menu
log Strona główna Obywatelska Akty prawne Marzeń Zdjęcia Wiersze Stara Warszawa Inne strony Księga Gości
Kontakt        

Coś do poczytania

Tygodnik Polityka Gazeta Wyborcza Przekrój

Spis treści:
  1. Zawracamy do średniowiecza
  2. Komórkowcy, sieciuchy i inni
  3. Teoria ewolucji Darwina
    1. Abp Życiński: Nikt nie odrzuca teorii ewolucji
    2. Nie można zapychać Bogiem dziur wiedzy - komentarz Piotra Cieślińskiego
    3. Wiceminister edukacji: Poradzimy sobie bez tolerancji
    4. Giertych chce zakazać Darwina w szkołach
  4. Ciemny brąz – czyli co zrobić z islamistami
  5. Żyd i upiór, wampir i gej. O pokrewieństwach.   Społeczeństwo. Kiedy inny staje się obcym
  6. Atmosferka
  7. Pocztówki znad krawędzi
  8. Poczet rewanżystów
  9. Tęsknota za solidarnością
  10. Jak to się robi w mediach
  11. Dyzma, Zgredek i spółka
  12. Polityka i obyczaje
  13. Pochwała namiętnej różnicy.   Politologia. Jak ocalić demokrację?
  14. Ropa – wszystkich nas ostrzegano.   Świat. Widmo klęski paliwowej
  15. Kapitalizm – system idealny?
  16. Czarny czwartek (z blogu Adama Szostkiewicza)
    1. Wpis “Czarny czwartek” skomentowano 7 razy
  17. Oriana Fallaci nie żyje
  18. Gorsi od Dmowskiego
  19. Kuracje na wieczną młodość
  20. Nie stawiała zbytnio oporu
  21. Elfy na pensji

Zawracamy do średniowiecza

Spór o teorię ewolucji; Polityka 43/2006
Edwin Bendyk
Po wypowiedzi Macieja Giertycha było tylko śmiesznie. Gdy głos zabrał wiceminister edukacji Mirosław Orzechowski, zrobiło się groźnie.
Zaczęło się w Brukseli, gdzie 11 października eurodeputowany Maciej Giertych zorganizował debatę na temat teorii ewolucji i jej nauczania. W konkluzji dyskutanci, obok Giertycha Joseph Mastropaolo z California State University, Guy Berthault z paryskiej Ecole Polytechnique i Hans Zillmer z uniwersytetu w Berlinie, uznali, że wywodzące się od Karola Darwina koncepcje należy wycofać z programów nauczania. Maciej Giertych, jak się dowiadujemy z informatora nauki polskiej, jest profesorem zwyczajnym o specjalności „fizjologia drzew, genetyka populacyjna drzew leśnych”.

Choć polscy uczeni nie kryli zażenowania akcją byłego kandydata do urzędu prezydenta RP, to trzeba jednak przyznać, że miał on do niej pełne prawo. Wolność wypowiedzi, stowarzyszona z ryzykiem ośmieszenia się, jest jedną ze zdobyczy liberalnej demokracji. Eurodeputowany Maciej Giertych jest jednak ojcem urzędującego ministra edukacji, a ten zapytany o komentarz, odpowiedział: „O to, czy teoria ewolucji jest prawdziwa, czy nie, spierać się nie będę, bo się na tym nie znam. Ale naukowcy mają prawo do takich dyskusji. W końcu teoria ewolucji to tylko koncepcja, a nie fakt naukowy. Na obecność w programach różnych teorii naukowych rodzice powinni mieć wpływ. Trudno mi teraz przesądzić, czy powinni mieć prawo wyboru podręcznika – z teorią ewolucji albo bez. O tym trzeba w Polsce rozpocząć dopiero dużą dyskusję” („Gazeta Wyborcza”, 12 X 2006 r.).

Prawda nauki, prawda religii

Stanowisko to można byłoby uznać za wyważone, gdyby nie to, że wypowiedział się minister edukacji państwa należącego do Unii Europejskiej. Jedna z fundamentalnych zasad takiego państwa mówi, że działający pod jego auspicjami system edukacji uczy tego, co za prawdziwe uzna oficjalna nauka. Ta zaś w ciągu ostatnich kilkuset lat wypracowała subtelne metody dochodzenia do prawdy i jej artykułowania za pośrednictwem systemu uniwersytetów i akademii. Na wydziałach astronomii nie uczy się astrologii, bo nie ma nic wspólnego z nauką i dlatego też nie uczy się astrologii w szkołach, choćby chcieli tego rodzice (wiadomo przecież, że nawet w skrajnie racjonalistycznej Francji z usług wróżek i astrologów korzysta ponad 10 proc. obywateli).

Podobnie na wydziałach biologii nie uczy się kreacjonizmu, czyli teorii stworzenia (chyba że w kontekście historii nauki), ale teorii ewolucji, bo nauka uznaje ewolucję za fakt, spór zaś – stan dla nauki permanentny – dotyczy mechanizmów i teorii fakt ten wyjaśniających. Uformowani na uniwersytetach biolodzy mają obowiązek uczyć teorii ewolucji, choćby nawet nie życzyli sobie tego rodzice uczniów, powodowani inną, nienaukową wizją świata. Jeśli więc minister kończy wezwaniem do „dużej dyskusji”, to w istocie byłaby to dyskusja o tym, czy model państwa nowoczesnego, odnoszącego się do nauki jako jedynego uprawnionego źródła wiedzy o świecie realnym, nadal jest aktualny.

To ważki problem, a debata byłaby niezwykle ciekawa, gdyby nie wystąpienie kolejnego wysokiego urzędnika resortu edukacji. „Teoria ewolucji to kłamstwo. Mam przekonanie, że to pomyłka, którą zalegalizowano jako obowiązującą prawdę. Dla mnie to opowieść o charakterze literackim, mogłaby np. stać się kanwą filmu science fiction” – stwierdził najpierw w wypowiedzi dla „Rzeczpospolitej”, a potem powtórzył „Gazecie Wyborczej” Mirosław Orzechowski, wiceminister edukacji. Skąd minister czerpie swoje przekonanie? „Darwinizm był tylko motywacją intelektualną dla ludzi niewierzących, stał się paranaukową argumentacją dla nich. Tymczasem w chrześcijaństwie przetrwała 2000 lat inna koncepcja: kreacjonizm. To cywilizacyjna prawda, która płynie z wiary, jest powtarzana i niezakwestionowana od tysięcy pokoleń”.

Orzechowski w istocie zamyka debatę, którą dzień wcześniej zapragnął otworzyć Roman Giertych, ogłaszając de facto w imieniu rządu (bo tak należy rozumieć przesłanie Orzechowskiego, skoro nadal pełni swoją ministerialną funkcję), że Polska wraca do epoki sprzed procesu Galileusza, do czasów, kiedy źródłem prawdy o rzeczywistości był przekaz wiary. To sytuacja bez precedensu w obszarze cywilizacji euroatlantyckiej, niewyobrażalna nawet w Stanach Zjednoczonych, gdzie od wielu lat trwa gorący spór o teorię ewolucji.

Niewzruszona konstytucja

Przykład USA jest bardzo pouczający, bo kwestia nauczania ewolucji i kreacjonizmu rozpala tam wielkie emocje, a od lat 90. stała się częścią strategii politycznej republikanów liczących na głosy konserwatywnego, by nie powiedzieć religijnie fundamentalistycznego, Południa.

Mimo tej temperatury wszyscy jednak wiedzą, że nie wolno im przekroczyć granicy wyraźnie wskazanej w konstytucji. Stany Zjednoczone to państwo nowoczesne, ufundowane na zasadzie rozdziału od religii. Dlatego w szkołach, co jasno stwierdził Sąd Najwyższy, nie wolno nauczać koncepcji wyjaśniających rzeczywistość, a odwołujących się do nienaukowych, religijnych inspiracji. Stąd taktyka amerykańskich kreacjonistów, którzy próbują przekonać, że proponowana przez nich idea Intelligent Design, czyli inteligentnego zamysłu, jest teorią naukową analogiczną do teorii ewolucji. A skoro tak, to powinna być nauczana na równych prawach. Gdyby amerykańscy kreacjoniści posłużyli się argumentami ministra Orzechowskiego, już na starcie straciliby szanse w sądzie.

Co ciekawe, amerykańska wiara w konstytucję, jeden z najciekawszych produktów Oświecenia, trwa, mimo że blisko jedna trzecia Amerykanów na stwierdzenie: „istoty ludzkie, jakie znamy, rozwinęły się z wcześniejszych gatunków zwierząt”, odpowiada zdecydowanie jak Mirosław Orzechowski: kłamstwo!, a tylko 14 proc. uznaje teorię ewolucji za bezwzględną prawdę.

W Polsce, podobnie jak w całej Europie, sytuacja jest, przynajmniej teoretycznie, mniej złożona. Z opublikowanych w sierpniu br. przez tygodnik naukowy „Science” badań wynika, że Europejczycy nie mają problemu z ewolucją. W krajach takich jak Francja, Dania, Islandia, Szwecja ponad 80 proc. mieszkańców zgadza się z faktem, że ich ewolucyjnymi przodkami były zwierzęta. W Polsce poparcie dla ewolucji wyraża ponad połowa badanych, odrzuca ją niespełna 30 proc, reszta nie jest pewna.

Dzieje się tak, mimo że większość Polaków jest wierząca. Najwyraźniej jednak większość tej większości jest znacznie lepiej od polityka LPR wyedukowana i wie, że przywoływanie religii w tym sporze to nadużycie. Podkreślił to wyraźnie abp Józef Życiński, wybitny filozof nauki, twierdząc, że „nikt poważny nie odrzuca teorii ewolucji, a sugestie, że jest ona niezgodna z nauczaniem chrześcijańskim, są krzywdzące dla chrześcijaństwa”.

Stanowisko Kościoła

Warto przypomnieć, że w przeciwieństwie np. do dzieła Kopernika, prace Darwina nigdy nie znalazły się na kościelnym indeksie ksiąg zakazanych, a od ponad pięćdziesięciu lat Kościół rozszerza swoją akceptację dla teorii ewolucji. Punktem zwrotnym była encyklika „Humani generis” ogłoszona w 1950 r. przez papieża Piusa XII, w której czytamy: „Magisterium Kościoła nie zakazuje, żeby nauka ewolucjonizmu, o ile bada powstanie ciała ludzkiego z jakiejś już istniejącej żywej materii, była dyskutowana według obecnego stanu nauk i świętej teologii przez fachowców z obu stron; co do dusz bowiem, wiara katolicka każe nam przyjąć, że one bezpośrednio stwarzane są przez Boga”.

Kolejny krok uczynił Jan Paweł II, który pilnie przez cały pontyfikat wsłuchiwał się w głosy nauki i z wielkim zainteresowaniem przysłuchiwał się uczonej debacie, którą sam też inicjował, zapraszając wybitnych naukowców do letniej rezydencji w Castel Gandolfo. Temat ewolucji był jednym z częściej poruszanych. Nie jest też przypadkiem, że symboliczne podsumowanie „sprawy Galileusza” miało miejsce w 1992 r. podczas sesji Papieskiej Akademii Nauk poświęconej problemom emergencji złożoności, czyli kwestiom powstawania form o większej złożoności z prostszych obiektów. W końcu w 1996 r. Jan Paweł II w posłaniu do członków swej Akademii uznał, że teoria ewolucji jest czymś więcej niż tylko hipotezą jednocześnie podtrzymując naukę o tzw. skoku ontologicznym, zgodnie z którą pojawienie się człowieka wymagało bezpośredniej interwencji Boga poprzez nadanie mu duszy. Jezuita prof. George Coyne, szef Obserwatorium Watykańskiego, tak skomentował dla „Polityki” (nr 8/03) papieskie stanowisko: „Papież zmaga się z tym problemem podtrzymując dotychczasową oficjalną doktrynę Kościoła. Nie dopuszcza, ale i nie zaprzecza możliwości powstania duchowego aspektu człowieka jako efektu pojawienia się ducha podczas procesu ewolucji materii na skutek wzrostu jej złożoności. Nie sądzę, żeby nauka mogła kiedykolwiek zaprzeczyć temu zjawisku lub je potwierdzić. Nie widzę jednak powodu, dlaczego Bóg nie mógłby działać poprzez proces ewolucji i musiał osobiście bezpośrednio w pewnym momencie interweniować po to, by powstał człowiek. Interpretuję papieski dokument jako pozostawienie otwartej furtki do dalszych poszukiwań. Papież więcej nie mógł powiedzieć, bo nie pozwoliliby mu na to jego teologowie. Takie stwierdzenie byłoby dzisiaj herezją. Najważniejsze jednak, że furtka jest otwarta, co daje szansę zasypania kiedyś dualizmu materii i ducha”. Kreacjoniści dostrzegli światełko nadziei w wyborze Josepha Ratzingera, licząc, że jego konserwatyzm wygoni Darwina z Watykanu. Po pierwszych zachęcających oznakach, jak ubiegłoroczny artykuł abp. Christopha Schönborna w „The New York Times” oraz przeniesienie na emeryturę George’a Coyne’a, nadzieja wygasła.

Oto bowiem w pierwszych dniach września w Castel Gandolfo odbyło się spotkanie tzw. Schulerkreis, czyli uczniów i seminarzystów Ratzingera, którzy dyskutowali o teorii ewolucji. Wśród obecnych byli m.in. konserwatyści Christoph Schönborn i filozof Robert Spaemann, ale także prezes Austriackiej Akademii Nauk prof. Peter Schuster, twórca koncepcji hipercykli, wyjaśniającej możliwość powstania życia z nieożywionej materii. Papież polecił, by referaty seminarium opublikować do końca roku, ale jeden z uczestników jezuita ojciec Joseph Fessio stwierdził, że kreacjonizm w ogóle nie był dyskutowany, a stanowisko Kościoła i Ojca Świętego w sprawie teorii ewolucji nie uległo zmianie.

Oczywiście, stanowisko Kościoła nie jest bezkrytyczne i najlepiej można je rozumieć wczytując się w encyklikę „Fides et ratio” Jana Pawła II. Uznając autonomię nauki papież przestrzega jednak, by uczeni nie przekraczali granicy swoich kompetencji i nie próbowali w imieniu nauki formułować teologicznych wniosków o istnieniu bądź nieistnieniu Boga. Nauka nic do tego nie ma, a faktem jest, że wielu uczonych czasem o tym zapomina. O ile mają prawo do niewiary, to jednak uzasadnianie jej autorytetem nauki jest nadużyciem. Papież upomina jednak także teologów, nakazując im pilniejsze studiowanie wyników nauk przyrodniczych, bez których teologia może popaść w anachronizm.

Kto stoi za Orzechowskim?

Minister Orzechowski nie reprezentuje więc również stanowiska Kościoła. Tym bardziej też nie ma nic wspólnego ze stanowiskiem nauki. To jest jednoznaczne – wypowiedź ministra to skandal, co uczeni wyrażają zarówno w prywatnych listach, jak i za pośrednictwem instytucji naukowych: protestuje Wydział Nauk Biologicznych PAN, Komitet Biologii Ewolucyjnej i Teoretycznej PAN, Towarzystwo Popierania i Krzewienia Nauk, niebawem dołączy cała Akademia popierana przez Zespół Reprezentujący 67 Akademii Nauk i Zarządu Międzynarodowej Rady Nauki.

Mirosław Orzechowski, który powinien być natychmiast zdymisjonowany, nadal pełni swoją funkcję, co czujne środowisko szkolne, nauczone poprzednimi działaniami ministra edukacji, odczytuje jako wyraźny komunikat: z teorią ewolucji ostrożnie! Znajoma nauczycielka biologii przygotowująca właśnie podręcznik do liceów już dostała od wydawcy silną sugestię, by ze wzmianki historycznej o kreacjonizmie uczynić cały rozdział. W innym przypadku istnieje obawa, że podręcznik nie zyska ministerialnej rekomendacji. Z kolei w jednym z łódzkich liceów, jak doniosła „Gazeta Wyborcza”, dyrekcja przez ostrożność zdecydowała się nie wieszać plakatów ilustrujących proces ewolucji człowieka. Roman Giertych pokazał już, że potrafi zwalniać z pracy nawet za propagowanie oficjalnych podręczników Rady Europy, jak tego doświadczył Mirosław Sielatycki, dyrektor Centralnego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli. Kto może więc mieć pewność, że nie będzie karał za teorię ewolucji?

Doszliśmy w Polsce do bardzo niebezpiecznej sytuacji. LPR – partyjka, która nie przetrwałaby dziś wyborów parlamentarnych, nie reprezentująca ani poważnej części społeczeństwa, ani Kościoła, ani tym bardziej nauki, skutecznie – bez protestu ze strony PiS – realizuje program swoich liderów. Program będący wypadkową ideologicznego zacietrzewienia i nieuctwa, w którym religijny fundamentalizm miesza się z obrazem świata godnym sentymentalnych prostaczków, nie mogących znieść myśli, że Ziemia nie jest płaska, a ich samych nie ulepił osobiście z gliny Pan Bóg.

Jakie państwo?

Przypomnijmy więc, że 12 września podczas wykładu na Uniwersytecie w Ratyzbonie (do opinii publicznej dotarł tylko wers dotyczący proroka Mahometa, który tak zbulwersował fundamentalistów muzułmańskich) Benedykt XVI wyraźnie stwierdził, że krytyka współczesnego rozumu dokonująca się w jego obrębie nie oznacza „cofnięcia zegarów do czasów sprzed Oświecenia i odrzucenia dorobku epoki nowoczesnej. Pozytywne aspekty nowoczesności należy uznać bez zastrzeżeń: jesteśmy wdzięczni za cudowne możliwości, jakie otworzyła przed ludzkością i za postęp ludzkości, jakim nas obdarzyła”. Warto, by ten komunikat dotarł do fundamentalistów z LPR, skoro za nic mają głos nauki.

