacja
podejścia do ludzi inaczej myślących, do przeciwników
politycznych, do
ludzi dotąd obojętnych. Ostrzejsze są oczekiwania i naciski władzy.
Poza tym ja sobie nie bardzo wyobrażam, żeby pod wcześniejszymi rządami
świeżo upieczony wiceminister określił co najmniej pięciu
ministrów
spraw zagranicznych jako agentów obcego mocarstwa i poza
reakcją
swojego przełożonego, ministra obrony, który w gruncie
rzeczy zwolnił
go z obowiązku milczenia za okres jego kilkudziesięciodniowej pracy,
nie spotkało się to z jakąkolwiek właściwą reakcją państwa. Reakcje
były od wykrętnych do nieuczciwych. A trzeba zważyć, że rzeczony
polityk jest solidnie wykształconym historykiem, który
doskonale umie
posługiwać się językiem polskim i formułować swoje myśli – i
mówi to,
co chce, a nie to, co jemu się powiedziało. Tego typu ludzie nie mają
taryfy ulgowej, szczególnie że mają reprezentować moje
państwo. Bo nikt
mi nie odbierze – choć zanegowano moje prawo do zajmowania
się
dyplomacją – prawa do uważania Rzeczypospolitej Polskiej za
moje
państwo. Urzędujący prezydent jest moim prezydentem i tak jak nie
krytykowałem nigdy prezydenta Wałęsy, prezydenta Kwaśniewskiego, tak
nie krytykuję i nie będę krytykował, jak długo będzie prezydentem,
prezydenta Kaczyńskiego.
Dlaczego prezydenta
akurat nie można krytykować?
–
Dla mnie jest to symbol państwa. Obywatel nie powinien przekraczać
pewnych granic. Można bardzo ostro krytykować rząd, premiera, to jest
dobre prawo obywatela, ale nie prezydenta. W europejskiej kulturze
politycznej tak na ogół jest. W polskiej wprawdzie
zamordowano
prezydenta, ale jego właśnie najpierw obrzucano błotem, a potem partie
odnosiły się do tego ze wstydem albo z zakłopotaniem i milczeniem,
jeżeli były współwinne, albo bardzo ostro, kategorycznie
krytykowały
fakt zabicia prezydenta.
Ale
jeżeli ja jako obywatel dziennikarz uważam, że prezydent robi coś źle,
ośmiesza nas, to nie mogę go pańskim zdaniem krytykować?
–
Nie twierdzę, że pan nie może, ja mówię, że sam, przy moim
wychowaniu,
mając 85. rok życia i chcąc żyć w demokratycznym państwie prawa,
zawieszam sobie dość wysoko poprzeczkę i uważam, że muszą być pewne
nienaruszalne symbole państwa. Polacy wybrali większością
głosów tego
prezydenta. Było kiedyś staropolskie powiedzenie, które mi
wpojono
jeszcze w szkole i w domu: „Widziały gały, co
brały”. A jeżeli nie
widziały, to przejrzą i zobaczą, i ocenią, i wybiorą ponownie lub nie
za cztery lata, bo taka możliwość konstytucyjna jest.
Wróćmy
do pańskiej diagnozy o polaryzacji. Może to nie jest takie złe?
– Język polaryzacji zaostrza stosunki między ludźmi,
ugrupowaniami, a tym samym następuje pogorszenie obyczajów.
Może to dobrze,
może to doprowadzi do powstania wyraźnych, trwałych obozów
politycznych?
–
Czy powstaną? Były już dość wyraźne obozy polityczne. To nie może być
cel sam w sobie. Na przykład linia podziału między SLD a
różnie
motywowaną opozycją zarysowała się wyraźnie, szczególnie w
okresie
poprzedniej prezydentury i rządu Millera, mówię o nich, bo
one w mojej
pamięci zapisały się jako najgorsze rządy polskie od roku 1989. Choć
nie wiem, czy ten pogląd nie ulegnie zmianie za parę lat. Osobiście
uważam za bardzo dobry rząd Suchockiej i stosunkowo dobry rząd Buzka.
Dzisiaj jest moda na krytykowanie polskiej polityki zagranicznej za to,
że ona nie zmusiła w roku 1990 Niemiec, żeby przed nami uklękły. To był
rząd Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego, wtedy zawarto
te pierwsze dwa układy traktatowe polsko-niemieckie z 1991 roku. Dziś
oceniane są jako niedostateczne, bo nie zmusiliśmy Niemców,
żeby
zmienili konstytucję, bo nie zmusiliśmy Niemców, żeby oni w
imieniu
wszystkich swoich obywateli zrezygnowali z wszelkich roszczeń
cywilno-prawnych wobec Polski i Polaków. Nie wiem, jakie
były
możliwości tego zmuszenia, jaka alternatywa... Jak nie posłuchają, to
rozpoczynamy wojnę czy ogłaszamy powrót do bloku wschodniego?
A dzisiejszy
twardszy – na
razie werbalnie – kurs polskiej polityki zagranicznej wobec
Niemiec może przynieść takie efekty?
–
Jeżeli ktoś w Europie roku 2006 sądzi, że istnieje w ramach działania
bilateralnego, między dwoma państwami, możliwość stosowania przymusu i
wymuszenia czegoś na państwie większym, to nie wiem, co mam o nim
sądzić. Ponadto przypomnijmy sobie, że jesteśmy ósmym co do
wielkości
państwem w Europie i sami nie chcielibyśmy, aby było możliwe stosowanie
przymusu przez państwo większe wobec mniejszego.
Podoba się panu, że
nowa władza potrafi tak szybko i skutecznie przeforsowywać nowe ustawy,
wprowadzać w życie swoje pomysły?
–
Myślę, że skutecznie konstruuje wielką pokusę dla innych, aby w
przyszłości stosowali model skuteczności ekspresowej, bo przecież w
demokracji nikt nie będzie rządził przez wieczność. Co przeszkodzi
następnym rządom zastosować równie radykalne metody? Jestem
ich
przeciwnikiem – wszystko jedno, kto stosuje metody
radykalnych
przyspieszeń. A przecież pamiętam, że z dużym przekonaniem odnosiłem
się do ministra sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka, wtedy tylko
ministra sprawiedliwości, profesora prawa, który głosił
hasła walki z
korupcją w sądownictwie, w prokuraturze, pewnej odbudowy wzajemnego
zaufania, odnowy moralnej. Ja uważałem, że to jest uczciwa i ładna
rzecz. Więc zmieniają się po prostu perspektywy, oceny spraw przez
różnych ludzi. A ja jestem stosunkowo słabo reformowalny i
mało
ewoluuję, w gruncie rzeczy we wrześniu 1939 roku myślałem o Polsce to
samo co dziś.
Nie znał pan
przecież jeszcze wtedy dzisiejszego premiera i prezydenta.
–
Nie znałem milionów Polaków i miliony
Polaków nie znały mnie – bez
żadnej szkody i dla nich, i dla mnie. Nie chcę sprowadzać naszej
rozmowy do działania jakiejś partii czy jakiejś koalicji partyjnej,
ponieważ z uporem powtarzam, w żadnej z partii koalicji obecnej ani w
ogóle w żadnej partii nie byłem członkiem i nie zamierzam.
Co prawda
może wtedy bym się kwalifikował do dyplomacji i do wielu innych rzeczy.
Ale jestem wesołym staruszkiem i to jest moja kondycja.
I co wesoły
staruszek sądzi o zamierzeniach i działaniach koalicji partii, do
których nigdy nie wstąpi?
–
Patrzę na to z troską obywatelską, między innymi o to, żeby cięciwa
zbyt dzisiaj napięta nie odreagowała po uderzeniu w cel nie zawsze
trafny i słuszny, i abyśmy nie otrzymali po roku 2009 rządów
katastrofalnych. Nie życzę Polsce, aby reakcją na skrajności były inne
skrajności. Tak jak to w historii społecznej wielu krajów
Europy
bywało. Moje najwcześniejsze doświadczenia polityczne, byłem wtedy w
klasie maturalnej, to była zdrada przez demokrację Zachodu mniejszych
państw demokratycznych, czyli Monachium. Zdecydowano wtedy, że trzeba
zaspokoić życzenia pana Hitlera, bo one są umiarkowane, okroić
Czechosłowację, oddać Sudety Niemcom i przełknąć to w milczeniu i nie
reagować na aneksję Austrii. Dla mnie, dla moich kolegów,
normalnych
chłopaków warszawskiego liceum, w roku 1938 jesienią
Chamberlain okazał
się cymbałem, idiotą, bo on wierzył Hitlerowi, a my nie.