Niestety, skutkiem szalonej koalicyjnej arytmetyki Roman Giertych i Mirosław Orzechowski są nietykalni i mogą bezkarnie psuć jeden z najważniejszych segmentów państwa XXI w. – system edukacji, zawracając go, a wraz z nim nas wszystkich, do średniowiecza. Parafrazując apel Cezarego Michalskiego z „Dziennika”: – Gdzie się podziały autorytety moralne IV Rzeczpospolitej i dlaczego nie protestują, gdy trwa bezprecedensowy atak nie reprezentującej nikogo grupy na cywilizacyjne fundamenty państwa i mającego nowoczesne aspiracje społeczeństwa?

Komórkowcy, sieciuchy i inni

Edwin Bendyk; Polityka 43/2006;

Ani się obejrzeliśmy, jak w Polsce wybiło dziesięciolecie ery komórkowo-internetowej. 10 lat minęło od uruchomienia cyfrowych sieci telefonii komórkowej. 10 lat temu, wraz z powstaniem portali Wirtualna Polska, a potem Onet, rozpoczęła się gwałtowna ekspansja Internetu. Dziś analizując, jak Polacy korzystają z najnowszych technologii, możemy się wiele dowiedzieć o społeczeństwie, jego aspiracjach i problemach. To bardzo pouczający materiał.
 
Złośliwi mawiają, że istnieją kłamstwa, duże kłamstwa i statystyki. Wystarczy spojrzeć, jakie miejsce wyznaczają naszemu krajowi analitycy z World Economic Forum, badający od kilku lat poziom potencjału modernizacyjnego ok. stu społeczeństw z całego świata. W ostatniej edycji tego rankingu zajęliśmy 44 miejsce, awansując z pozycji 72 przyznanej Polsce rok wcześniej. Wówczas plasowaliśmy się m.in. za Sri Lanką, Marokiem, Namibią czy Salwadorem.

Nieco łaskawsze są dla Polski badania e-readiness, prowadzone wspólnie przez Economist Intelligence Unit i koncern IBM. Utrzymujemy w nich stabilną pozycję w środku peletonu. W edycji z 2006 r. zajęliśmy 34 miejsce, spadając z pozycji 32, bo wyprzedziły nas Bermudy i Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Czy można jednak pogodzić się z werdyktem owych rankingów, skoro przeczy im codzienna rzeczywistość? Wszak ciągną do Polski nieustannym strumieniem technologiczne inwestycje. We Wrocławiu i Krakowie powstają centra programistyczne i badawczo-rozwojowe największych globalnych firm zaawansowanych technologii, w Łodzi rozpoczął budowę fabryki amerykański koncern komputerowy Dell. Kim w końcu jesteśmy? Czy bliżej nam do Trzeciego Świata, czy do Europy?

Polak doganiający

Zamiast odpowiedzi stwierdzenie faktu: gonimy resztę świata. A dokładniej, gonią Polacy, i to nie wszyscy, nie patrząc na opieszałość zacofanej gospodarki i jeszcze bardziej zacofanej administracji publicznej. Z najnowszych, nieopublikowanych jeszcze, badań zrealizowanych na zamówienie firmy Ericsson (obok Polski analizowano w nich także Stany Zjednoczone, Brazylię, Japonię, Chiny, Szwecję, Włochy, Francję, Wielką Brytanię, Portugalię, Niemcy), wynika, że 38 proc. Polaków korzysta z Internetu (w porównaniu ze średnią dla badanej próbki wynoszącej 49 proc.), przy czym dwie trzecie z nich ma dostęp do szybkiego łącza. 52 proc. gospodarstw domowych zaopatrzonych jest w komputery osobiste, co w porównaniu ze średnią 56 proc. jest bardzo dobrym wynikiem. 72 proc. Polaków ma telefony komórkowe, a 65 proc. – telefony stacjonarne, prawie połowa ma mieszkania wyposażone w odtwarzacze DVD podłączone do telewizorów. To na pewno nie jest Trzeci Świat i nawet jeśli nie jesteśmy drugą Japonią, to jednak reprezentujemy przyzwoity poziom środkowoeuropejski.

Uważny socjolog nie zadowoli się takim stwierdzeniem i zacznie rozkładać wskaźniki statystyczne na czynniki pierwsze. Dr Dominik Batorski z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego odpowiedzialny był, w ramach wielkich badań „Diagnoza społeczna” prowadzonych pod kierownictwem prof. Janusza Czapińskiego, za analizę postaw Polaków wobec technologii i potrafi zmusić zimne statystyki do mówienia: – To prawda, że mamy duże nasycenie komputerami osobistymi. Ale jest to często sprzęt bardzo stary, a co najważniejsze, tylko mniej więcej połowa z tych urządzeń podłączona jest do sieci. Najgorzej sytuacja wygląda na wsi. 

Teoria ewolucji Darwina

Abp Życiński: Nikt nie odrzuca teorii ewolucji

PAP/ 2006-10-14, ostatnia aktualizacja 2006-10-14 13:45
Nikt poważny nie odrzuca teorii ewolucji, a sugestie, że jest ona niezgodna z nauczaniem chrześcijańskim, są krzywdzące dla chrześcijaństwa - tak abp Józef Życiński skomentował w sobotę w Lublinie słowa wiceministra edukacji Mirosława Orzechowskiego, że teoria ewolucji jest kłamstwem.
 
 W wywiadzie dla sobotniej "Gazety Wyborczej" wiceminister Orzechowski powiedział, że teoria ewolucji Darwina to "pomyłka, którą zalegalizowano jako obowiązującą prawdę".
"To luźna koncepcja niewierzącego starszego pana, który tak widział świat. Może dlatego, że był wegetarianinem i zabrakło mu ognia wewnętrznego" - powiedział Orzechowski. Wiceminister skrytykował też m.in. poglądy mówiące, że "człowiek poczęty nie jest człowiekiem, ale bezduszną zygotą". Wyraził żal, że tego uczy się w polskiej szkole.

Metropolita lubelski odniósł się do słów Orzechowskiego podczas mszy św. z okazji 85-lecia Liceum Ogólnokształcącego im. Unii Lubelskiej. Powiedział, że "z mieszanymi uczuciami" czytał wywiad z wiceministrem, który "atakował teorię ewolucji, a bronił życia ludzkiego w formie embrionalnej".

"Co do obrony życia, jestem z nim w pełni zgodny, ale obawiam się, że stawianie na jednej płaszczyźnie obrony embrionów i krytyki teorii Darwina jest szalonym pomysłem, który może wyrządzić dużą krzywdę obrońcom życia, bo nikt poważny dziś nie odrzuca teorii Darwina" - powiedział metropolita lubelski.

"Jeśli komuś nie podoba się ta teoria, może sobie ją prywatnie odrzucać, tak jak prywatnie może przyjąć, że Ziemia jest płaska, a na długiej przerwie w szkole wizytę składają kosmici i osobiście widział ufo. Jest to niepoważne, ale w demokratycznym społeczeństwie każdy może być niepoważny, nawet wiceminister" - ocenił.

Arcybiskup przypomniał słowa Jana Pawła II wygłoszone 10 lat temu, w których papież podkreślił, że teoria ewolucji nie jest jedynie hipotezą, ale poważną teorią naukową potwierdzaną niezależnie przez wiele dyscyplin przyrodniczych i że dziś nie można jej odrzucić.
"Dla chrześcijanina Bóg mógł stworzyć świat w taki sposób, w jaki sam chciał. Mógł stworzyć człowieka zgodnie z teorią ewolucji" - zaznaczył metropolita.

"Gdy zaczyna się sugerować, że teoria ewolucji jest niezgodna z nauczaniem chrześcijańskim, wyrządza się dużą krzywdę chrześcijaństwu" - powiedział.

Abp Życiński jako niepoważne określił też sugestie ministra Orzechowskiego, że Darwin był ateistą. Metropolita przypomniał, że w swojej książce o pochodzeniu gatunków Darwin umieścił zapis mówiący, iż Bóg kierujący ewolucją w przyrodzie, tchnął w tę ewolucję określone prawa i dalszy rozwój przyrody przebiega zgodnie z tymi prawami.

"Ktoś, kto sam wprowadzał sformułowania o Bogu, dziś przedstawiany jest jako ateista, co świadczy nie najlepiej o wiedzy komentującego" - uznał arcybiskup. Zaapelował do nauczycieli i pedagogów, aby nie naśladowali polityków w tworzeniu konfliktów, "bez poszanowania elementarnej kultury i odpowiedzialności".

"Partie przychodzą i przemijają, deklaracje i niemądre wywiady unosi nurt czasu, natomiast wy zapisujecie się w duszach wychowanków waszą mądrością. Nie twórzmy fałszywych wrogów tam, gdzie szkoła powinna tworzyć klimat jedności, rodziny dzieci Bożych" - powiedział abp Życiński.

Nie można zapychać Bogiem dziur wiedzy - komentarz Piotra Cieślińskiego

Piotr Cieśliński / 2006-10-13, ostatnia aktualizacja 2006-10-13 23:37
Europoseł Maciej Giertych (LPR), wsparty teraz przez ministra Orzechowskiego, chce wyrzucić ze szkół teorię ewolucji. Giertych wraz z nikomu nieznanymi naukowcami lansuje w Brukseli tzw. teorię inteligentnego projektu: wszechświat, człowieka i wszystkie organizmy w jednym czasie stworzył Bóg.
Nadużyciem jest już samo mówienie o tym jako o teorii naukowej. Nie można bowiem przeprowadzić, a nawet wymyślić eksperymentu, który by ją podważył. A taki miecz musi wisieć nad każdą teorią naukową. Co więcej, każda teoria ulega zmianom wraz z nowymi wynikami doświadczeń i obserwacji. Także teoria ewolucji.

Żaden eksperyment nie jest natomiast w stanie obalić przekonania, że świat został zaprojektowany przez nadnaturalną istotę. Nie można udowodnić istnienia Boga. Gdyby było inaczej, niepotrzebna byłaby wiara. Doskonale rozumie to większość naukowców, w tym wielu wierzących. Rozumie to Watykan.

Kilka lat temu rozmawiałem z ks. Michałem Hellerem, kosmologiem, profesorem Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Wiara nie przeszkadza mu w odkrywaniu tajników Wielkiego Wybuchu, który zrodził nasz Wszechświat przed 13,7 mld laty.

Ks. Heller przestrzegał przed wsadzaniem Boga tam, gdzie prawa przyrody czegoś nie wyjaśniają. Nazwał to "teologią Boga od zapychania dziur".

Z pewnością darwinowska teoria nie potrafi wyjaśnić wszystkich faktów. Ale jeśli będziemy zapychać dziury w wiedzy Bogiem, to nie będziemy lepsi od ludów pierwotnych, które zaćmienia Słońca tłumaczyły boskim gniewem.

Nie mam nic przeciw wierze w boskie stworzenie świata. Ale taka wiara nie powinna być w szkole zestawiana z teorią Darwina na lekcjach przyrody. Jej miejsce jest na lekcjach religii czy filozofii. Bo proces edukacji nie musi ograniczać się do poznawania naukowych teorii.

Nie róbmy tylko młodym ludziom wody z mózgu, nie mieszajmy nauki z metafizyką.

Wiceminister edukacji: Poradzimy sobie bez tolerancji

Rozmawiała Aleksandra Pezda / 2006-10-14, ostatnia aktualizacja 2006-10-13 23:42
Chcemy szkoły bez kłamstw - teorii ewolucji, bezdusznych zygot... Poradzimy sobie też bez tolerancji - mówi wiceminister edukacji Mirosław Orzechowski.
 
 
Aleksandra Pezda: W "Gazecie" pisaliśmy o tym, że europoseł Maciej Giertych chce wyrzucić ze szkół teorię ewolucji. Z kolei Pan powiedział "Rzeczpospolitej", że nie wierzy w tę teorię.

Mirosław Orzechowski: Powiedziałem, że teoria ewolucji to kłamstwo. Mam przekonanie, że to pomyłka, którą zalegalizowano jako obowiązującą prawdę. Dla mnie to opowieść o charakterze literackim, mogłaby np. stać się kanwą filmu science fiction.

Sama teoria Darwina jeszcze za jego życia była modyfikowana, podawano kolejne fakty, które ją kwestionowały. To w zasadzie luźna koncepcja niewierzącego starszego pana, który tak właśnie widział świat.

Może dlatego, że był wegetarianinem i zabrakło mu ognia wewnętrznego.

To smutne, a tego uczy się w polskiej szkole. Nie takich już zresztą kłamstw uczono w polskich szkołach, były gorsze, na przykład że Stalin był ojcem pokoju, że nie było Katynia.

Ale tego się już w szkole nie uczy.

- Nie. Ale są jeszcze inne kłamstwa. Następnym na przykład jest to, co nam długo wmawiano: że człowiek poczęty nie jest człowiekiem, tylko bezduszną zygotą... Jesteśmy na drodze naprawiania świata. Czasami wychodzi gorszy, czasami lepszy, ale zmierzajmy ku temu, żeby był oparty na prawdzie, dobru i pięknie.

Tylko że możemy się różnić rozumieniem tych pojęć...

- Wtedy sięgajmy do klasyki uznanej za dziedzictwo świata - do Biblii, do antyku. Darwinizm był tylko motywacją intelektualną dla ludzi niewierzących, stał się paranaukową argumentacją dla nich.

Tymczasem w chrześcijaństwie przetrwała 2000 lat inna koncepcja: kreacjonizm. To cywilizacyjna prawda, która płynie z wiary, jest powtarzana i niezakwestionowana od tysięcy pokoleń.

Według pana należy teorię ewolucji usunąć z podręczników?

- Nie będziemy jej usuwać z podręczników. Ale należy rozpocząć rozmowę w tej sprawie. Ponieważ nieprawdy nie należy uczyć zamiast prawdy, tak jak zła zamiast dobra czy brzydoty zamiast piękna.

A co się stanie z nauczycielami, którzy zgodnie z naukowymi kanonami będą uczyć teorii ewolucji? Niedawno dyrektor CODN stracił stanowisko, ponieważ dopuścił dyskusję o homoseksualizmie w szkołach...

- Właśnie! To jest najbardziej drastyczna postać kłamstwa: że dwóch osobników tej samej płci może założyć związek. To się jednak zdarza, ale nie można tego legalizować, bo to niszczy naszą cywilizację.

I nigdy nie przyłożę ręki do tego, żeby w szkole był podręcznik z radą: znajdź środowisko gejowskie, zaproś do klasy, to ono ci powie, jak łamane są prawa człowieka, bo nie ma prawa do adopcji dzieci.

Ale ten podręcznik tylko zachęcał do tolerancji i stawiał pytania, i...

- Ale czy może istnieć takie pytanie? Nie może! Ja reprezentuję pogląd cywilizacji, w której zostałem ukształtowany. Musimy dbać, żeby ta cywilizacja przetrwała.

A gdzie miejsce na tolerancję światopoglądową?

- O, świat sobie już radził bez tolerancji i poradzi sobie dalej. Nie może być tak, że kilku maniaków będzie decydowało o losach cywilizacji...

Dyrektor Sielatycki nie został zwolniony za poglądy, tylko za krzewienie tego typu poglądów w szkole.

Nauczyciele kupili podręcznik Rady Europy wydany przez CODN - co się stanie, jeśli go użyją w szkole?

- Cały nakład jest pod kluczem, nie będzie upowszechniony. Tak mnie zapewniał dyrektor CODN. Jeśli jest inaczej - będę to wyjaśniał.

Nauczycielom nic się nie stanie. Bo wierzę, że to nie są buntownicy, tylko doświadczeni pedagodzy, którzy rozumieją swoją misję i nie zakładają deprawacji dzieci i młodzieży. Jeśli będzie inaczej - będę reagował.

Giertych chce zakazać Darwina w szkołach

Konrad Niklewicz, Bruksela, kw / 2006-10-13, ostatnia aktualizacja 2006-10-12 22:12
Darwinowską teorię ewolucji powinno się wycofać z programów nauczania. Taki pogląd propaguje w Europarlamencie Maciej Giertych
 
 Eurodeputowany LPR, profesor dendrologii (nauki o drzewach) i ojciec ministra oświaty zorganizował w środę w brukselskiej siedzibie europarlamentu coś, co nazwał "publiczną debatą" w sprawie teorii ewolucji. Do dyskusji zaprosił kilku mało znanych naukowców: Josepha Mastropaolo (California State University), Guy'a Berthaulta (paryska Ecole Polytechnique) i Hansa Zillmera (uniwersytet w Berlinie).

Konkluzja debaty - jak relacjonuje PAP - brzmiała: teorię ewolucji wyjaśniającą pochodzenie człowieka powinno się wycofać z programów nauczania. Prof. Giertych wspierany przez trójkę naukowców przekonywał, że należy nauczać "teorii kreacjonistycznej". Zakłada ona, że wszechświat, człowieka i wszystkie organizmy w jednym czasie stworzył Bóg.

- Od 20 lat pracuję w Parlamencie Europejskim, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem - śmieje się Ton Huyssen, rzecznik komisji ds. edukacji. Ale zaraz poważnieje: - Instytucja Parlamentu nie ma z tym nic wspólnego, odcinamy się od takiej debaty.

Jak wyjaśnia Huyssen, każdy deputowany może zorganizować dowolną dyskusję, a rola parlamentu ogranicza się do zapewnienia sali oraz obsługi technicznej, np. rzutnika.