W
swoim exposé premier Kaczyński powiedział, że
głównym problemem
polskiej polityki zagranicznej jest problem z wizerunkiem, że mamy
wykrzywiony wizerunek.
– A może myśmy go wykrzywili? Ubolewam nad tym, że jest
skrzywiony, zdewiowany, tylko trzeba się zastanowić, jak do tego doszło.
Jak?
–
Rozmawiałem o tym niedawno z moim dawnym szefem premierem Jerzym
Buzkiem i tak wzdychaliśmy przy czarnej kawie w kawiarni Nowy Świat w
Warszawie. Jak doszło do tego, że w roku 2001, w październiku, kiedy
odchodziliśmy, to Polska miała dobre stosunki z Niemcami, Francją,
Rosją, ze Stanami Zjednoczonymi znakomite, była już w NATO i na
najlepszej drodze do Unii, a teraz nagle wszyscy nas źle widzą?
Znaleźliście
odpowiedź?
– Nie będę przekazywał mediom treści prywatnej rozmowy, ale
to nie był akt hołdu dla obecnego myślenia politycznego.
Gdyby
mógł pan jednak te główne błędy, pomyłki czy
niezręczności zsumować.
–
Tu się złożyło szereg rzeczy. Niektóre rzeczywiście były od
Polaków
niezależne, na przykład kaprysy niemiecko-francuskie wobec naszej opcji
proamerykańskiej były ze strony tych obu państw artykułowane,
mówiąc
bardzo uprzejmie, niewłaściwie, a były przypadki, że bezczelnie. A tego
nikt nie lubi. To spowodowało – moim zdaniem –
pogorszenie obrazu
prezydenta Francji w oczach wielu Polaków, którzy
po prostu mentalnie
nie lubią, żeby ich ktoś z zewnątrz pouczał.
A błędy z naszej
strony?
–
Nie zaczęły się wczoraj. Uważam na przykład, że równoczesne
rządy
„czerwone” w Polsce i w Niemczech – tam
Schröder, tu Miller – mogły nam
przynieść szereg korzyści, tymczasem byliśmy świadkami obrazu nam
znanego: pocałunki przywódców, a interesy
załatwiane ponad naszą głową,
poza nami. Ta jednorodność polityczno-partyjna nie wpłynęła pozytywnie
na naszą sytuację.
A ostatnie miesiące
jakoś wpłynęły na wykrzywianie naszego prostego wizerunku?
–
Wpływ na nasz image miały elementy sprawiedliwe dla nas i
niesprawiedliwe. Na przykład sposób rozwiązania sprawy
Jedwabnego
wpłynął pozytywnie na naszą opinię w Stanach Zjednoczonych czy w
Izraelu. Odwrotną opinię wyrabia nam część publicystyki i codziennie
głoszone poglądy w niektórych gazetach usiłujących
przedstawiać się
jako głos Kościoła. A nie są takim głosem, może jakiś głos drobnej
części biskupów i nawet nie żadnego zakonu w całości.
Niemniej jednak
przyjęło się w Europie i Ameryce widzenie tego nurtu jako nurtu
reakcyjnego, wstecznego w złym rozumieniu, nie otwartego. I do tego
dołożyło się to, że po wygranych wyborach zwycięska partia zaczęła się
półoficjalnie identyfikować z jednym nurtem dziennikarskim,
że to pismo
ma rację, ten dziennik ma rację, ta rozgłośnia ma rację, a inne nie
mają – to wszystko nie przysparza nam wielkości. Na dodatek
dotąd
Polska była postrzegana jako kraj, który wybrał inną drogę
rozwoju.
Dziś jest konfuzja. A dotąd, choć były różne rządy, tak
zwane
solidarnościowe i nie, i różni ministrowie spraw
zagranicznych, to w
sumie byli to ludzie respektowani i szanowani w świecie. Może mniej był
znany jako minister spraw zagranicznych pan Cimoszewicz niż profesor
Geremek, który wprowadzał nas do NATO, ale miał wyjątkowo
dobre
stosunki i we Francji, i w Stanach Zjednoczonych – to nie był
nikt.