- Jak ktoś ma jakieś poglądy, to może organizować w tej sprawie debaty, ale proponować wyrzucenie teorii ewolucji? To byłby naukowy krok w tył - mówi "Gazecie" prof. Zbigniew Zaleski, europoseł PO i wykładowca nauk społecznych na KUL. - Przecież teoria ewolucji, taka jaką zaproponował Darwin, nie musi się kłócić z przekazem biblijnym.

Zaleski obawia się, że inicjatywa Giertycha może popsuć opinię całej polskiej delegacji do Parlamentu. Tym bardziej że to nie jest jego pierwszy wybryk.

Dobrze pamięta się tu Giertychowską wystawę o aborcji z plakatami zrównującymi przerywanie ciąży z obozami koncentracyjnymi. I awanturę z początku lipca, gdy na forum Parlamentu chwalił faszystowskich dyktatorów - hiszpańskiego gen. Franco oraz portugalskiego Salazara. Tego dnia Parlament Europejski chciał uczcić pamięć ofiar hiszpańskiej wojny domowej.

Kampanię Giertycha na rzecz zniesienia nauczania Darwina skrytykował abp Józef Życiński, który jest członkiem Komitetu Biologii Ewolucyjnej i Teoretycznej PAN: - Tego typu postawa może przynieść chrześcijaństwu jedynie szkodę, bo u młodych wychowanków kształtuje złudne przekonanie, że istnieje jakiś konflikt między Boskim Stwórcą a ewolucją. Tymczasem Pan Bóg mógł stwarzać świat zgodnie z teorią ewolucji. Za taką interpretacją opowiada się dziś wielu przyrodników ewolucjonistów - powiedział KAI metropolita lubelski.

Arcybiskup przypomina też słowa Jana Pawła II z 1996 r. W przesłaniu do Papieskiej Akademii Nauk Papież podkreślił, że teoria ewolucji to znacznie więcej niż hipoteza, i ukazał wizję Boga Stwórcy działającego przez procesy ewolucyjne. Zdaniem abp. Życińskiego Giertych "lekceważy bardzo ważny element nauczania papieskiego i odwołuje się do stanowisk, które w USA głoszone są najczęściej przez odrzucające teorię ewolucji środowisko baptystów z południowych rejonów USA".

Roman Giertych: - O to, czy teoria ewolucji jest prawdziwa, czy nie spierać się nie będę, bo się na tym nie znam. Ale naukowcy mają prawo do takich dyskusji. W końcu teoria ewolucji to tylko koncepcja, a nie fakt naukowy. Na obecność w programach różnych teorii naukowych rodzice powinni mieć wpływ. Trudno mi teraz przesądzić, czy powinni mieć prawo wyboru podręcznika - z teorią ewolucji albo bez. O tym trzeba w Polsce rozpocząć dopiero dużą dyskusję.

not.ape

Dla Gazety

prof. Zofia Kielan-Jaworowska

jeden z największych na świecie ekspertów od ewolucji ssaków

Czuję się zażenowana tym, że w XXI wieku Maciej Giertych, profesor nauk leśnych, który musiał otrzeć się o biologię, może wypowiadać opinię kwestionującą istnienie ewolucji. Świadczy to o bezprzykładnej ignorancji i braku podstawowych wiadomości z geologii, paleontologii i biologii.

Dokumentacja dotycząca historii kręgowców jednoznacznie dowodzi kolejnych etapów trwającej pół miliarda lat ewolucji tej grupy, poczynając od powstania ryb, a kończąc na powstaniu człowieka. Twierdzenie, że wszystkie zwierzęta powstały w tym samym czasie drogą jednego aktu stworzenia, jest sprzeniewierzeniem się nauce.

Uczeni, na których powołuje się prof. Giertych, nie są znanymi autorytetami naukowymi.

Maciej Giertych wielokrotnie głosił w Polsce absurdalne, rodem ze średniowiecza poglądy i był krytykowany przez całe biologiczne środowisko naukowe. To smutne, że jest delegatem Polski do europarlamentu i tam kontynuuje wypowiadanie tych samych nonsensów, kompromitując nasz kraj i narażając nas na śmieszność.

Polityka - nr 35 (2569) z dnia 02-09-2006; 

Ciemny brąz – czyli co zrobić z islamistami

11 września 2001 r. zmienił świat bardziej, niż nam się to wówczas zdawało możliwe, i chyba bardziej, niż dziś nam się wydaje. Ale nie tylko świat się zmienił. My także.

Jacek Żakowski

Tego dnia glob zaczął się kręcić w przeciwnym kierunku. 

Podobnie jak 28 czerwca 1914 r., kiedy w Sarajewie zginął arcyksiążę Ferdynand. To podobieństwo do zdarzenia, które przerwało pierwszą falę globalizacji, narzuca się nieodparcie. Jak wtedy, tak i teraz szok zdetonował narastające latami napięcia. Zniszczył marzenia (a może złudzenia) i otworzył globalną puszkę Pandory. Łatwość, z jaką to się stało, nasuwa przypuszczenie, że zmiana, która nastąpiła po 11 września, nie była przypadkowa. Inaczej mówiąc, być może tak jak w 1914 r. świat czekał na iskrę, która błysnęła 28 czerwca, tak w 2001 r. świat był gotowy do zwrotu, który nastąpił po 11 września.

Kiedy dziś patrzy się na minione pięciolecie, bardzo dobrze widać, że wcześniej dominujące tendencje zaczęły się odwracać. Globalizacja stanęła, gwałtownie ubyło zwolenników otwierania granic, wizja barwnych, wielokulturowych społeczeństw ponowoczesnego świata w oczach wielu osób gwałtownie straciła powab, a odzyskało go niemal już pogrzebane państwo narodowe. Przybyło też mniej i bardziej otwartych zwolenników interesu narodowego w gospodarce, a ubyło zwolenników wolnego handlu, integracji, wolności gospodarczej oraz swobodnego przepływu towarów i ludzi. Niemal wszystko, co wydawało się ponurą przeszłością, teraz się odradza, a to, co wydawało się nadzieją przyszłości, stopniowo znika. Tematem numer jeden debat uniwersyteckich, rozmów polityków i trosk nas wszystkich przestały być wizje nowego wspaniałego świata, a stały się lęki i strachy, które wywołuje współzależność, nasilająca się obecność obcych w naszym otoczeniu, globalna konkurencja i oczywiście terroryzm, a konkretnie terroryzm islamski albo ogólniej – islamskie zagrożenie.

Wbrew temu, co nam się na ogół wydaje, nie sam 11 września zdecydował o dalszym biegu zdarzeń, lecz reakcja świata. Tą reakcją – zgodnie z tezą Samuela Huntingtona mówiącą o czekającym nas zderzeniu cywilizacji – była globalna wojna z terroryzmem, a konkretnie z islamskim terroryzmem. Zwyciężyła teza mówiąca, że współczesny terroryzm to wyraz trwającego kilkaset lat kryzysu cywilizacji islamskiej, która się zapada i ciągnie nas w otchłań nowego średniowiecza, bo sama nie umie się z niej wydostać.

Porównując większość krajów islamskich z Zachodem trudno tę tezę odrzucić. Trudno też jednak uwierzyć, że wyjaśnia ona wszystkie turbulencje współczesnego świata i wszystkie nasze problemy z islamem. Muzułmańska Turcja na przykład nie rozwija się gorzej niż Polska czy Rosja, a dużo lepiej od wielu krajów Afryki, Azji czy Ameryki Łacińskiej. W Stanach Zjednoczonych muzułmanie należeli do najprężniejszych ekonomicznie mniejszości. Dopóki problemem nie stali się tam palestyńscy uchodźcy, w większości muzułmański Liban nazywany był Szwajcarią Bliskiego Wschodu. Islam ma więc problem, ale może nie jest to problem immanentny.

Z całą pewnością problemy islamu nie są tylko jego problemami. Czytając na przykład w „Gazecie Wyborczej” (12–13.08) doskonały esej Hansa Magnusa Enzensbergera albo w „Dzienniku” równie interesujący artykuł Guya Sormana (21.08) o kłopotach islamu, aż trudno opędzić się od analogii, które powinny dać nam nieco do myślenia.

• Urażona godność, nadwrażliwość, przekonanie o wyjątkowej misji własnej – utożsamianej z wiarą – kultury, niegdyś wspaniałej, a dziś wlokącej się w ogonie cywilizacyjnego pochodu? Przecież nie tylko nam coś to przypomina. W Rosji czy Argentynie ten kompleks aż wyje.

• Upokarzający brak istotnego wkładu do współczesnej cywilizacji? To można powiedzieć o większości świata, bo cywilizację techniczną stworzyło kilka – głównie protestanckich – społeczeństw.

• Lęk o własną tożsamość w obliczu globalnej konkurencji kultur? Może w kilku społeczeństwach świata dziś tego lęku nie ma.

• Drenaż wykształconych mózgów, bieda, kłopoty z demokracją, upośledzenie kobiet? To wszystko wiele krajów odczuwa na co dzień lub odczuwało niedawno. Analfabetyzm i niebezpiecznie wysoki przyrost naturalny? Kto był w Brazylii czy w Indiach, ten wie, że to nie jest tylko islamski fenomen.

• Wpływ religijnych przywódców na życie polityczne? W niewielu krajach islamskich jest on silniejszy niż w Polsce. Wpływ religii na stanowione prawo? Też to chyba skądś znamy. I to nie tylko z Polski. W Ameryce czy Izraelu czynnik teokratyczny też ma ogromne znaczenie.

Nie chodzi mi o to, aby udowodnić, że islam jest w stanie rozkwitu. Bo nie jest. Cywilizacja islamska od setek lat jest – jak mówi Ryszard Kapuściński – w fazie długotrwałego uśpienia. Ale w podobnym uśpieniu są inne cywilizacje. Na przykład prawosławna, latynoamerykańska, afrykańska – by posłużyć się klasyfikacją Samuela Huntingtona. Żadnej z nich nie udało się od pokoleń ani wyjść poza techniczną imitację Zachodu, ani zbudować trwałego dobrobytu, ani na dłuższą metę utrzymać demokracji, chociaż dwie z nich należą do świata chrześcijańskiego i żadna nie ma nic wspólnego z islamem. Do niedawna w podobnej sytuacji były cywilizacje Dalekiego Wschodu – chińska, buddyjska i hinduistyczna. To nam trochę utrudnia odpowiedź na pytanie, dlaczego teraz akurat z muzułmanami mamy taki kłopot. Bo trzeba też powiedzieć, że jest to kłopot dość nowy. Kulturowe, literackie, teologiczne ziarna sprzeciwu wobec modernizacji można oczywiście znaleźć głęboko w islamskiej przeszłości. Ale nie tylko w islamskiej. Chrześcijaństwo i judaizm też zawsze miały i do dzisiaj mają silne antymodernizacyjne odłamy. A pięćdziesiąt lat temu przecież nie było problemu z islamem. To by zaś znaczyło, że źródłem problemu są jakieś nowe zjawiska w obrębie islamu. Więc skąd one się wzięły? 

Odpowiedź wydaje się banalna. Ropa i Palestyna.

Ale to także jest tylko wyrywek odpowiedzi, bo ani problem ropy, ani kwestia palestyńska nie pojawiły się w 2001 r. Łatwości, z jaką islamski terroryzm zmienia dziś obraz świata, nie da się chyba wytłumaczyć samym tylko narastaniem i kumulowaniem się obu problemów. Może więc jednak warto się też nieco bliżej przyjrzeć reakcjom Zachodu. Bo one są dziś całkiem inne niż na przykład 30 lat temu, gdy Czarny Wrzesień porywał samoloty, statki i izraelskich sportowców, co ostatnio przypomniał głośny film Spielberga. Nie da się też naszych dzisiejszych reakcji porównać z reakcjami na akcje IRA, ETA czy Czerwonych Brygad. Może zatem ten terrorystyczny kryzys przebiega inaczej niż poprzednie dlatego (lub również dlatego), że i my jesteśmy inni niż dotychczas?

Że jesteśmy inni, trudno mieć wątpliwości, gdy czyta się na przykład, że „na tę (europejskich muzułmanów) alienację najlepszym lekarstwem będzie natychmiastowa deportacja”. Albo że: „zaraza protestuje, bo organizm nie chce jej przyjąć”. Skąd pochodzą te zdania? Z „Mein Kampf”? Ze „Sturmera”? Nie. Z internetowego forum „Gazety Wyborczej” w dyskusji wywołanej tekstem T.G. Asha o alienacji brytyjskich muzułmanów. Takie pomysły i opinie dwadzieścia lat temu wywołałyby burzę. Dziś nie. Dziś są na porządku dziennym. Więc może to (także) historia Zachodu zatacza fatalne koło?

Siedemdziesiąt lat temu też przecież zaczęło się od żądań deportacji Żydów. Od tego czasu świat widział wiele wielkich „deportacji”. Część z nich przypomniała Erika Steinbach na swojej kontrowersyjnej wystawie w Berlinie. Wszystkie one toczyły się jednak w cieniu wielkich zbrodni. W Polsce i Europie wie o tym każdy dorosły. Trudno więc zrozumieć, czemu ludzie gotowi są wracać dziś do żądań, których makabryczny finał jest przewidywalny? Zwłaszcza trudno zrozumieć, że wraca do nich nie tylko ciemna tłuszcza zawsze żądna krwi i rewanżu, lecz także osoby wykształcone – jak Oriana Fallaci – i mające poważną polityczną pozycję – jak Nicolas Sarkozy, prawicowy kandydat na prezydenta Francji.

A przecież postulat deportacji jest tylko jednym z wielu absurdalnych pomysłów, które jak grzyby po deszczu wyrastają w obliczu obecnej fali terroryzmu. Jego absurdalność (abstrahuję od kwestii etycznych) jest przecież oczywista dla każdego, kto chociaż trochę na ten temat pomyśli. Bo ilu Brytyjczyków o islamsko-pakistańskich korzeniach mieliby deportować Anglicy? Tysiąc? Dziesięć tysięcy? Może sto tysięcy? To by się dało zrobić. Ale w dniu deportacji świat się raczej nie skończy. Czy ci, którzy zostaną, lepiej się zintegrują? Raczej jako krewni deportowanych, stygmatyzowani obywatele którejś kategorii, staną się łatwym łupem kolejnej krucjaty islamskich radykałów. Na dłuższą metę Londyn nie będzie więc bezpieczniejszy. Ale to jeszcze pół biedy. Ważniejsze jest to, co stanie się w Pakistanie. Bo przecież nieraz mogliśmy się przekonać, że w dzisiejszym świecie na dłuższą metę nie da się skutecznie eksportować politycznego ryzyka ani go izolować. Dziesięć czy sto tysięcy radykałów, którzy się w Pakistanie niezwłocznie odnajdą, to może być siła zbyt duża, jak na możliwości chwiejącej się prozachodniej laickiej dyktatury, na czele której stoi generał Musharraf.

Wybuchowy potencjał pozostanie groźny i jego groza szybko wróci do Europy. Jeśli zaś Musharraf upadnie i w Pakistanie powstanie republika islamska, to w ręce fundamentalistów dostanie się nie tylko potężna pakistańska armia i wymarzona przez islamistów bomba jądrowa, ale też technologia nuklearna. Deportacja zdestabilizuje kolejne ważne państwo, a jej ponure skutki także nas wcześniej czy później dopadną. Bo bomba pakistańska de facto stanie się bombą islamską. Będzie też bombą irańską, libańską, palestyńską, sudańską i iracką. W tym sensie deportacja jest więc najlepszym sposobem, by Zachód zrobił kolejny wielki krok na drodze zamieniania poważnych problemów w śmiertelne niebezpieczeństwa.

Porażka w Afganistanie, Iraku i Libanie pokazuje jednak coś więcej niż tylko błędy ciasno myślących generałów i polityków, którzy wierzą, że za pomocą rakiet i bombowców można zapewnić światu bezpieczną przyszłość. Ujawniają one także obecne granice militarnych możliwości Zachodu. Amerykanie, NATO czy Izraelczycy mogą większość krajów obrócić w perzynę. Mogą obalić, uwięzić, osądzić i zabić dyktatora czy wrogiego przywódcę praktycznie każdego kraju poza Chinami i Rosją. Mogą też w niemal każdej stolicy osadzić życzliwe sobie rządy i latami mogą je utrzymywać. Ale nie mogą – jak widać – skutecznie podporządkować sobie tak podbitego islamskiego kraju. Izrael przekonał się o tym w Palestynie, Amerykanie w Iraku, NATO w Afganistanie.

W żadnym przypadku nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie, co dalej. Przeciwnik jest zbyt silny lub Zachód zbyt słaby, by ustanowić tam solidne demokracje albo choćby skuteczne kolonialne rządy. Im dłużej zaś trwa zachodnia okupacja lub wojna zachodnio-islamska, tym większe jest prawdopodobieństwo, że gdy się wycofamy, do władzy dojdą antyzachodni fundamentaliści.

Można oczywiście powiedzieć, że Zachód powinien się dozbroić i uderzać mocniej. Ale to też nie jest rozwiązanie. Bo Zachód relatywnie słabnie i jest prawdopodobne, że jego dominacja nie będzie trwała długo. Za 10–20 lat sojusz islamsko-chiński może stanowić realną przeciwwagę dla NATO. Jeżeli przez ten czas nie ułożymy stosunków z islamem, może być z nami krucho. Ale też dzisiejsza przewaga militarna nie starcza, by Zachodowi zapewnić bezpieczeństwo. Bo terroryzm nie jest problemem militarnej natury. Problem jest głównie społeczny i technologiczny.