Myślę, że te ostatnie zmiany personalne, zniknięcie z pierwszego
szeregu ludzi znanych, nie pozostały bez wpływu na media zagraniczne, a
to one kształtują za granicą obraz Polski.
I dzisiaj te media mają
obraz Polski jako państwa, które szło z przekonaniem do
NATO, miało
dobry rozwój gospodarczy, szło owocnie do Unii, a teraz
wszystko im się
nie podoba, tym Polakom, wszystko krytykują i chcą budować jakieś
ponumerowane inaczej nowe państwo, które nie wiadomo, jakie
będzie, ale
będzie jednoznacznie prawicowe. Otóż media w świecie są
dominująco
nieprawicowe. My się nie musimy z tym liczyć, ale musimy brać pod uwagę
to ryzyko, że media są wolne i media będą pisały tak, jak uważają ich
korespondenci i przedstawiciele.
Zewnętrzny obraz tworzy również
zachowanie tego kraju. Niemądre wypowiedzi, skrajności. Myślę, że na
przykład lata całe będziemy próbowali się wygrzebać ze
stwierdzenia, że
będąc państwem, które szło do NATO i bardzo o to zabiegało,
będąc
państwem, które chciało odgrywać poważną rolę w
różnych organizacjach
społecznych, gospodarczych, międzynarodowych, będąc państwem,
które
będzie w przyszłości przewodniczyć przez półrocze w Unii
Europejskiej,
mieliśmy większość ministrów spraw zagranicznych, więc co
najmniej
pięciu, agentów KGB. Jakikolwiek skrót myślowy by
temu towarzyszył, dla
całego świata jest to wstrząsająca liczba.
Świat to
zarejestrował?
–
Oczywiście. Z pierwszych stron gazet to wiadomo. Bo to było
wstrząsające wyznanie. Jak czytelnik gazet hiszpańskich, francuskich,
belgijskich, skandynawskich, brytyjskich, niemieckich ma rozumieć to
oświadczenie autoryzowane przez brak reakcji premiera, przez to, że
nikt w imieniu państwa nie powiedział, że to jest kłamstwo,
pomówienie?
Czy możemy sobie wyobrazić, jak byśmy ocenili politykę niemiecką, gdyby
niemiecki członek rządu powiedział dziś, że niestety, ponad połowa
ministrów spraw zagranicznych w RFN to byli agenci KGB? Jak
my byśmy
ocenili całą politykę RFN wobec nas, jak byśmy ocenili zależności ludzi
i rządów? A dlaczego my chcemy, żeby inni patrzyli inaczej,
żeby byli
od nas głupsi czy ciemniejsi, czy nierozumiejący wypowiadanych
słów?
Oni doskonale wiedzą, że to powiedział człowiek mający wyższe
wykształcenie, a nie demagog czy prowincjonalny populista. Jeżeli
będziemy sami niszczyli swój obraz – społeczeństwa
obywatelskiego,
demokracji wewnętrznej, organizacji pozarządowych, dorobku 17 lat
– i
wdeptywali w ziemię dorobek 17 lat milionów uczciwych
Polaków
pracujących w różnych branżach i instytucjach, łącznie
zresztą z
bankami i instytucjami gospodarczymi, gdzie z całą pewnością ani
ogół,
ani większość nie była ani skorumpowana, ani agenturalna, ani
kryminalna. Jeżeli sami nie mamy zaufania do własnego narodu, do
własnego społeczeństwa, to mnie nie dziwi, że inni nie są o nas
lepszego zdania niż my sami o sobie.
Należę do pokolenia bardzo na
serio traktującego wypowiedzi polityków i
doktrynerów. Kiedy byłem w
gimnazjum, w liceum, to wśród młodzieży była konkurencja o
rządy dusz i
bardzo dużą rolę odgrywali uczniowie Romana Dmowskiego. Otóż
jego
uczniowie odwoływali się do jego dorobku, pozytywnego, który
okazał się
skuteczny w obradach przed traktatem wersalskim, i do tej negatywnej,
ksenofobicznej próby manipulowania Kościołem dla
celów politycznych.
Ale ten polityk powiedział, że nic, co polskiego, nie może mu być obce,
że jest Polakiem. I dodał dwa zdania: „Jestem Polakiem, więc
też
podzielam odpowiedzialność za wszystko, co podłe, co małe i co
złe”. On
wiedział, że elementem patriotyzmu jest również
współodpowiedzialność
za zło, za jego istnienie i że ponosi tę
współodpowiedzialność. Otóż ja
skłonności do tej współodpowiedzialności za zło u ludzi
posługujących
się hasłami narodowymi dzisiaj nie odczuwam, nie widzę, nie dostrzegam.
rozmawiał Piotr Najsztub
Warszawa, 7 września 2006 r. Przekrój 37/2006
Polityka 38/2006
Wszyscy
pragniemy żyć długo, ale każdy boi się zestarzeć. Czy można tak
spowolnić zegar życia, by mimo upływającego czasu wciąż cieszyć się
świetnym zdrowiem? Nasz poradnik – jak dożyć
późnego wieku w dobrej
kondycji – dedykujemy i starszym,
i młodszym. Bo choć nigdy nie jest za
późno, to zdrowy styl życia dobrze przyswoić sobie już za
młodu.
Paweł
Walewski
Nauka
pozostaje sceptyczna wobec nagłaśnianych co pewien czas rewelacji
o odkryciach kolejnych eliksirów młodości. Cudowne
pigułki odmładzające
mają dobrą prasę, ale jak dotąd dają marne efekty. By
w podeszłym wieku
cieszyć się dobrą kondycją i sprawnym umysłem, trzeba
o to zadbać już
za młodu.
Co przedłuża życie? Racjonalne
odżywianie, aktywność fizyczna, ale także tzw. powodzenie życiowe
i zasobność portfela. Wystarczy spojrzeć na coroczne
zestawienia
Światowej Organizacji Zdrowia obrazujące przewidywaną długość życia
w różnych regionach świata, by dostrzec, jak duży
wpływ na ten wskaźnik
ma dobrobyt. W rankingu tym od dawna przewodzą Japonki (86
lat),
Szwajcarki i Szwedki (83 lata) oraz Finki (82 lata), zaś na
końcu są
obywatelki Zimbabwe (34 lata) czy Botswany (40 lat). Polska sytuuje się
bliżej szczytu tabeli – przewidywana długość życia dla
urodzonej w tym
roku dziewczynki wynosi u nas 79 lat, a dla chłopca
– 71 (krótsze życie
mężczyzn wynika po części z różnic hormonalnych
oraz stylu życia).
W Europie,
Ameryce Płn., Japonii i Australii z każdym rokiem
przybywa stulatków.
Na tym właśnie polega sukces postępu cywilizacyjnego
i towarzyszący mu
rozwój medycyny – w średniowieczu ludzie
dożywali średnio 33 lat, a na
początku XIX w. wspomniany wskaźnik nie przekraczał
czterdziestki.
Sytuacja radykalnie się zmieniła, odkąd zaczęto korzystać
z kanalizacji, a także gdy w sukurs przyszły antybiotyki
i szczepionki,
dzięki którym udało się wyeliminować mnóstwo
chorób niegdyś
zabijających ludzi w młodym i średnim wieku.
Co
zabija dzisiaj? W niewielkim stopniu choroby dziecięce,
zakaźne
i pasożytnicze. Za to coraz częściej na skrócenie
życia mają wpływ
schorzenia przewlekłe układu nerwowego i układu krążenia,
nowotwory,
cukrzyca, osteoporoza. Czyli wszystkie utrapienia, które
wiążą się
z życiem dostatnim: dzięki przetworzonej żywności jemy zbyt
kaloryczne
posiłki, ze zwykłej wygody jedziemy samochodem nawet do kiosku po
gazety, zamiast wchodzić po schodach używamy windy,
a większość dnia
spędzamy przy komputerze i sztucznym oświetleniu. To już drugi
paradoks
związany z naszymi marzeniami o nieśmiertelności:
choć zawdzięczamy
cywilizacji dłuższe życie, jej dobrodziejstwa są również jak
pocałunek
śmierci.
W poradniku opisujemy
m.in. co decyduje o tym, że żyjemy dłużej oraz co trzeba
robić, by dożyć setki.
Pełna wersja artykułu dostępna w
aktualnym wydaniu "Polityki".
Polityka 38/2006
Dlaczego
gwałcona kobieta najczęściej zastyga w paraliżu?
I dlaczego sądy nie
chcą wierzyć, że to gwałt, jeśli kobieta nie broniła się niczym lwica?