Społeczny m.in. w tym sensie, że przy islamskim przyroście naturalnym i tempie rozwoju jeszcze przez wiele lat będą tam przybywały miliony młodych, pozbawionych jakiejkolwiek perspektywy mężczyzn, którzy są idealnym materiałem na przyszłych terrorystów albo bojowników jakiejkolwiek sprawy. Dlatego niszcząc infrastrukturę Iraku i Libanu, Izrael i Ameryka nie tyle osłabiają, co konsekwentnie budują zaplecze terroryzmu. Islamska bomba demograficzna może być dla Zachodu groźniejsza niż bomba atomowa.

Problem technologiczny polega zaś na tym, że nowe technologie w niebywałym stopniu ułatwiają walkę terrorystom. W Libanie Hezbollah już ma bezzałogowe, zdalnie sterowane pociski domowej roboty. Nie ma specjalnych przeszkód, by ktoś je zmontował w Ameryce, Anglii albo w Polsce, unieważniając w ten sposób pozory bezpieczeństwa tworzone przez drakońskie kontrole na lotniskach. Nie sztuka trafić latającym modelem w startujący samolot.

Postęp technologiczny sprawia, że nie tylko masowa ekstradycja i interwencja zbrojna, ale też polityka nasilania środków bezpieczeństwa, na dłuższą metę nie ma dużego sensu. Bo terroryści wciąż mają nowe pomysły, które zmuszają nas do wprowadzania kolejnych środków bezpieczeństwa i rezygnowania z kolejnych wolności, wygód czy możliwości. Jeśli teraz bardziej niż rok temu unikam podróży do Ameryki i Anglii, to nie dlatego, że bardziej się boję zamachu, tylko dlatego, że na skutek nowych środków bezpieczeństwa podróże stały się dużo bardziej uciążliwe. W skali społecznej jest to problem znaczący także gospodarczo. Błahostka, jaką jest zakaz wnoszenia na pokład laptopów, sprawia na przykład, że miliony wciąż podróżujących profesjonalistów tracą dziesiątki milionów godzin efektywnej pracy... Może zatem warto się zastanowić, czy jest sens płacić tę cenę. Zwłaszcza że dość daleko zaszliśmy już tą drogą, a poczucia bezpieczeństwa jak nie było, tak nie ma. Nawet bardziej go nie ma, choć centra wielu miast, dworce i lotniska Zachodu wyglądają dziś tak, jak jeszcze niedawno wyglądały tylko centra, dworce i lotniska w dyktaturach Afryki czy Ameryki Łacińskiej. Gdybyśmy mieli konsekwentnie dalej posuwać się tą drogą, szybko musielibyśmy się sami pozamykać w klatkach.

Granice USA i Europy już dziś przypominają dawne granice bloku sowieckiego. Psy, zapory, drut kolczasty, uzbrojeni po zęby strażnicy i urzędnicy, którzy patrzą na nas spode łba. A widać tylko czubek góry lodowej nowego aparatu nadzoru. Dzięki nowym technikom obywatele zachodnich demokracji już są inwigilowani skuteczniej niż obywatele dawnego Związku Sowieckiego. Nie jest więc bezzasadne pytanie, jak daleko można się posunąć w rozbudowywaniu środków bezpieczeństwa, zanim demokracja zacznie się stawać fikcją. Gdyby ten stworzony przez pięć ostatnich lat system dostał się w ręce wrogów demokracji, bylibyśmy w ciężkich tarapatach.

Sposób, w jaki tym razem przeżywamy terrorystyczne ryzyko, sprawia jednak, że o tym nie myślimy. Warto więc sobie przypomnieć, że Nixon musiał ustąpić z urzędu tylko dlatego, iż jego sztab zainstalował podsłuchy w sztabie konkurenta. Temu, kto Watergate pamięta, trudno jest zrozumieć, dlaczego przez ostatnie lata Amerykanie tak łatwo godzili się na to, by władze bez sądowego nadzoru ich podsłuchiwały, a tym bardziej dlaczego świat tak łatwo się godzi na to, że wszystkie nasze rozmowy, maile, esemesy są lub mogą być przechwytywane i elektronicznie analizowane za pomocą amerykańskiego systemu Echelon, który nie podlega żadnej międzynarodowej kontroli.

Pięć lat wojny z terroryzmem dowodzi, że nie tylko mrzonki o rozwiązaniu problemu poprzez ekstradycję „obcych z Europy” i interwencje zbrojne, ale także nasilenie nadzoru, nie rozwiąże problemu bezpieczeństwa. Tylko co z tego wynika? Bo przecież trudno oczekiwać, że miliony ludzi będą bezczynnie czekały na swoją kolejkę do wysadzenia w powietrze.

Po pierwsze, wynika z tego, że trzeba poszukać właściwych proporcji. W Ameryce prawdopodobieństwo śmierci w zamachu terrorystycznym jest znacznie mniejsze niż prawdopodobieństwo śmierci na skutek upadku z drabiny. W Europie jest ono jeszcze mniejsze. To nie znaczy, że się nim nie warto przejmować, ale znaczy to, że chyba jednak popadamy w przesadę, kiedy się godzimy kolejne sfery życia podporządkować walce z terroryzmem. Nawet jeżeli policzymy polskie ofiary zamachów w Londynie i Madrycie, ryzyko śmierci w zamachu będzie dla Polaka nieporównanie niższe od ryzyka śmierci na skutek katastrof budowlanych, spadających sopli czy ukąszenia przez osę. Gdybyśmy więc część kosztów walki z terroryzmem przeznaczyli na poprawę nadzoru budowlanego albo na odśnieżanie dachów, to więcej byśmy zrobili dla naszego bezpieczeństwa.

Po drugie, trzeba się wyrwać z postrzegania ryzyka terrorystycznego w narzuconej przez Huntingtona konwencji zderzenia cywilizacji. To nie cywilizacje (chrześcijańska i islamska) się teraz zderzają, lecz ich ekstremizmy. Bo nie tylko islam ma swoich ekstremistów. Mają ich też chrześcijaństwo i judaizm. Także po naszej stronie część ekstremistów gotowych jest użyć terrorystycznych narzędzi. Żydowscy ekstremiści, mający w Izraelu sporo do powiedzenia, zabili premiera Rabina, który za cenę ustępstw szukał pokoju z Palestyńczykami. Chrześcijańscy ekstremiści, którzy mają sporo do powiedzenia w Ameryce, urządzali zamachy bombowe na kliniki aborcyjne i 11 lat temu wysadzili w powietrze budynek federalny w Oklahoma City (168 ofiar śmiertelnych).

Po trzecie, trzeba się pozbyć złudzenia, że terroryzm jest fenomenem stworzonym przez kryzys islamu. Terroryzm tak samo dobrze gnieździ się w głowach ateistów, chrześcijan, muzułmanów i Żydów. Czy w nich zwycięża, zależy w dużym stopniu od warunków zewnętrznych. Katolicka IRA stosowała terroryzm przez dziesięciolecia. Jej metody były bardziej umiarkowane od metod islamistów, ale też irlandzcy katolicy byli inaczej traktowani przez brytyjskie władze. Gdyby po kolejnym zamachu w Londynie premier Thatcher kazała zbombardować dzielnicę katolicką w Belfaście, następny zamach IRA wyglądałby pewnie podobnie do akcji Al-Kaidy. Nietrudno się też domyślić, że gdyby po zamachu zorganizowanym przez ETA armia hiszpańska zrównała z ziemią centrum San Sebastian, to kolejny zamach byłby bardziej krwawy. A gdyby taka walka potrwała kilka dziesięcioleci, to pewnie w madryckich czy londyńskich kawiarniach pojawiliby się też samobójcy z pasami wypakowanymi plastikiem.

Warto się więc może zastanowić, dlaczego taka reakcja nie wchodziła w grę w Irlandii Północnej ani w Kraju Basków, a jest na porządku dziennym w Iraku, Palestynie czy Afganistanie. Ważnym elementem odpowiedzi będzie z pewnością bariera kulturowa, a może rasowa. Ta sama z grubsza obcość, pogarda i zbiorowa nienawiść – internauta pisze o islamskiej „zarazie” – która po naszej stronie tłumaczy żądanie deportacji i bombardowanie domów niewinnych Irakijczyków, Palestyńczyków, Libańczyków czy afgańskich Pusztunów, po drugiej stronie autoryzuje zamachy terrorystyczne, w których giną niewinni Amerykanie, Anglicy, Hiszpanie i Żydzi. Po obu stronach rasistowska nienawiść napędza się nawzajem. Jeśli chcemy spokoju, ktoś musi tę spiralę przeciąć.

Zachodowi jest to z pewnością dużo łatwiej zrobić, bo w naszym imieniu działają zorganizowane formacje podlegające państwowej kontroli, więc rozsądna większość przynajmniej teoretycznie ma instrumenty, by kontrolować radykalną mniejszość. Po drugiej stronie wciąż jeszcze rozsądnie myśląca większość takich instrumentów nie ma, bo w jej imieniu działają zwykle niedemokratyczne, niejawne organizacje albo dość luźno współpracujące grupki radykałów.

Problem polega na tym, że od 11 września po obu stronach konfliktu radykałowie uzyskali pozycję nieproporcjonalnie silną do ich liczebności.Bo nawet jeżeli radykalizm rozumie się bardzo szeroko, to radykałów nigdzie nie ma więcej niż 20–30 proc. To jednak wystarcza, by eskalować konflikt. Wśród zrewoltowanych przez politykę Blaire’a brytyjskich muzułmanów tylu z grubsza popiera lub akceptuje akcje terrorystyczne. W Ameryce mniej więcej taka część społeczeństwa wierzy, że wojna z terroryzmem to jest Armagedon, a obecni wrogowie Ameryki to słudzy Antychrysta, których należy po prostu unicestwić, co wiąże się ze zgodą na zabijanie przypadkowych cywilów (w Iraku przeszło 40 tys.) i śmierć amerykańskich żołnierzy (przeszło 2600). W Izraelu podobna grupa popiera religijną prawicę, która za wszelką cenę dąży do odbudowania monoetnicznego państwa w historycznych granicach. Jeśli chcemy spokoju, musimy zrozumieć, że nie uda nam się pokonać ekstremistów islamskich, dopóki nie uporamy się z naszymi ekstremistami. Bo oni będą zawsze dążyli do eskalowania konfliktu na rachunek Zachodu. Dla tych, którzy chcą żyć normalnie, wrogiem są ekstremiści, bez względu na to, w czyim imieniu próbują występować. W tym sensie, wzywająca do zemsty na muzułmanach Oriana Fallaci jest równie groźna jak wzywający do zemsty na chrześcijanach mułłowie.

Po czwarte wreszcie, trzeba zacząć się mierzyć z przyczynami problemu. Nie tylko z objawami. Przyczyny zaś są głównie społeczne i polityczne, a dopiero w drugiej kolejności kulturowe albo religijne. Najlepiej widać to w Iraku, gdzie „walka o demokrację” we współczesnym zachodnim wydaniu wprowadziła dużą część laickiego społeczeństwa w stan fanatycznego napięcia religijnego prowadzącego do wojny domowej. Przed inwazją i także przed Saddamem Irak był przecież jednym z najbardziej laickich krajów świata arabskiego. Dziś stał się on największym obozem szkoleniowym i społecznym zapleczem świętej wojny prowadzonej przez szyickich i sunnickich fundamentalistów. Pod hasłem demokratyzacji Zachód zamienił więc nieprzyjemną, ale już gasnącą laicką dyktaturę w radykalną islamską teokrację. Podobny proces ma miejsce w Libanie i Palestynie, gdzie niezrealizowane postulaty społeczne i polityczne stopniowo przyjmują coraz bardziej radykalny religijny kostium. Wcześniej radykalna modernizacja w wykonaniu szacha popieranego przez Zachód wywołała rewolucję islamską w Iranie.

Ale to także nie jest wyłącznie islamski fenomen. Ten sam mechanizm – z zachowaniem proporcji – widać między innymi w Ameryce i w Polsce, gdzie radykalna religia polityczna także stała się wyrazem społecznego i politycznego napięcia, którego nie można inaczej wyrazić w obrębie istniejącego porządku. Radio Maryja w Polsce czy gwałtownie rosnący ruch nowo narodzonych chrześcijan w Ameryce są przecież w istocie rzeczy religijną formą odpowiedzi na te same polityczne wyzwania niesione przez globalizację i radykalizujący się rynek, na które po upadku wielkich utopii XX w. świecka polityka nie ma odpowiedzi. Rosnące osobiste ryzyka, narastająca frustracja wywołana niesioną przez kulturę masową (telewizja satelitarna) nieistniejącą dawniej świadomością ogromu konsumpcyjnych ofert, z których nie można skorzystać, lęk przed utratą podstaw egzystencji i własnej tożsamości, świadomość rosnącego dystansu do tych, którym się udało, w wielu miejscach świata rewoltują dużą część społeczeństwa. 

Tam, gdzie z jakichś powodów ta rewolta nie znajduje laickiego wyrazu, często przybiera ona postać religijną.

W tym sensie dużo racji mają z pewnością ci komentatorzy, którzy uważają, że islamizm (oraz inne radykalne religie polityczne) początków XXI w. ma wiele wspólnego z komunizmem początków XX w. Komunizm i nacjonalizm, których syntezą był w dużym stopniu faszyzm, stanowiły odpowiedź na pierwszą modernizację i pierwszą wielką falę globalizacji, jakie się przetoczyły przez świat na przełomie XIX i XX w. Nowoczesne religie polityczne są odpowiedzią na obecną falę modernizacji, która się przetoczyła przez świat na przełomie XX i XXI w. Można oczywiście z tą tezą polemizować wykazując, że na czele islamistów stoją ludzie zamożni, a wśród religijnych radykałów nie tylko w świecie islamu, lecz również wśród chrześcijan, jest wiele osób wykształconych i dobrze sytuowanych. Choćby prezydent Bush. Ale o komunistach z poprzedniego przełomu stuleci można powiedzieć to samo. W takiej analogii ibn Laden jest Engelsem, mułła Omar Leninem, Al-Kaida jedną ze współczesnych międzynarodówek, a islamiści stanowią odpowiednik jednej ze zrewoltowanych grup proletariatu.

Do takich analogii nie należy się nadmiernie przywiązywać i nie ma sensu ciągnąć ich zbyt daleko. Ale dystans kulturowy i cywilizacyjny między wyrafinowaną rządzącą elitą XIX wieku a dickensowską niepiśmienną tłuszczą młodego kapitalizmu nie był dużo mniejszy niż dystans dzielący dziś zachodnie społeczeństwa od islamskiej masy. Zwłaszcza od milionów muzułmanów mieszkających w zachodniej Europie. Obcość zaś – podobnie jak dzisiaj – w dużym stopniu dyktowała i dyktuje reakcje.

Być może więc w takim sensie historia niestety jednak zatoczyła koło, a islamiści weszli w rolę proletariatu. Skoro tak, to zastanawiając się nad tym, w jaki sposób należy reagować, warto sobie przypomnieć, jak się to koło poprzednio toczyło.

Sto lat temu Europa miała z grubsza biorąc dwa warianty odpowiedzi na komunistyczne wyzwanie, którego część stanowił terroryzm. Odpowiedź rosyjska i pruska skupiała się na represji. Odpowiedź brytyjska i szwajcarska była skoncentrowana na ochronie wolności. Rosja i Prusy więziły komunistów. Anglia i Szwajcaria dawały im azyl (Anglia np. Marksowi, Szwajcaria Leninowi). W bestsellerowej biografii Karola Marksa Francis Wheen opisuje naciski, jakie Prusy wywierały na Anglię, by rozprawiła się z Marksem. Wreszcie po jakimś nieudanym zamachu zrobionym przez komunistów pruski dyplomata triumfalnie dostarcza Anglikom zapis przemówienia, w którym Marks mówił, że może trzeba będzie zabić królową. Ale Anglików i to nie przekonuje. Bo ich zdaniem wolność słowa gwarantuje każdemu prawo mówienia o tym, co kiedyś może trzeba będzie zrobić. W kraju demokratycznym to nie jest karalne, co Prusakowi w głowie się nie mieści. Jego zdaniem Anglicy to po prostu mięczaki. W „Tajnym agencie” tę fundamentalną różnicę doskonale pokazał Joseph Conrad, opisując zamach na obserwatorium w Greenwich (symboliczny dziewiętnastowieczny odpowiednik dwudziestowiecznego WTC w Nowym Jorku) jako pruską prowokację, mającą zmusić Anglików do represji wobec komunistów. Nawet jednak w obliczu kolejnych zamachów Anglicy nie zgodzili się na ograniczenie demokratycznych wolności. Konsekwentnie przeprowadzili natomiast reformy wiktoriańskie, które obniżyły poziom napięcia społecznego i przyniosły Anglii okres największego rozkwitu.

Oczywiście finał – jak zawsze – zależał od wielu czynników, ale jednak warto dziś o nim pamiętać. W Rosji wygrał komunizm. W Niemczech wygrał nazizm. Cenę, jaką świat za to zapłacił, znamy wszyscy. Natomiast Anglia i Szwajcaria zmodernizowały systemy społeczne i polityczne, zrealizowały część postulatów ruchu komunistycznego, włączyły ruch społecznego protestu do demokratycznego spektrum, stopniowo odcięły radykałów od społecznego zaplecza i obroniły wolność oraz demokrację. W Anglii trwało to blisko sto lat, ale się udało, mimo że zamachy terrorystyczne organizowane przez rozmaite ruchy (bo miejsce komunistów zajęli separatyści) nieustannie wisiały w powietrzu.