Barbara Pietkiewicz
Osiemnastoletnia
dziewczyna z Włocławka została przywiązana w lesie do
drzewa
i brutalnie zgwałcona. Sprawca wyciął na jej skórze
obsceniczne napisy
i rysunki. Odwieziono ją do szpitala w szoku tym
większym, że padła
ofiarą gwałtu powtórnie. Ten sam sprawca, który
ją być może śledził,
a może inny (policja prowadzi śledztwo), zrobił to niemal
dokładnie rok
temu.
Być może dziewczyna uporała się
z traumą na
tyle, że nie bała się sama wracać z pracy do domu
i żyła choćby na
pozór normalnie. I oto po raz drugi przydarzyło się
jej to, co
psychologowie zaliczają do przeżyć najstraszniejszych, najbardziej
kaleczących duszę – jak śmierć osoby bliskiej, jak pożar,
katastrofa,
jak najbardziej przeraźliwe opuszczenie, najdziksza samotność.
Wyjście
z siebie
Fachowcy
od samoobrony radzą, żeby napadnięta krzyczała: pali się! albo:
łapać złodzieja! Bo samo: ratunku! – nie wystarcza.
Ogień jest bardziej
wspólnym wrogiem niż mężczyzna, który gdzieś
nieopodal niszczy życie
kobiecie.
Niektóre napadnięte
bronią się
dramatycznie. 26-letnia wówczas B., psycholog
z zawodu, czekała na
narzeczonego, siedząc na ławce w parku Skaryszewskim
w Warszawie.
Mężczyzna podszedł od tyłu, zatkał usta ręką i wciągnął ją
w rosnące za
ławką krzaki. B. zobaczyła czerwone smugi pod powiekami. Zaczęła gryźć,
kopać, drapać. Poczuła kolanem jego podbrzusze. Uderzyła, ile sił.
Skulił się. Ponowiła uderzenie. Ochłonęła w alejce parkowej,
po której
szedł spóźniony narzeczony.
Nie czuła ani przez
chwilę lęku. Niczego prócz furii i wściekłości.
Przez kilka minionych
chwil nie była sobą. Przeżyła stan zmienionej świadomości,
który nigdy,
ani przedtem, ani później, w jej życiu się nie
powtórzył. Gdyby miała
pod ręką nóż, uderzyłaby na oślep. Takie reakcje zdarzają
się rzadziej
niż typowa – zastygnięcie w przerażeniu. Nogi stają
się jak z waty,
globus w gardle, nie można z siebie wydobyć słowa.
Paraliż.
Judith
Herman, amerykańska psycholog, światowy autorytet w badaniach
traumy po
zgwałceniu i wykorzystaniu seksualnym, pisze
w książce „Uraz. Powrót do
równowagi”: „Gdy ofiara uznaje, że
jakakolwiek forma oporu jest
daremna, może popaść w stan rezygnacji. System samoobrony
całkowicie
się wówczas wyłącza. Podobnie reagują zwierzęta: kiedy
atakuje je
drapieżnik, zamierają w bezruchu”.
Pełna
wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".
Polityka 38/2006
Przemek
Wadoń ze wsi Kozy jako Paladyn walczy na czele armii Nocnych
Elfów, co
daje mu około 2 tys. zł miesięcznie. Kuba Gurczyński,
licealista
z Torunia, dowodząc drużyną Pentagram eliminuje
terrorystów, osiągając
podobne dochody. Graczy komputerowych, którzy
w Polsce przechodzą na
zawodowstwo, jest jeszcze niewielu. Na razie.
Joanna
Podgórska
Wszyscy
z rozmarzeniem mówią o Korei. Tam się to
zaczęło. Tam wymyślono
w 2000 r. World Cyber Games – odpowiednik
olimpiady. Tam gracze to
prawdziwi celebrities: wywiady dla prasy i telewizji, czerwone
dywany,
piski fanów, autografy i ciężkie pieniądze. Państwo
sponsoruje drużyny
i zawodników.
– To
niesamowite, ale tam gry
są ważniejsze od sportu. Mecze rozgrywa się w specjalnych
studiach, są
cały czas filmowane, a potem emitowane w telewizji
publicznej –
mówi Wiktor Wojtas (nick: TaZ) z pięcioosobowej
drużyny Pentagram.
I wie, co mówi, bo Pentagram po zdobyciu
w 2005 r. mistrzostwa Europy
został na miesiąc zaproszony do koreańskiej ligi. – Mieliśmy
opłacony pobyt w hotelu, gdzie oprócz
pokojów mieszkalnych przydzielono nam specjalne
pomieszczenie do treningów.
Gdy
w 2000 r. rozgrywano pierwsze mistrzostwa WCG, wzięło
w nich udział
10 tys. uczestników z 17 państw.
W 2001 r. było już 120 tys. z 37
krajów. Wówczas dołączyła Polska. Rok ubiegły to
milion graczy z 63
państw. – Były obawy, czy udział
Polaków ma sens, bo w Korei poziom rozgrywek jest
bardzo wysoki, a u nas się to dopiero zaczynało
– wspomina Agnieszka Sznajder z firmy Samsung,
światowego patrona WCG. – Ale
już rok później zawodnik z Polski zdobył brązowy
medal w grze
StarCraft. I tak to się kręci. Za pięć, sześć lat, gdy
zawodnikami na
poważnie zainteresują się sponsorzy, nie będziemy odstawać od światowej
czołówki.
Na początku
każdy ma podobne szanse. Komputer, trochę talentu, godziny spędzane
przed monitorem. Ale na pewnym etapie czas staje się problemem. Żeby
coś osiągnąć, trzeba ćwiczyć trzy, cztery, nawet pięć godzin dziennie.
I do tego właśnie potrzebny jest sponsor.
Pentagram
jest pierwszą drużyną w Polsce, która
w kontrakcie ma zapisaną stałą
miesięczną pensję za treningi. Trzech graczy pochodzi
z Warszawy, jeden
z Poznania i jeden z Torunia.
Pełna wersja artykułu dostępna w
aktualnym wydaniu "Polityki".
|
2006-09-15 o godz. 10:25
To mój pierwszy wpis tutaj - witam wszystkich serdecznie
To pytanie czy to JUŻ faszyzm pojawia się ostatnio coraz częściej i jak dotychczas wszystkie autorytety uspokajały, że jednak nie, że nazywanie obecnej rewolucji faszystowską byłoby znaczną przesadą… Ja jednak boję się, że faszyzm widać już na horyzoncie. W końcu Hitler też nie dochodził do władzy pod hasłem exterminacji Żydów, on jedynie WSKAZYWAŁ układ winny upokarzającej sytuacji PRAWDZIWYCH Niemców.
A to już brzmi bardzo znajomo, nieprawdaż…
W każdym razie mam wrażenie, że już wiem, jak czuli się Niemcy w latach trzydziestych, kiedy wokół dokonywały się szalone, niesprawiedliwe, brutalne zmiany. Nigdy nie sądziłem, że będę świadkiem takiego amoku, jakiegoś zbiorowego samobójstwa społecznego całego narodu…
Pozdrawiam wszystkich
2006-09-15 o godz. 10:37
Panie Adamie
Kończy Pan felieton pisząc o publice:”Może coś do nich dotarło, ale co?”. Oto moje czwartkowe refleksje.Wracałem na swą wieś autobusem.Obok mnie siedziała emerytowana nauczycielka.Czytałem gazetę,ona zerknęła na zdjęcie Zawiszy i mówi do mnie:”Jak tak można kobietę(P.Balcerowicz) obrażać?Co za chamstwo,to damscy bokserzy są.Co za agresywność i zajadłość.Patrzeć na to nie mogłam!”Później opowiadała mi jak ciężko jej się żyje za nauczycielską emeryturę,że jej smutno bo dzieci wyemigrowały itp.W końcu się zamyśliła i na koniec mówi:”Naobiecywali i co z tego wyszło?Cała nadzieja w Ziobrze”Osłupiałem i pytam o co z tym Ziobro chodzi.A ona na to:”Jak to co?Przecież obiecał majątki pozabierać,te luksusowe domy,samochody, telewizory i ludziom rozdać.Może się wtedy biednemu narodowi poprawi”.Tak to już jest z publiką-na dręczenie Balcerowiczowej przez śledczą komisję patrzeć nie może i rozczula się nad biedną kobietą.Ale gdyby tak Balcerowiczową z własnego domu na bruk wyeksmitować i rozdać jej majątek to nie byłoby przebacz.Swoją drogą to frapujący dualizm psychiki narodowej.Ciekawe co wygra-rzewne współczucie czy bezwględna chciwość?