Jaka nauka może dla nas płynąć z tamtego doświadczenia? Po pierwsze taka, że droga rosyjska i pruska nie zaprowadzi nas raczej tam, gdzie byśmy chcieli, a może nas zaprowadzić zupełnie gdzie indziej. Po drugie taka, że na kryzys cywilizacyjny nie ma żadnego błyskawicznego lekarstwa. To, co wydaje się oczywistym przecięciem węzła gordyjskiego, zazwyczaj okazuje się otwarciem puszki Pandory. Najlepszym tego przykładem jest Irak. Po trzecie, kiedy taki kryzys narasta, raczej nie ma sensu za wszelką cenę skupiać się na zwalczaniu radykałów (terrorystów czy fundamentalistów), bo albo się z nimi przegra (jak w Rosji), albo ci, których celem będzie ich zwalczanie, okażą się jeszcze gorsi (jak w Niemczech), albo wreszcie wpadnie się w bliskowschodnią spiralę przemocy i nienawiści.

Terrorystów trzeba powstrzymywać, radykałów trzeba kontrolować, ale nie ma co liczyć, że tak się problem rozwiąże, więc nie warto niszczyć dobrych stron istniejącego porządku w imię walki z jego zaciekłymi wrogami. Nie warto zwłaszcza rezygnować z wolności, bezpieczeństwa i prawa, w imię mirażu zniszczenia ich wrogów. Na dłuższą metę jedynym ratunkiem jest usuwanie z rzeczywistości tego, czym radykalizm się żywi. I nie ma sensu wierzyć w metafizyczne korzenie społecznego obłędu. On się daje racjonalnie zrozumieć, jeżeli tylko ma się wolę i zdolność racjonalnego myślenia.

Gdy usuniemy racjonalne korzenie islamizmu, młodzi muzułmanie przestaną marzyć o nowym kalifacie, tak jak młodzi robotnicy przestali marzyć o komunistycznym raju. To nie nastąpi prędko (w Ameryce i Europie płytko zakorzeniony terroryzm przełomu lat 60. i 70. trwał jednak kilkanaście lat), bo fala już ruszyła. Ale cierpliwość z pewnością się opłaci, czego nie można powiedzieć o radykalnych „cudownych lekarstwach”.

I nie ma co udawać, że islamski terroryzm spadł na Europę z nieba. Jak nie było go przed wojną w Iraku, tak stopniowo osłabnie, kiedy Europa się stamtąd wycofa. A jeśli uda się także zneutralizować radykałów po stronie Zachodu i sensownie ułożyć sprawy w Palestynie, jeżeli zamiast wyrzucać pieniądze na „wojnę z terroryzmem”, zaczniemy je równie intensywnie wydawać na obcinanie społecznych korzeni islamizmu, to może za kilkadziesiąt lat świat znów będzie równie bezpieczny jak dziesięć lat temu. Wiem, że ta droga większości z nas wydaje się zbyt powolna. Ale szybszą mieliśmy okazję wypróbować. A wcześniej próbowali jej Rosjanie i Niemcy. Ze skutkiem, który znamy.

Jacek Żakowski

Polityka. Niezbędnik Inteligenta 25/2006

Żyd i upiór, wampir i gej. O pokrewieństwach.   Społeczeństwo. Kiedy inny staje się obcym

Trudno nieraz zrozumieć ludzi owładniętych przekonaniem, że to jakieś tajemne moce lub spiski winne są całemu złu świata. Byłoby z tym łatwiej, gdybyśmy odwołali się do bogatej tradycji fantastyki grozy.

 Rafał Nawrocki

Spotykając się – przy rozmaitych okazjach, a któż ich uniknął – z poglądami określanymi powszechnie jako antysemickie, homofobiczne, antyklerykalne i innymi (przekonania o wszechobecnej agenturze, układzie, światowym spisku itp.), reagujemy zazwyczaj na dwa sposoby. Jednym z nich jest próba rozprawienia się z uprzedzeniami na płaszczyźnie racjonalnego dyskursu, drugim zaś milczenie, przepełnione politowaniem dla osoby dotkniętej ciężką społeczną przypadłością. Ten drugi sposób praktyka zdecydowanie potwierdza jako słuszniejszy: jakakolwiek próba polemiki powoduje z reguły gwałtowny rozrost kolejnych wyobrażeń, w których i dla nas znajduje się rola nosicieli rozmaitych ułomności, wielbicieli najskrajniejszych zboczeń bądź też członków lub agentów równie głęboko podziemnych co radykalnych organizacji. A dramatyzacja sporu dokona się tym łatwiej, im bardziej oficjalny będzie on miał charakter.

Owa potrzeba jaskrawego podziału ról na dobrych i złych, charakterystyczna dla tego rodzaju myślenia, zdradza pokrewieństwo z tradycyjnymi wizjami ponadnaturalnego zła i jego etatowych antybohaterów, znanymi z opowiadań o upiorach i współczesnego horroru. W konstrukcji owych wyobrażeń odnajdujemy schematy fabularne i charakterologiczne, których kontekst zdaje się być oczywisty dla choćby przypadkowego czytelnika i widza fantastyki grozy. Albo odwrotnie: spróbujmy podyskutować z kimś głęboko przekonanym o nawiedzeniach duchów czy odpowiedzialności kosmitów za gniecenie zbóż; wiele z używanych w rozmowie strategii okazuje się być tożsame z argumentacją antysemicką lub homofobiczną. Wkroczyliśmy bowiem na teren, gdzie przywoływanie racjonalizmu, nawet w stosunku do tez poddających się takiej weryfikacji, może być jedynie maską dla myślenia płynącego z głębokiego przekonania pokrewnego wierze.

Cechą wspólną wydaje się tu być opanowanie myślenia przez fantazmat. Pojęcie to oznaczało w średniowieczu diabelską ułudę, halucynację, obecnie zaś poprzez psychoanalizę znalazło się także w naukach humanistycznych jako wytwór wyobraźni i podświadomości, uzewnętrzniony przejaw życia wewnętrznego człowieka, często uzyskujący pewną autonomię i pozory niezależności. Fantazmatem może być upiór, który pochyli się nad nami w nocy – ale może to być też śniady, nosaty, przewrotny Żyd, jakiego dostrzeżemy w nielubianym polityku.

Dotychczas jednak w niewielkim stopniu lub wcale nie wskazywano na jawny związek fantazmatów obcości, tyczących mniejszości społecznych, z wyobrażeniami znanymi od wieków z literatury, z fantazmatami artystycznie wykorzystanymi w obrębie fantastyki grozy.

Pełna wersja artykułu dostępna w ARCHIWUM "Polityki".

Atmosferka

Żyjemy w klimacie radykalnej zmiany. Zwolnienia, awanse, degradacje – często dokonują się z naciąganiem prawa, nonszalancko, bez jasnych kryteriów, a właściwie według jednego – czy jesteś wystarczająco za i wystarczająco swój. To budzi lęk. Obywatele IV RP – niczym na plakatach PiS – wolą nie patrzeć nikomu w oczy.

 Barbara Pietkiewicz

Im bardziej władza zwalcza „układ”, tym bardziej on się rozrasta. Zmiany na szczeblu politycznym już nie wystarczą. Premier, uzasadniając zwolnienia w administracji, dzieli się podejrzeniami, że przejęty aparat urzędniczy może sabotować decyzje nowej władzy. Więc każdy, kto pracuje dłużej niż rok, staje się z urzędu podejrzany.

W państwowym radiu każą przynosić kwity z IPN. Kto był kiedykolwiek zarejestrowany (nawet bez swojej wiedzy) jako źródło informacji – straci pracę. We wszystkich instytucjach państwowych trwa wymiana kadr. Z Ministerstwa Finansów ma być zwolnionych 100, może 200 osób. W innych urzędach centralnych – podobnie. Zwalniają starych, bo niekompetentni, zrobili coś złego? Nie – odpowiada premier – bo może nie zrobili nic dobrego. Urzędnicy na ogół nie wierzą, że chodzi tu o obniżkę kosztów, bo cały program tzw. taniego państwa wygląda na fikcję. Są przekonani, że ci, co nie dość zaangażowali się po stronie nowej władzy, nie dość ostentacyjnie popierają rewolucję moralną, mogą stracić środki do życia. A kodeks pracy? W razie czego z budżetowych pieniędzy będą płacone jakieś odszkodowania. I tyle.

Byłam niedawno w szkole w małym miasteczku. Rozmawialiśmy o różnych sprawach w pokoju nauczycielskim. Powiedziałam: gratuluję wam nowego ministra oświaty. Zapadła cisza. Rozmowy dalej nie było. Choć Roman Giertych, zwany przez młodych „wesołym Romkiem”, uchodzi – nawet w koalicji – za figurę niepoważną, to szacowni, wykształceni, oddani zawodowi nauczyciele wolą milczeć.

– Bo nigdy nie wiadomo, kto sypnie – mówi prof. Mirosława Marody, socjolog. – Zawsze jest ktoś, kto pamięta stare sposoby zachowania, a rozdział nagród tę pamięć wzmacnia.  Jeśli ludzie rozpoznają stare sytuacje w nowych, włączają stare zachowania. Nawyki wytworzone w PRL wyciągane są teraz z pamięci i często bezrefleksyjnie przenoszone do praktyki. Po prostu narzędzia. Na podorędziu są dwa podstawowe – ostrożność i donosicielstwo.

Pełna wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".

Polityka 37/2006

Pocztówki znad krawędzi

Mimo intensywnych starań Romana Giertycha Liga Polskich Rodzin, najmniejszy partner w rządzącej koalicji, niknie w sondażach. Radykalna partia walczy dziś o przetrwanie. Czy po wyborach samorządowych stanie się jedynie skrzydłem wielkiego prawicowego ugrupowania?

 Joanna Cieśla

Sekwencja zdarzeń powtarza się: LPR odpala polityczny fajerwerk i dostaje prztyczek w nos lub w najlepszym wypadku nad propozycją zapada znacząca cisza. Fajerwerk gaśnie, po czym szybko odpalany jest następny. W praktyce wygląda to na przykład tak: w mediach pojawia się informacja o rozmowach prowadzonych przez Jacka Kuronia z SB. Posłowie Ligi Polskich Rodzin natychmiast zwołują konferencję prasową pod hasłem: odebrać Kuroniowi Order Orła Białego.

Albo tak: zbiera się komisja sejmowa ds. banków, a Szymon Pawłowski z LPR już na pierwszym posiedzeniu wnosi o wezwanie Leszka Balcerowicza do zrzeczenia się funkcji prezesa NBP. Równie dobrze mógłby się domagać dla prezesa NBP kary śmierci. Też znalazła się wśród postulatów Ligi Polskich Rodzin obok żądania unieważnienia „najbardziej skandalicznych” prywatyzacji, rozliczenia majątków organizacji działających w PRL, wpisania ochrony życia poczętego do konstytucji, wprowadzenia lekcji patriotyzmu, oddzielenia historii Polski od historii powszechnej, abolicji dla maturzystów, obowiązkowych mundurków dla uczniów.

Odkąd Liga weszła do koalicji z PiS, jej lider wicepremier Roman Giertych tryska pomysłami. Przy czym im bardziej się stara, im więcej wysiłku wkłada, tym ma gorsze rezultaty. Liczby są bezlitosne: w 2005 r. LPR weszła do parlamentu osiągając 8 proc. poparcia. Dziś sondaże dają jej 3 proc., co oznacza, że w razie wcześniejszych wyborów nie wejdzie do parlamentu.

Utworzenie koalicji nie powstrzymało odpływu patriotyczno-katolickiego elektoratu do PiS. Wystarczyło, by partia braci Kaczyńskich odcięła się od liberałów, wzbogaciła ofertę wyborczą o obronę wartości rodzinnych i uzyskała poparcie o. Tadeusza Rydzyka, dyrektora Radia Maryja, by to ona stała się faworytem wyszydzanego przez elity, ale jakże zdyscyplinowanego moherowego elektoratu. PiS jest partią silniejszą, dominującą, stąd większa gwarancja, że wywiąże się ze składanych obietnic.

Pełna wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".

Polityka 37/2006

Poczet rewanżystów

Jak mizerne byłoby wychowanie trzech powojennych pokoleń Polaków bez zachodnioniemieckich rewanżystów. Od pół wieku używamy tych samych słów, mobilizujemy te same emocje i nawet nie zauważyliśmy, że przeciągamy w nieskończoność bitwę już tylko ze swymi własnymi zmorami.

 Adam Krzemiński

Dziś straszy Erika Steinbach. W latach 50. straszył rewizją granicy na Odrze i Nysie kostyczny kanclerz Adenauer w płaszczu krzyżackim. A w latach 60. minister ds. wypędzonych Theodor Oberländer z batalionu Nachtigall. Potem Herbert Hupka i Herbert Czaja.

Zmarłego przed kilkunastoma dniami Herberta Hupkę, przewodniczącego Ziomkostwa Ślązaków, po raz pierwszy zobaczyłem na żywo w 1985 r., i to z daleka. Z podium w hanowerskiej hali targowej sprawnie dyrygował zebranymi na zlocie, który peerelowskie media doprowadzał do białej gorączki: Śląsk pozostanie nasz. Hupka wprowadzał poczet sztandarowy. Witał prominentów. A gdy do hali wchodził gość honorowy, Helmut Kohl, na znak Hupki tysiące gardeł wyśpiewało hymn: „Znów się zobaczymy mój śląski kraju. Znów się zobaczymy na odrzanej plaży...”. Ciarki mogły przejść po plecach... 

Ale rozmowy ze Schlesierami przy długich stołach z nazwami miejscowości były wzruszające:

– Pan także zna Wałbrzych, Jedlinę, Głuszycę...!? Byłem niedawno, szkoda, że kościół ewangelicki, w którym byłem konfirmowany, grozi zawaleniem. Powinniśmy go razem odrestaurować! 

Te rozmowy, a także publiczny sparing niemieckich polityków z wypędzonymi – w tym również Gerharda Schrödera – dodały mi i Danielowi Passentowi odwagi. Przyjęliśmy zaproszenie do telewizyjnej debaty z przedstawicielami związku Schlesierów. Daniel postawił tylko jeden warunek. Nie rozmawiamy pod planszą z granicami z 1937 r. Zostały zamazane... Sama dyskusja była łatwiejsza, niż sądziliśmy. Nie spieraliśmy się o granice, tylko o to, czy i co możemy razem zrobić dla Śląska...

Potem w 1991 r. Hupka nieoczekiwanie zadzwonił do mnie z warszawskiego Marriotta i poprosił o spotkanie. Był pod wrażeniem wizyty w rodzinnym Raciborzu i prosił o radę, co obejrzeć w Warszawie, bo chce poznać także stolicę państwa, w którym jest Dolny Śląsk, o który teraz będziemy mogli razem zadbać... 

W pewnym momencie zapytałem: – Niech mi pan powie, do kiedy pan tak naprawdę miał nadzieję na zmianę granicy na Odrze i Nysie? – Do końca. Do uznania jej przez zjednoczone Niemcy – odpowiedział bez namysłu. – Ale teraz jest zupełnie nowa sytuacja.

Pełna wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".

Polityka 37/2006

Tęsknota za solidarnością

W latach 1954–1956, po zamknięciu prawdziwego „Tygodnika Powszechnego”, byłem małym dzieckiem, przypominam sobie jednak bardzo wiele.

 Ludwik Stomma

W domu była bieda, mieszkaliśmy w sześć osób w dwóch sublokatorskich pokojach, chodziliśmy z siostrą w połatanych ubrankach najczęściej dostarczonych z parafii, kaszka owsiana na okrągło. Mama była bez pracy, ojciec dostał wreszcie, po siedmiu miesiącach całkowitego bezrobocia i dalszych ośmiu prowizorki, jakąś możliwość minimalnego, ale stałego zarobkowania w Muzeum Narodowym w Krakowie. Czy na pewno stałego? Pozwolę sobie przytoczyć in extenso list zwiastujący tę szczęśliwą nowinę: „Kraków dnia 1 lipca 1954 r. – Ob. dr Stanisław Stomma – Przydzielam obywatela TYMCZASOWO (wytłuszczenie w oryginale) do Biblioteki w Oddziale Zbiory Czartoryskich z dniem 1 lipca. – Dyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie”.

Czy zrozumieją dzisiaj prokuratorzy (bo przecież od dawna już nie historycy) z IPN, że płacąc wprawdzie słowem „tymczasowo” mającym oczywiście stanowić osłonę decyzji przed władzami, dawał dyrektor prof. Tadeusz Dobrowolski przykład ludzkiej solidarności i... odwagi cywilnej? Ale wróćmy od wydarzeń świątecznych do życia codziennego. Właśnie w warunkach niedostatku i zagrożenia, którego dzieci nie rozumiały, ale jakoś odczuwały, pamięć przechowuje mnóstwo radości, jak ja na przykład ową kajzerkę z szynką (sic! z szynką!), którą dostałem od jednego z graczy Wisły, kiedy dostawszy się na stadion przy Reymonta przez dziurę w płocie przyglądałem się treningowi. Był to pierwszy w moim życiu świadomy kęs szynki. Ale były też rzeczy nawet od szynki ważniejsze.