2006-09-15 o godz. 11:04
Przecież Balcerowicz , Majchrowski i inni to “łże-elity”, “wykształciuchy”. Tak twierdzą najwięksi PIS dlaczego pomniejsze czorty (nie mylić z Rokitą) mają mówić inaczej? Wodzuś powiedział i już nie trzeba myśleć tylko wypowiadać wodzusia prawdy a awans juz czeka.
2006-09-15 o godz. 11:10
A co przed wyborami mogliby powiedzieć samorządowcy ze Starachowic, albo Opola - nagonka polityczna. Z Majchrowskim radziłbym ostrożnie. Póki co to jedynym przedstawionym “dowodem” jest artykuł Czuchnowskiego w GW (który słynie z manipulacji i delikatnie mówiąc mijania się z prawdą). Niech Gazeta dotrze do Rapackiego i jeżeli potwierdzi to Rapacki, to zgoda. Gdy Majchrowski (SLD) mówi o faszyzmie to pewnie wie co mówi - ostatecznie komuniści i faszyści różnili się tylko stosunkiem do własności prywatnej i stosunkiem do członków swojego narodu. Poza tym byli tak samo zbrodniczy.
Balcerowicz “bolszewicka szczerość” - cóż stary wykładowca marksizmu na MarLenie zapewne sporo wie o bolszewickiej szczerości. Szanuję Balcerowicza za niepodawanie się naciskom (np. Kołodki) i trzymanie w ryzach złotówki, ale Balcerowicz nie jest świętą krową. Jest wezwanie - powinien się stawić. To jest dopiero psucie państwa ? zachęcanie do łamania prawa (nie słyszałem o żadnym poważnym prawniku, który powiedziałby, że Balcerowicz nie powinien się stawiać). Oczywiście uważam, że problem konfliktu interesów jest marginalny i znacznie ciekawszy byłby temat prywatyzacji BG.
Lis robił za podstawkę mikrofonu, więc byłoby dziwne gdyby Balcerowicz wypadł fatalnie. Proszę powiedzieć Panie Adamie, jak ocenia Pan postawę Lista w rozmowie z Zawiszą - czy tak wygląda dziennikarska rzetelność? Ja zresztą uważam, że w starciu z komisją Balcerowicz wypadłby dobrze, gurując inteleektualnie i merytorycznie nad posłami. Co prawda konflikt interesów jest oczywisty, ale od konfliktu do udowodnienia korupcji droga daleka i nie sądzę, żeby ktokolwiek mógł cokolwiek Balcerowiczowi udowodnić.
Myślę, że Majchrowski i Balcerowicz to zasłona dymna - prawdziwie ciekawe rzeczy to afera z Kwaśniewskim i Millerem i Gudzowatym, ale to sprytnie zniknęło z głównych stron gazet. I Pan PAnie Adamie też nie poświęcił w swoim blogiu ani słowa.
2006-09-15 o godz. 12:01
Z tym faszyzmem i bolszewizmem to bym nie przesadzał, bo gdyby tak było, to byśmy nie mogli tu dyskutować, a słowa Pana Majchrowskiego i Balcerowicza nigdy nie zostały by wyemitowane (w dusznej celi ciężko byłoby zainstalować kamerę telewizyjną), ale może to tylko etap w budowaniu IV RP. Przecież wszystkiego nie da się zrobić na raz.
Obym się mylił…
2006-09-15 o godz. 12:12
A jak ustosunkuje sie Pan do konferencji prasowej Ziobry? Nie bylo jej wczoraj? Wszystko wyjasnione w sprawie Majchrowskiego… Rozumiem nie pasuje do felietoniku o nazizmie i bolszewizmie. Ale niech pan obejzy konferencje moze cos dotrze. Ale co?
2006-09-15 o godz. 12:27
Że są wykoszystywani przez ludzi, którym zaufali. Że ten Zawisza, ma identyczny chamski i cyniczny uśmieszek jak Leszek Miller czy Antoni Macierewicz. No i że nie warto posłowie z komisji śledczej nie mają żadnej wiedzy na temat finansów i gospodarki.
pozdrawiam i zapraszam