W wywiadzie udzielonym do drugoobiegowej książki Jacka Żakowskiego „Anatomia smaku, czyli o losach »Tygodnika Powszechnego« 1953–1956”, Lublin 1986, opowiadał mój ojciec o losach redakcji: „Wszyscy klepaliśmy biedę i wszyscy ledwie mogliśmy uzbierać na swoje utrzymanie. Natomiast muszę bardzo mocno podkreślić bardzo miłe i serdeczne więzi, jakie nas wszystkich wówczas łączyły. Oboje z żoną wielokrotnie wspominaliśmy tamte czasy jako najładniejsze w naszym życiu. Nie było żadnego niepokoju, nie było niespokojnej działalności politycznej. Była bliska przyjaźń zżytych ze sobą i absolutnie ufających sobie ludzi.

Na przykład z Gołubiewami tworzyliśmy niemal jedną rodzinę. Żony nasze zarabiały robiąc wspólnie zabawki choinkowe. Pomagał im także Gołubiew, który zdaje się wymyślał wzory. Stanowiliśmy prawdziwy kolektyw. Pod tym względem był to okres wspaniały – okres solidarności, przyjaźni, zupełnej pewności siebie i pewności, że wybraliśmy słuszną drogę, że właśnie tak należało postąpić, że trzeba było zamilknąć”.

Pełna wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".

Polityka 37/2006

Jak to się robi w mediach

Jak przeprowadzić radiową bądź telewizyjną dyskusję polityków, tak aby odbiła się ona szerokim echem?

Najpierw wybieramy temat. Nie może on być ważny ani trudny, bo wówczas byłby nudny. Powinien być niszowy, z gatunku nierozwiązywalnych, a więc na przykład palenie w miejscach publicznych, aborcja, kara śmierci itp. Większości widzów to nie obchodzi, ale wielu lubi popatrzeć, jak dyskutanci skaczą sobie do gardeł, obrzucają się błotem i używają demagogicznych chwytów.

Następnie starannie dobieramy rozmówców. Muszą to być postaci tzw. kontrowersyjne, które wryły się w pamięć widzów niezwykłymi czynami lub wypowiedziami. Dyskutanci powinni być z diametralnie różnych opcji politycznych, gdyż gwarantuje to niemożność osiągnięcia jakiegokolwiek consensusu. Sugerowane pary: Jacek Kurski–Stefan Niesiołowski, Robert Strąk–Joanna Senyszyn, Wojciech Wierzejski–Ryszard Kalisz.

Rozmówców wpuszczamy do studia i już pierwszym pytaniem prowokujemy. Uwaga: prowadzący dyskusję powinien prowokować umiejętnie, tak aby nie dostrzegli tego mniej wyrobieni widzowie. Gdyby rozmowa schodziła na bardziej zasadnicze, poważniejsze tory, prowadzący musi ją skierować na właściwe. Na przykład: „Nieomal nazwano tu pana nieukiem, co pan na to?”. Tak umiejętnie zadane pytanie z pewnością przekształci dyskusję w pyskówkę. A jeśli puszczą komuś nerwy, to awanturę mamy gwarantowaną. Gdyby doszło do oblania przeciwnika wodą mineralną (zawsze pamiętamy, żeby postawić pełne szklanki przed dyskutantami), mamy sukces. Gdy do rękoczynów – pełny sukces. Wówczas pokazują nasz program w innych telewizjach, puszczają w rozgłośniach, cytują w gazetach. Rośnie nasza oglądalność, a za nią ceny reklam przed, w trakcie i po naszym programie. Miłego odbioru.  

Pełna wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".

Polityka 37/2006

Dyzma, Zgredek i spółka

Przedwojenna zabawa, przypomniana po latach przez Hemara: kiedy na horyzoncie kawiarni pojawiał się kolejny amator półczarnej i plot z towarzyskiej giełdy, wysiadywacze stolika na górce w Ziemiańskiej – Tuwim, Lechoń, Słonimski, Boy, Wieniawa – zastanawiali się: kto go napisał?

 Ryszard Marek Groński

Zasadą tej gry była bowiem pewność, że każdy, absolutnie każdy jest postacią mającą swojego autora. Zabłąkanego między stolikami krewkiego, kto go napisał? Ano, pewnie Sienkiewicz. Kanapowego babiszona – Zapolska. Rozdartego jak sosna młodzieńca w poszukiwaniu ideałów – Żeromski. Damulkę ze sfer – Nałkowska. Generała podzwaniającego orderami – Kaden-Bandrowski... No dobrze, a gdyby przenieść tę zabawę w dzisiejsze czasy, czy miałaby sens? Ile to razy, oglądając desant pań i panów za pośrednictwem mediów wkraczających do naszych domów, zastanawiamy się: komu mamy do zawdzięczenia tę rewię typów, kłębowisko charakterów, póz, zadęć, min, grymasów i prychnięć. Kto ich, na Boga, napisał, wprowadził w świat, kto im dał życie?

– Chciałbym wiedzieć – pyta pacjent. – Czy ja będę żył?
– Chory, chory, a już myśli o kłopotach! – odzywa się w anegdotce pan doktor.

Rzeczywiście, co postać, to kłopot dla spanikowanych oglądaczy, szepczących cichutko: Autor! Autor!

Kto napisał Antoniego Macierewicza? Wiele wskazuje na to, że Gogol. Macierewicz to przecież Nos na służbie, Nos tropiący, Nos wyczulony na zapach butwiejących papierów. W opowiadaniu Gogola Nos oderwał się od swego nosiciela, wybrał samodzielny wariant kariery, został radcą stanu. 

Antoni M. wyżej zamierzył: jest wiceministrem specjalnej troski. Nie do ruszenia bez względu na to, co powie, jakim skrótem myślowym się posłuży, kogo oskarży o wysługiwanie się ruskiej agenturze. W naszym rajskim ogródeczku musi być taki Strach na ruble, musi funkcjonować Nos obdarzony węchem, Nos niezawodny, Nos pomny przestrogi: stań przy władzy, będą ci się kłaniać. Nawet Gogol na jego widok ponownie spaliłby rękopisy, ogarnięty strachem, że wykreowana postać, literacka figura – ożyła.

Bawmy się dalej, zabawa wciąga jak borowina. Kto napisał panią Annę Fotygę? Nareszcie ministra spraw zagranicznych: wiadomo już, że jej poprzednicy kierowali raczej ministerstwem sprawców zagranicznych – sprawców naszych porażek. Odpowiedź jest prosta: otoczoną złymi ludźmi, uważającymi jej awans za mezalians, tkliwie wpatrującą się w oczy obiektu swoich uczuć Fotygę napisała Mniszkówna.

Pełna wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".

Polityka 37/2006

Polityka i obyczaje

Trzej młodzi wrocławianie, którzy podczas manifestacji przeciw ministrowi Romanowi Giertychowi nieśli transparent z hasłem „K... mać!”, staną przed sądem. Doniesienie o popełnieniu przestępstwa złożył oburzony przechodzień. 

Grzegorz Rak, jeden z pozwanych, powiedział „Gazecie Wrocławskiej”: „Nie znam innego słowa, którym mógłbym dokładniej wyrazić to, co myślę o sytuacji w naszym kraju. »Kurde« nie wystarczy”.


Firma odzieżowa House uczyniła Romana Giertycha bohaterem nowej akcji promocyjnej. 

W witrynach swych sklepów wywiesiła plakaty odwołujące się do słynnej amnestii dla maturzystów: „Reguła Romka: 1+1=3, Kup spodnie i bluzę, a dostaniesz za friko plecak albo buty. Spiesz się, bo minister daje, a jak się rozmyśli, zacznie odbierać”.


W „Dzienniku” całkiem poważna rozmowa z pierwszoklasistą, który w przyszłości chce zostać piłkarzem i grać dla Polski. „To znaczy, że jesteś patriotą?” – pyta dziennikarka. „A kto to jest patriota?” – pyta uczeń. „Ktoś, kto bardzo kocha swoją ojczyznę”. „To jestem patriotą, kocham Polskę. Polska jest fajna”. „Chcesz się uczyć wychowania patriotycznego, tego, jak kochać Polskę?”. „Ale ja już wiem. Oglądałem »Potop«, o Kmicicu. On na pewno był patriotą”.

Pełna wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".

Polityka. Niezbędnik Inteligenta 25/2006

Pochwała namiętnej różnicy.   Politologia. Jak ocalić demokrację?

Chantal Mouffe, teoretyk polityki z Londyńskiego University of Westminster w rozmowie z Jackiem Żakowskim odpowiada na pytania: • Na czym polega błąd tradycyjnych elit politycznych? • Dlaczego nie warto potępiać populistów? • Jak rozbudzić w elektoracie namiętności? • Po co liberałom naród? • Słowem: Jak ocalić liberalną demokrację?

 Jacek Żakowski

– Piętnaście lat temu powszechnie wierzono, że triumf liberalnej demokracji jest ostateczny i nieodwołalny. Dziś równie powszechnie stawia się pytanie, dlaczego ten projekt zawiódł. Ma pani odpowiedź?

Chantal Mouffe: – W każdym kraju ludzie narzekają na trochę co innego. We Francji i w Austrii głównym problemem stała się imigracja. W Niemczech, w Polsce i w Anglii ograniczanie zabezpieczeń socjalnych. We Włoszech monopolizacja mediów przez Berlusconiego. W USA znikanie dobrych miejsc pracy wypłukiwanych przez globalizację. W Rosji i Ameryce Łacińskiej – gwałtownie rosnące rozwarstwienie...

Ale wszędzie kwestionuje się system.

Bo źródłem problemów jest jego ewolucja. Liberalna demokracja, która w drugiej połowie XX w. przeżyła wielki triumf, ma w sobie nieusuwalne napięcie. Z jednej strony idea liberalna – rządy prawa, parlamentaryzm, pluralizm, indywidualizm. A z drugiej idea demokratyczna – suwerenność ludu i władza większości. To jest w praktyce trudna kombinacja. Carl Schmitt, wybitny niemiecki teoretyk, który stworzył intelektualne podstawy porządku faszystowskiego, udowadniał nawet, że liberalno-demokratyczny projekt jest wewnętrznie sprzeczny i nie może się udać. Brutalnie mówiąc: jeśli większość rządzi, to dlaczego ma się ona samoograniczać uznając konstytucję, wyroki wydawane przez sędziów i prawa mniejszości?

Pełna wersja artykułu dostępna w ARCHIWUM "Polityki".

Polityka. Niezbędnik Inteligenta 25/2006

Ropa – wszystkich nas ostrzegano.   Świat. Widmo klęski paliwowej

To, że niepohamowany apetyt na ropę zagraża przyszłości naszej cywilizacji, powoli dociera do powszechnej świadomości. Ale przepaść między poczuciem zagrożenia i działaniami, aby mu zapobiec, pozostaje wciąż ogromna. Ostatnio odrobinę się skurczyła, bo ropa blisko dwukrotnie podrożała (z 35 dol. za baryłkę latem 2004 r. do 70 dol.), a jej główni dostawcy wydają się bardziej niż kiedyś nieobliczalni. Są zaś cztery poważne powody, by kategorycznie ograniczyć zużycie tego surowca.

 Andrzej Lubowski

Wrzesień 2009 r. Steve, huragan kategorii 5, uderza w Houston. Ofiary w ludziach niewielkie, ale ogromne spustoszenie w infrastrukturze. Zniszczone rafinerie, zbiorniki paliw i platformy wiertnicze u wybrzeża Zatoki Meksykańskiej. W najlepszym wypadku miną miesiące, zanim Houston, gdzie przetwarza się jedną czwartą amerykańskiej ropy, stanie na nogi. Ceny benzyny idą ostro w górę. W wielu miastach ustawiają się kolejki przed stacjami benzynowymi. Zaczyna jej brakować. Stacje telewizyjne na całym świecie pokazują obrazki z Teksasu. Od ekranów nie mogą oderwać oczu terroryści z Al-Kaidy. Czekali cierpliwie na ten moment od września 2005 r., od huraganu Katrina.

26 września 2009 r. W Arabii Saudyjskiej życie toczy się normalnie. Największy na świecie producent ropy naftowej pompuje dziennie 10 mln baryłek. Większość ropy Królestwa wędruje z Abqaiq do rafinerii w Ras Tanura. Abqaiq to małe miasto na pustyni, gdzie odbywa się wstępna obróbka ropy, aby uczynić ją bezpieczniejszą do transportu tankowcami. To Abqaiq był celem nieudanego ataku Al-Kaidy 24 lutego 2006 r.

Godz. 12.45. Kontrolerzy ruchu lotniczego przechwytują rozpaczliwy sygnał od pasażera samolotu lecącego z Teheranu do Rijadu. Zanim zdołali odpowiedzieć, połączenie jest przerwane. Samolot znika z ekranu radaru.

O 13.04 arabski kanał telewizyjny informuje o masowej eksplozji w Abqaiq. W odstępie kilku minut pojawiają się wiadomości o ataku na dwa największe terminale eksportu ropy z Arabii Saudyjskiej w Ras Tanura i Yanbu u wybrzeża Morza Czerwonego.

Wygląda to na robotę Al-Kaidy, powtórkę 11 września. Eksperci spekulują, że ok. 7 mln baryłek ropy dziennie, czyli 8 proc. światowego zużycia, będzie wyeliminowane na co najmniej sześć miesięcy. Ale nikt nie wie na pewno.

Rynki naftowe ogarnia chaos. Cena baryłki sięga 150 dol. Fachowcy szacują, że cena benzyny podskoczy do 7 dol. za galon w USA i do 10 w Europie. Przywódcy polityczni i gospodarczy na całym świecie obawiają się najgorszego.

To scenariusz, wokół którego CNN zbudowała program pt. „Ostrzegano nas”, emitowany w Stanach 18 marca 2006 r. Powstał z udziałem byłego szefa CIA, prezesa British Petroleum, wiceprezesa General Motors i masy ekspertów. Mathew Simmons, analityk naftowy i autor świeżo wydanej książki „Twilight in the Dessert” (Zmierzch na Pustyni – o zasobach Arabii Saudyjskiej i jej przesadnie różowych prognozach wydobycia), twierdzi, że rzeczywistość może być znacznie bardziej ponura. Jak ponura? Simmons ociąga się z odpowiedzią. Seria wojen o dostęp do ropy między sąsiadującymi ze sobą miastami, a w końcu między państwami. Krótko mówiąc – totalny chaos.

Pełna wersja artykułu dostępna w ARCHIWUM "Polityki".

Kapitalizm – system idealny?

Data: 25-10-2003 o godz. 17:52:55
Dział: Gospodarka

Uwaga wstępna: Artykuł nie powinien być traktowany jako totalna krytyka kapitalizmu w ogóle (choć tak może być on odebrany po pierwszym przeczytaniu), a raczej jako wypunktowanie jego licznych wad i apel humanisty o zreformowanie tego systemu w kierunku stworzenia „kapitalizmu z ludzką twarzą” w duchu uznania człowieka (w szerokim tego słowa rozumieniu) za wartość najwyższą. *

Kapitalizm – system, w którym najważniejszy jest pieniądz i to on sprawuje niepodzielną władzę. Tu liczy się tylko ten, kto pieniądzem dysponuje i w praktyce to kapitalista posiada pełnię władzy. Na 6 miliardów ludzi na świecie tylko 70 milionów posiada majątki przekraczające 1 milion dolarów, czyli grupa „nadludzi” stanowi niewiele ponad 1% populacji i skupia w swoich rękach większy majątek niż pozostała część razem wzięta. Wystarczy tu wspomnieć choćby o najbogatszym człowieku świata Billu Gatesie, którego majątek szacuje się na 30 miliardów dolarów (sic!) – dla porównania: polska dziura budżetowa to „skromne” 10 miliardów dolarów.

System, w którym władza należy do posiadaczy i pieniądz dyktuje warunki (często sprzeczne z etyką czy moralnością) jest bardzo niebezpiecznym systemem. Świat dzieli się na części „A” i „B”: część „A” staje się tym lepszym światem – zarezerwowanym dla milionerów i miliarderów, natomiast część „B” to świat ludzi „wykluczonych”, którzy raczej wegetują, niż żyją.

Chęć maksymalizacji zysków prowadzić musi producentów do cięcia kosztów produkcji. Do tego celu prowadzą dwie drogi: zastosowanie tańszych (gorszych) materiałów lub ograniczenie zatrudnienia (zwolnienia) – najczęściej korzysta się z obu mechanizmów równocześnie. Na tym polu mistrzostwo osiągnęły ponadnarodowe korporacje.

Dla Adama Smitha – twórcy jednej z najsłynniejszych przenośni: „niewidzialna ręka rynku” – punktem wyjścia w jego teorii praw rynku była koncepcja „homo oeconomicus” – człowieka ekonomicznego, który w swoim postępowaniu jest egoistą i dąży do maksymalizacji korzyści ekonomicznych. Uważał on ponadto, że tylko w warunkach wolnej konkurencji rynkowej społeczeństwo uzyskuje możliwość harmonijnego oraz pełnego rozwoju (1). Harmonijnego? Czy aby na pewno?!

System kapitalistyczny ze swojej natury jest „skazany” na powstawanie monopoli. Bogaty staje się jeszcze bogatszy, a biedny biednieje, duży może więcej – te hasła wyjaśniają w najprostszy sposób, dlaczego tak się dzieje. Bogate ogromne koncerny spychają ze sceny „wolnego rynku” (o którym jeszcze w dalszej części artykułu) mniejsze firmy, które nie mają w praktyce szans na zaistnienie. W przypadku, gdy jakaś mała firma ma zamiar wprowadzić na rynek jakąś innowację, która mogłaby pozbawić giganta dominującej pozycji na rynku, jest zazwyczaj przez niego „wchłaniana”, co daje podwójne korzyści: likwidacja konkurenta i przeciągnięcie jego potencjału intelektualnego na swoją stronę – liczne takie praktyki ma na swoim koncie na przykład Microsoft.

Tak: „drenaż mózgów”, czyli przyciąganie wykwalifikowanej kadry z krajów biednych (najczęściej Trzeciego Świata) do krajów bogatych, to w istocie mechanizm stosowany przez międzynarodowe koncerny i korporacje, a nie przez rządy i polityków.

W dzisiejszym świecie władza państwowa traci coraz więcej swoich uprawnień i kompetencji na rzecz międzynarodowego biznesu – to bardzo złe zjawisko, bo prowadzi do marginalizacji norm prawnych i stawania ponad prawem. W praktyce oznaczać to może kształtowanie prawa w interesie wąskiej grupy ludzi – wspomnieć można tu na przykład o aferze Rywingate.

Coraz większa międzynarodowa niechęć do Stanów Zjednoczonych jest w istocie niechęcią do „krwiożerczego” (często niestety dosłownie) kapitalizmu – z czego bardzo często krytycy polityki USA nie zdają sobie nawet sprawy! Zadajmy sobie na przykład pytanie o ostatnią wojnę w Iraku: jakie było jej podłoże? Czy nie ekonomiczne przypadkiem? Dolina Krzemowa, F-16, Hollywood, McDonald’s, Wall Street – to symbole USA… ale także symbole kapitalizmu właśnie. Ilość pieniądza w obiegu jest stała: jeśli ktoś ma go więcej, to ktoś inny musi mieć go mniej – ta zasada działa w skali mikro, mezo i makro.

W samych Stanach Zjednoczonych 10% obywateli dysponuje 80% amerykańskiego majątku i to oni kreują politykę wewnętrzną i zewnętrzną tego jedynego supermocarstwa. Obie partie: Demokraci i Republikanie – niewiele się między sobą różnią, obie działają w interesie tej 10-procentowej mniejszości. Czy to w ogóle można nazywać jeszcze ustrojem demokratycznym?! Pomimo tego w USA rośnie zadłużenie państwa, występuje ogromny deficyt w handlu zagranicznym, istnieje też wysokie zadłużenie gospodarstw domowych. (2)

Jak wynika z raportu Uniwersytetu w Berkley (przedstawionego kilka lat temu) w roku 2045 będzie w świecie 80% bezrobotnych i 20% zatrudnionych (3). Według autora tekstu, z którego zaczerpnąłem te dane, „nie jest to nieszczęście, bo 20% zatrudnionych w nowoczesnych procesach wytwórczych utrzyma na godziwym poziomie 80% społeczeństwa”. Bogaci nie mają jednak zwyczaju dzielić się z innymi swoim majątkiem, a poza tym człowiek pozbawiony pracy ulega degeneracji i często „schodzi na złą drogę”, bo praca to nie tylko źródło zarobkowania, ale także sens życia – o czym zresztą sam autor wspomina w dalszej części swojego atykułu.

Ekonomia uczy nas, że potrzeby ludzkie są nieograniczone, a zasoby, którymi dysponuje ludzkość, są ograniczone. Nie jest to do końca prawdą, bo z wyliczeń ekspertów wynika na przykład, że gdyby całą istniejącą na świecie żywność podzielić pomiędzy wszystkich ludzi, starczyłoby dla każdego i zostałaby nawet niewielka nadwyżka (sic!). Inna sprawa, że oczywiście ludzi na świecie jest za dużo, aby każdy mógł żyć w dostatku: im mniej ludzi, tym więcej dóbr zostaje do podziału – to jednak temat na odrębny artykuł.

Prawo podaży i popytu sypie się, kiedy mamy do czynienia z tragedią. Przykładem może być tu trzęsienie ziemi w Los Angeles w 1994 roku, po którym to sklepy podniosły ceny na artykuły pierwszej potrzeby (woda, baterie, pieluchy), co wywołało powszechne oburzenie wśród amerykańskiego społeczeństwa i zmianę w prawie, które zabroniło kupcom podnoszenia o ponad 10% cen towarów i usług niezbędnych do życia w czasie obowiązywania stanu klęski żywiołowej. Kongres stara się też powstrzymać gwałtowny wzrost cen opieki zdrowotnej i leków. Czyżby obywatele USA i członkowie Kongresu zapomnieli o „niewidzialnej ręce rynku”?! (4)

Podobnie jest w przypadku prawa patentowego – za nieetyczne powszechnie uznaje się w USA praktyki patentowania technik chirurgicznych i terapii medycznych. Stanowi to także hamulec postępu medycznego. (5)

„Blisko połowa dorosłych Amerykanów zapytana w badaniu przeprowadzonym przez Hearts Corporation w 1987 r. uznała, że aforyzm Karola Marksa ‘Od każdego według zdolności, każdemu według potrzeb’ jest cytatem z Konstytucji Stanów Zjednoczonych” - jak czytamy w książce „Państwo zła” Williama Bluma w rozdziale zatytułowanym „Stany Zjednoczone napadają, bombardują, zabijają w jego imię… ale czy Amerykanie wierzą jeszcze w wolny rynek?”

Spójrzmy na koniec na własne, polskie podwórko…

Kiedy w Polsce ustrój zwany „realnym socjalizmem” chylił się ku upadkowi, wszyscy byli zgodni co do jednego: nowy ustrój oparty ma być na demokracji. Czy jednak była podobna zgoda, co do systemu ekonomicznego? Absolutnie nie! „Dlaczego wzorem stał się daleki od polskiej tradycji model anglosaski? Nie można tego zjawiska tłumaczyć ‘pułapką zadłużenia’, czy naciskami Amerykanów (włączając w to obie międzynarodowe instytucje finansowe z Bretton Woods), skoro z trzech wariantów przedstawionych przez ekspertów MFW rząd polski jednomyślnie wybrał najostrzejszy, najdalej z nich idący.” Skutkiem tego jest co prawda wzrost PKB od 1990 roku o połowę, ale także to, że liczba rodzin żyjących poniżej minimum socjalnego wzrosła w tym czasie dwu-i-pół, trzykrotnie oraz drastyczne zmniejszenie zatrudnienia (w samym przemyśle z 4,7 miliona do 2,8 mln.). Bezrobotni liczą ponad 1/5 siły roboczej kraju, a 84% zarejestrowanych w majestacie prawa nie otrzymuje zasiłku! (6)

Czy Polacy chcieli przyjąć właśnie taką wersję kapitalizmu? Czy ktoś ich (nas) o to zapytał?

…nie.


* - Niestety nie da się całkowicie wyeliminować (przynajmniej w czasach nam współczesnych) kapitalizmu. Jak dotąd jest to bowiem system, który najsprawniej radzi sobie z redystrybucją dóbr (często niesprawiedliwie, ale sprawnie) i nic nie wskazuje na to, by chylił się ku upadkowi.

Przypisy:

1) – David Begg „Mikroekonomia” (tom I), rodz. I
2) – „Kto jest dzisiaj w stanie konkurować z USA”, „Forum”, nr 40 (6.10 – 12.10.2003)
3) – Józef Oleksy „Edukacja i Unia Europejska”, „Forum Klubowe” – nr 11(3)/2003
4) – William Blum „Państwo zła” - rozdz. 26, Warszawa 2003
5) – jak wyżej
6) – Tadeusz Kowalik „Polska transformacja a lewica”, „Forum Klubowe” – nr 12(4)/2003

Pizzer, 19-20.10.2003

Czarny czwartek (z blogu Adama Szostkiewicza)

Czarny czwartek: prof. Majchrowski, prezydent Krakowa, mówi przed kamerami: tak zaczyna się faszyzm. Chodzi mu o metody walki politycznej - zbieranie “kwitów”, podejrzenie o podsłuch. Majchrowski chce się ubiegać o drugą kadencję. Twierdzi, że szef policji w Małopolsce musiał odejść, bo nie chciał się zgodzić na założenie podsłuchu Majchrowskiemu.

W “Co z tą Polską” prof. Balcerowicz mówi o “bolszewickiej szczerości” w kontekście komisji śledczej bankowej, która ze względu na wybory samorządowe nie będzie na razie wzywała świadków kandydatów w tych wyborach, bo to mogłoby im zaszkodzić. Co do sedna sprawy, można oczywiście dyskutować - o początkach faszyzmu, o dymisji gen. Rapackiego, o naturze i składzie komisji Zawiszy (ciekawe, co miłośnicy literackiego Zawiszy i harcerze myślą o pośle PiS? - czy są mu wdzięczni, że pisze ten nowy rozdział w historii “kultowego” nazwiska?). Poruszyło mnie, że tak ostre słowa padają publicznie, w mediach, więc idą w Polskę i świat. Co po nich zostaje?

Balcerowicz wypadł u Lisa znakomicie, każdego kolejnego jasnego i mocnego zdania Balcerowicza publika w studio słuchała coraz uważniej, w coraz głębszym skupieniu. Nawet ci, którzy wcześniej bili brawo Arturowi Zawiszy. Może coś do nich dotarło, ale co?   


Wpis “Czarny czwartek” skomentowano 7 razy

  1. KrzysztofK pisze:

    To mój pierwszy wpis tutaj - witam wszystkich serdecznie ;-)

    To pytanie czy to JUŻ faszyzm pojawia się ostatnio coraz częściej i jak dotychczas wszystkie autorytety uspokajały, że jednak nie, że nazywanie obecnej rewolucji faszystowską byłoby znaczną przesadą… Ja jednak boję się, że faszyzm widać już na horyzoncie. W końcu Hitler też nie dochodził do władzy pod hasłem exterminacji Żydów, on jedynie WSKAZYWAŁ układ winny upokarzającej sytuacji PRAWDZIWYCH Niemców.

    A to już brzmi bardzo znajomo, nieprawdaż…

    W każdym razie mam wrażenie, że już wiem, jak czuli się Niemcy w latach trzydziestych, kiedy wokół dokonywały się szalone, niesprawiedliwe, brutalne zmiany. Nigdy nie sądziłem, że będę świadkiem takiego amoku, jakiegoś zbiorowego samobójstwa społecznego całego narodu…

    Pozdrawiam wszystkich

  2. Wojtek z Przytoka pisze:

    Panie Adamie
    Kończy Pan felieton pisząc o publice:”Może coś do nich dotarło, ale co?”. Oto moje czwartkowe refleksje.Wracałem na swą wieś autobusem.Obok mnie siedziała emerytowana nauczycielka.Czytałem gazetę,ona zerknęła na zdjęcie Zawiszy i mówi do mnie:”Jak tak można kobietę(P.Balcerowicz) obrażać?Co za chamstwo,to damscy bokserzy są.Co za agresywność i zajadłość.Patrzeć na to nie mogłam!”Później opowiadała mi jak ciężko jej się żyje za nauczycielską emeryturę,że jej smutno bo dzieci wyemigrowały itp.W końcu się zamyśliła i na koniec mówi:”Naobiecywali i co z tego wyszło?Cała nadzieja w Ziobrze”Osłupiałem i pytam o co z tym Ziobro chodzi.A ona na to:”Jak to co?Przecież obiecał majątki pozabierać,te luksusowe domy,samochody, telewizory i ludziom rozdać.Może się wtedy biednemu narodowi poprawi”.Tak to już jest z publiką-na dręczenie Balcerowiczowej przez śledczą komisję patrzeć nie może i rozczula się nad biedną kobietą.Ale gdyby tak Balcerowiczową z własnego domu na bruk wyeksmitować i rozdać jej majątek to nie byłoby przebacz.Swoją drogą to frapujący dualizm psychiki narodowej.Ciekawe co wygra-rzewne współczucie czy bezwględna chciwość?

  3. Zbyszek pisze:

    Przecież Balcerowicz , Majchrowski i inni to “łże-elity”, “wykształciuchy”. Tak twierdzą najwięksi PIS dlaczego pomniejsze czorty (nie mylić z Rokitą) mają mówić inaczej? Wodzuś powiedział i już nie trzeba myśleć tylko wypowiadać wodzusia prawdy a awans juz czeka.

  4. Bernard pisze:

    A co przed wyborami mogliby powiedzieć samorządowcy ze Starachowic, albo Opola - nagonka polityczna. Z Majchrowskim radziłbym ostrożnie. Póki co to jedynym przedstawionym “dowodem” jest artykuł Czuchnowskiego w GW (który słynie z manipulacji i delikatnie mówiąc mijania się z prawdą). Niech Gazeta dotrze do Rapackiego i jeżeli potwierdzi to Rapacki, to zgoda. Gdy Majchrowski (SLD) mówi o faszyzmie to pewnie wie co mówi - ostatecznie komuniści i faszyści różnili się tylko stosunkiem do własności prywatnej i stosunkiem do członków swojego narodu. Poza tym byli tak samo zbrodniczy.

    Balcerowicz “bolszewicka szczerość” - cóż stary wykładowca marksizmu na MarLenie zapewne sporo wie o bolszewickiej szczerości. Szanuję Balcerowicza za niepodawanie się naciskom (np. Kołodki) i trzymanie w ryzach złotówki, ale Balcerowicz nie jest świętą krową. Jest wezwanie - powinien się stawić. To jest dopiero psucie państwa ? zachęcanie do łamania prawa (nie słyszałem o żadnym poważnym prawniku, który powiedziałby, że Balcerowicz nie powinien się stawiać). Oczywiście uważam, że problem konfliktu interesów jest marginalny i znacznie ciekawszy byłby temat prywatyzacji BG.

    Lis robił za podstawkę mikrofonu, więc byłoby dziwne gdyby Balcerowicz wypadł fatalnie. Proszę powiedzieć Panie Adamie, jak ocenia Pan postawę Lista w rozmowie z Zawiszą - czy tak wygląda dziennikarska rzetelność? Ja zresztą uważam, że w starciu z komisją Balcerowicz wypadłby dobrze, gurując inteleektualnie i merytorycznie nad posłami. Co prawda konflikt interesów jest oczywisty, ale od konfliktu do udowodnienia korupcji droga daleka i nie sądzę, żeby ktokolwiek mógł cokolwiek Balcerowiczowi udowodnić.

    Myślę, że Majchrowski i Balcerowicz to zasłona dymna - prawdziwie ciekawe rzeczy to afera z Kwaśniewskim i Millerem i Gudzowatym, ale to sprytnie zniknęło z głównych stron gazet. I Pan PAnie Adamie też nie poświęcił w swoim blogiu ani słowa.

  5. psew pisze:

    Z tym faszyzmem i bolszewizmem to bym nie przesadzał, bo gdyby tak było, to byśmy nie mogli tu dyskutować, a słowa Pana Majchrowskiego i Balcerowicza nigdy nie zostały by wyemitowane (w dusznej celi ciężko byłoby zainstalować kamerę telewizyjną), ale może to tylko etap w budowaniu IV RP. Przecież wszystkiego nie da się zrobić na raz.

    Obym się mylił…

  6. Geralt9 pisze:

    A jak ustosunkuje sie Pan do konferencji prasowej Ziobry? Nie bylo jej wczoraj? Wszystko wyjasnione w sprawie Majchrowskiego… Rozumiem nie pasuje do felietoniku o nazizmie i bolszewizmie. Ale niech pan obejzy konferencje moze cos dotrze. Ale co?

  7. Dawid pisze:

    Że są wykoszystywani przez ludzi, którym zaufali. Że ten Zawisza, ma identyczny chamski i cyniczny uśmieszek jak Leszek Miller czy Antoni Macierewicz. No i że nie warto posłowie z komisji śledczej nie mają żadnej wiedzy na temat finansów i gospodarki.
    pozdrawiam i zapraszam

Oriana Fallaci nie żyje

pi, PAP, IAR
2006-09-15, ostatnia aktualizacja 2006-09-15 11:49
Po długiej i ciężkiej chorobie w wieku 77 lat w klinice we Florencji zmarła w piątek nad ranem Oriana Fallaci, znana włoska dziennikarka i pisarka, która zasłynęła w ostatnich latach z ostrej krytyki islamu.
 
 Od wielu lat mieszkała w Nowym Jorku, ale gdy ostatnio stan jej zdrowia znacznie się pogorszył, przybyła do swego rodzinnego miasta we Włoszech.

Nic nie wiadomo o ostatnich chwilach życia Fallaci, gdyż najbliżsi poprosili o uszanowanie jej prywatności. Informację o tym, że w związku z gwałtownym postępem choroby nowotworowej, na którą cierpiała od lat, przewieziono ją do kliniki, utrzymywano do ostatniej chwili w tajemnicy.

Wiele włoskich stacji radiowych przerwało nadawanie programów, żeby poinformować o śmierci Oriany Fallaci. Włoska telewizja zapowiedziała na najbliższe godziny emisję specjalnych programów na jej temat.

Hołd Fallaci oddają włoscy politycy, zwracając uwagę na pasję, z jaką pełniła swą misję jako publicystka i pisarka.

Rodzina powiadomiła, że pogrzeb zmarłej będzie miał charakter ściśle prywatny. Kiedy się odbędzie - nie wiadomo.

Geremek: podziw i uznanie

Bronisław Geremek przypomniał, że Oriana Fallaci w latach 80. bardzo interesowała się Solidarnością i polską opozycją. Były działacz opozycji powiedział, że nie kryje swego podziwu i uznania dla Oriany Fallaci.

Geremek dodał jednak, że gdy w ostatnich latach Włoszka z ogromną pasją zaangażowała się w tropienie fundamentalizmu islamskiego, to pasja nienawiści brała w niej górę nad rozumną analizą. Według Bronisław Geremka, poglądy Fallaci były ostatnio wyrazem goryczy wobec ewolucji świata. Ale nie były wskazówką, jak odpowiadać na te nowe wyzwania. A - jak mówił Geremek - od tak znakomitej dziennikarki i pisarki politycznej można było oczekiwać odpowiedzi na fundamentalne pytania.

Wildstein: Jej postawa uczciwa i szczera

Prezes Telewizji Polskiej Bronisław Wildstein, który był gościem radiowej Trójki, przyznaje, że postawa Oriany Fallaci w ostatnim okresie życia była kontrowersyjna, ale jednocześnie uczciwa i szczera. "Ona nie chowała głowy w piasek, czasami wyostrzała pewne sądy, czasami może bywała niesprawiedliwa, ale pokazywała pewne realne kulturowe zagrożenia" - powiedział Bronisław Wildstein.

Bratkowski: Fallaci docierała do trzewi rzeczywistości

- Oriana Fallaci potrafiła dotrzeć do trzewi rzeczywistości - powiedział prezes honorowy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Stefan Bratkowski. "W momencie, kiedy Fallaci odeszła ze świata, można powiedzieć tylko jedno: była to wielka, porywająca dziennikarka, która potrafiła dotrzeć do trzewi rzeczywistości" - ocenił.

Podkreślił przy tym, że w swojej pracy "nie kierowała się ona ani swoimi interesami, ani niczyimi innymi".

Jas Gawronski: trudna i bezkompromisowa

Włoski dziennikarz polskiego pochodzenia, polityk partii Forza Italia Jas Gawronski powiedział, że dobrze znał Orianę Fallaci i zapamięta ją jako "bezkompromisową, bardzo trudną kobietę, tak trudną, jak każda wielka osobowość". "Nie wszyscy ją lubili i nie wszyscy lubili to, co pisała. Ale wniosła ogromny, nieoceniony wkład do dyskusji na bardzo ważne i aktualne problemy świata oraz tego, co się obecnie dzieje" - podkreślił Gawronski.

"W wielu zasadniczych sprawach się z nią zgadzałem, choć nie całkowicie. Za najważniejsze zaś uważam to, że zmusiła wszystkich do poważnej dyskusji, do zajęcia stanowiska" - zauważył dziennikarz, odnosząc się do ostatnich książek Fallaci, napisanych po atakach z 11 września w Ameryce. Fallaci niezwykle ostro krytykowała w nich islam i zarzucała Europie, że nie przeciwstawia się jego wpływom.

Komentując zaś zgłaszaną w ostatnich latach przez niektórych polityków propozycję mianowania jej dożywotnim senatorem Jas Gawronski stwierdził, że Fallaci nie mogłaby zajmować się działalnością polityczną, ponieważ nie uznawała kompromisów.

Gorsi od Dmowskiego

Rozmawiał Piotr Najsztub

Rok po objęciu władzy przez PiS profesor WŁADYSŁAW BARTOSZEWSKI nie chce używać terminu „IV RP”, ale nadal uważa, że nie wolno mu krytykować urzędującego prezydenta. O sobie mówi: „jestem wesołym staruszkiem”, choć z goryczą przyznaje, że nie podoba mu się typ lansowanego obecnie patriotyzmu.

Nie będę używał terminu „IV Rzeczpospolita”. Zostawmy to tym, którzy ten termin wynaleźli.
Może jednak nas ona, ze swoim numerkiem, dotyczy, skoro tu żyjemy?
– Przepraszam, ale numery Rzeczypospolitej określą historycy po fakcie. Na razie można powiedzieć, że pewne grupy polityczne wiążą swoją działalność z proklamowanym terminem. To im wolno. Wolno jest również tego terminu nie używać i być równie dobrym obywatelem, Polakiem.

Rządzący jednak uważają, że zafundowali nam tak głęboką zmianę, że trzeba używać nowej nazwy. Podziela pan pogląd o tej głębokości?
– Nie jestem dla tego tematu dobrym rozmówcą, ponieważ ani nigdy nie byłem członkiem PiS, ani nawet nie miałem takiego zamiaru.

Ale jest pan obywatelem.
– Jak 38,5 miliona innych obywateli.

W tym jeden profesor Władysław Bartoszewski.
– Jest również jedna pani Beger, pewne jej wyrażenia są jedyne w swoim rodzaju, żadna inna posłanka dotąd ich nie używała, czyli są to jedyne w swoim rodzaju w obyczajowości i w historii parlamentaryzmu wyrażenia.

Przez ostatni rok nic się dla obywatela Bartoszewskiego w państwie nie zmieniło czy to może jest inny kraj?
– Odczuwam przede wszystkim, że nastąpiła ostrzejsza polaryzacja podejścia do ludzi inaczej myślących, do przeciwników politycznych, do ludzi dotąd obojętnych. Ostrzejsze są oczekiwania i naciski władzy. Poza tym ja sobie nie bardzo wyobrażam, żeby pod wcześniejszymi rządami świeżo upieczony wiceminister określił co najmniej pięciu ministrów spraw zagranicznych jako agentów obcego mocarstwa i poza reakcją swojego przełożonego, ministra obrony, który w gruncie rzeczy zwolnił go z obowiązku milczenia za okres jego kilkudziesięciodniowej pracy, nie spotkało się to z jakąkolwiek właściwą reakcją państwa. Reakcje były od wykrętnych do nieuczciwych. A trzeba zważyć, że rzeczony polityk jest solidnie wykształconym historykiem, który doskonale umie posługiwać się językiem polskim i formułować swoje myśli – i mówi to, co chce, a nie to, co jemu się powiedziało. Tego typu ludzie nie mają taryfy ulgowej, szczególnie że mają reprezentować moje państwo. Bo nikt mi nie odbierze – choć zanegowano moje prawo do zajmowania się dyplomacją – prawa do uważania Rzeczypospolitej Polskiej za moje państwo. Urzędujący prezydent jest moim prezydentem i tak jak nie krytykowałem nigdy prezydenta Wałęsy, prezydenta Kwaśniewskiego, tak nie krytykuję i nie będę krytykował, jak długo będzie prezydentem, prezydenta Kaczyńskiego.

Dlaczego prezydenta akurat nie można krytykować?
– Dla mnie jest to symbol państwa. Obywatel nie powinien przekraczać pewnych granic. Można bardzo ostro krytykować rząd, premiera, to jest dobre prawo obywatela, ale nie prezydenta. W europejskiej kulturze politycznej tak na ogół jest. W polskiej wprawdzie zamordowano prezydenta, ale jego właśnie najpierw obrzucano błotem, a potem partie odnosiły się do tego ze wstydem albo z zakłopotaniem i milczeniem, jeżeli były współwinne, albo bardzo ostro, kategorycznie krytykowały fakt zabicia prezydenta.

Ale jeżeli ja jako obywatel dziennikarz uważam, że prezydent robi coś źle, ośmiesza nas, to nie mogę go pańskim zdaniem krytykować?
– Nie twierdzę, że pan nie może, ja mówię, że sam, przy moim wychowaniu, mając 85. rok życia i chcąc żyć w demokratycznym państwie prawa, zawieszam sobie dość wysoko poprzeczkę i uważam, że muszą być pewne nienaruszalne symbole państwa. Polacy wybrali większością głosów tego prezydenta. Było kiedyś staropolskie powiedzenie, które mi wpojono jeszcze w szkole i w domu: „Widziały gały, co brały”. A jeżeli nie widziały, to przejrzą i zobaczą, i ocenią, i wybiorą ponownie lub nie za cztery lata, bo taka możliwość konstytucyjna jest.

Wróćmy do pańskiej diagnozy o polaryzacji. Może to nie jest takie złe?
– Język polaryzacji zaostrza stosunki między ludźmi, ugrupowaniami, a tym samym następuje pogorszenie obyczajów.

Może to dobrze, może to doprowadzi do powstania wyraźnych, trwałych obozów politycznych?
– Czy powstaną? Były już dość wyraźne obozy polityczne. To nie może być cel sam w sobie. Na przykład linia podziału między SLD a różnie motywowaną opozycją zarysowała się wyraźnie, szczególnie w okresie poprzedniej prezydentury i rządu Millera, mówię o nich, bo one w mojej pamięci zapisały się jako najgorsze rządy polskie od roku 1989. Choć nie wiem, czy ten pogląd nie ulegnie zmianie za parę lat. Osobiście uważam za bardzo dobry rząd Suchockiej i stosunkowo dobry rząd Buzka. Dzisiaj jest moda na krytykowanie polskiej polityki zagranicznej za to, że ona nie zmusiła w roku 1990 Niemiec, żeby przed nami uklękły. To był rząd Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego, wtedy zawarto te pierwsze dwa układy traktatowe polsko-niemieckie z 1991 roku. Dziś oceniane są jako niedostateczne, bo nie zmusiliśmy Niemców, żeby zmienili konstytucję, bo nie zmusiliśmy Niemców, żeby oni w imieniu wszystkich swoich obywateli zrezygnowali z wszelkich roszczeń cywilno-prawnych wobec Polski i Polaków. Nie wiem, jakie były możliwości tego zmuszenia, jaka alternatywa... Jak nie posłuchają, to rozpoczynamy wojnę czy ogłaszamy powrót do bloku wschodniego?

A dzisiejszy twardszy – na razie werbalnie – kurs polskiej polityki zagranicznej wobec Niemiec może przynieść takie efekty?
– Jeżeli ktoś w Europie roku 2006 sądzi, że istnieje w ramach działania bilateralnego, między dwoma państwami, możliwość stosowania przymusu i wymuszenia czegoś na państwie większym, to nie wiem, co mam o nim sądzić. Ponadto przypomnijmy sobie, że jesteśmy ósmym co do wielkości państwem w Europie i sami nie chcielibyśmy, aby było możliwe stosowanie przymusu przez państwo większe wobec mniejszego.

Podoba się panu, że nowa władza potrafi tak szybko i skutecznie przeforsowywać nowe ustawy, wprowadzać w życie swoje pomysły?
– Myślę, że skutecznie konstruuje wielką pokusę dla innych, aby w przyszłości stosowali model skuteczności ekspresowej, bo przecież w demokracji nikt nie będzie rządził przez wieczność. Co przeszkodzi następnym rządom zastosować równie radykalne metody? Jestem ich przeciwnikiem – wszystko jedno, kto stosuje metody radykalnych przyspieszeń. A przecież pamiętam, że z dużym przekonaniem odnosiłem się do ministra sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka, wtedy tylko ministra sprawiedliwości, profesora prawa, który głosił hasła walki z korupcją w sądownictwie, w prokuraturze, pewnej odbudowy wzajemnego zaufania, odnowy moralnej. Ja uważałem, że to jest uczciwa i ładna rzecz. Więc zmieniają się po prostu perspektywy, oceny spraw przez różnych ludzi. A ja jestem stosunkowo słabo reformowalny i mało ewoluuję, w gruncie rzeczy we wrześniu 1939 roku myślałem o Polsce to samo co dziś.

Nie znał pan przecież jeszcze wtedy dzisiejszego premiera i prezydenta.
– Nie znałem milionów Polaków i miliony Polaków nie znały mnie – bez żadnej szkody i dla nich, i dla mnie. Nie chcę sprowadzać naszej rozmowy do działania jakiejś partii czy jakiejś koalicji partyjnej, ponieważ z uporem powtarzam, w żadnej z partii koalicji obecnej ani w ogóle w żadnej partii nie byłem członkiem i nie zamierzam. Co prawda może wtedy bym się kwalifikował do dyplomacji i do wielu innych rzeczy. Ale jestem wesołym staruszkiem i to jest moja kondycja.

I co wesoły staruszek sądzi o zamierzeniach i działaniach koalicji partii, do których nigdy nie wstąpi?
– Patrzę na to z troską obywatelską, między innymi o to, żeby cięciwa zbyt dzisiaj napięta nie odreagowała po uderzeniu w cel nie zawsze trafny i słuszny, i abyśmy nie otrzymali po roku 2009 rządów katastrofalnych. Nie życzę Polsce, aby reakcją na skrajności były inne skrajności. Tak jak to w historii społecznej wielu krajów Europy bywało. Moje najwcześniejsze doświadczenia polityczne, byłem wtedy w klasie maturalnej, to była zdrada przez demokrację Zachodu mniejszych państw demokratycznych, czyli Monachium. Zdecydowano wtedy, że trzeba zaspokoić życzenia pana Hitlera, bo one są umiarkowane, okroić Czechosłowację, oddać Sudety Niemcom i przełknąć to w milczeniu i nie reagować na aneksję Austrii. Dla mnie, dla moich kolegów, normalnych chłopaków warszawskiego liceum, w roku 1938 jesienią Chamberlain okazał się cymbałem, idiotą, bo on wierzył Hitlerowi, a my nie.

W swoim exposé premier Kaczyński powiedział, że głównym problemem polskiej polityki zagranicznej jest problem z wizerunkiem, że mamy wykrzywiony wizerunek.
– A może myśmy go wykrzywili? Ubolewam nad tym, że jest skrzywiony, zdewiowany, tylko trzeba się zastanowić, jak do tego doszło.

Jak?
– Rozmawiałem o tym niedawno z moim dawnym szefem premierem Jerzym Buzkiem i tak wzdychaliśmy przy czarnej kawie w kawiarni Nowy Świat w Warszawie. Jak doszło do tego, że w roku 2001, w październiku, kiedy odchodziliśmy, to Polska miała dobre stosunki z Niemcami, Francją, Rosją, ze Stanami Zjednoczonymi znakomite, była już w NATO i na najlepszej drodze do Unii, a teraz nagle wszyscy nas źle widzą?

Znaleźliście odpowiedź?
– Nie będę przekazywał mediom treści prywatnej rozmowy, ale to nie był akt hołdu dla obecnego myślenia politycznego.

Gdyby mógł pan jednak te główne błędy, pomyłki czy niezręczności zsumować.
– Tu się złożyło szereg rzeczy. Niektóre rzeczywiście były od Polaków niezależne, na przykład kaprysy niemiecko-francuskie wobec naszej opcji proamerykańskiej były ze strony tych obu państw artykułowane, mówiąc bardzo uprzejmie, niewłaściwie, a były przypadki, że bezczelnie. A tego nikt nie lubi. To spowodowało – moim zdaniem – pogorszenie obrazu prezydenta Francji w oczach wielu Polaków, którzy po prostu mentalnie nie lubią, żeby ich ktoś z zewnątrz pouczał.

A błędy z naszej strony?
– Nie zaczęły się wczoraj. Uważam na przykład, że równoczesne rządy „czerwone” w Polsce i w Niemczech – tam Schröder, tu Miller – mogły nam przynieść szereg korzyści, tymczasem byliśmy świadkami obrazu nam znanego: pocałunki przywódców, a interesy załatwiane ponad naszą głową, poza nami. Ta jednorodność polityczno-partyjna nie wpłynęła pozytywnie na naszą sytuację.

A ostatnie miesiące jakoś wpłynęły na wykrzywianie naszego prostego wizerunku?
– Wpływ na nasz image miały elementy sprawiedliwe dla nas i niesprawiedliwe. Na przykład sposób rozwiązania sprawy Jedwabnego wpłynął pozytywnie na naszą opinię w Stanach Zjednoczonych czy w Izraelu. Odwrotną opinię wyrabia nam część publicystyki i codziennie głoszone poglądy w niektórych gazetach usiłujących przedstawiać się jako głos Kościoła. A nie są takim głosem, może jakiś głos drobnej części biskupów i nawet nie żadnego zakonu w całości. Niemniej jednak przyjęło się w Europie i Ameryce widzenie tego nurtu jako nurtu reakcyjnego, wstecznego w złym rozumieniu, nie otwartego. I do tego dołożyło się to, że po wygranych wyborach zwycięska partia zaczęła się półoficjalnie identyfikować z jednym nurtem dziennikarskim, że to pismo ma rację, ten dziennik ma rację, ta rozgłośnia ma rację, a inne nie mają – to wszystko nie przysparza nam wielkości. Na dodatek dotąd Polska była postrzegana jako kraj, który wybrał inną drogę rozwoju. Dziś jest konfuzja. A dotąd, choć były różne rządy, tak zwane solidarnościowe i nie, i różni ministrowie spraw zagranicznych, to w sumie byli to ludzie respektowani i szanowani w świecie. Może mniej był znany jako minister spraw zagranicznych pan Cimoszewicz niż profesor Geremek, który wprowadzał nas do NATO, ale miał wyjątkowo dobre stosunki i we Francji, i w Stanach Zjednoczonych – to nie był nikt. Myślę, że te ostatnie zmiany personalne, zniknięcie z pierwszego szeregu ludzi znanych, nie pozostały bez wpływu na media zagraniczne, a to one kształtują za granicą obraz Polski.
I dzisiaj te media mają obraz Polski jako państwa, które szło z przekonaniem do NATO, miało dobry rozwój gospodarczy, szło owocnie do Unii, a teraz wszystko im się nie podoba, tym Polakom, wszystko krytykują i chcą budować jakieś ponumerowane inaczej nowe państwo, które nie wiadomo, jakie będzie, ale będzie jednoznacznie prawicowe. Otóż media w świecie są dominująco nieprawicowe. My się nie musimy z tym liczyć, ale musimy brać pod uwagę to ryzyko, że media są wolne i media będą pisały tak, jak uważają ich korespondenci i przedstawiciele.
Zewnętrzny obraz tworzy również zachowanie tego kraju. Niemądre wypowiedzi, skrajności. Myślę, że na przykład lata całe będziemy próbowali się wygrzebać ze stwierdzenia, że będąc państwem, które szło do NATO i bardzo o to zabiegało, będąc państwem, które chciało odgrywać poważną rolę w różnych organizacjach społecznych, gospodarczych, międzynarodowych, będąc państwem, które będzie w przyszłości przewodniczyć przez półrocze w Unii Europejskiej, mieliśmy większość ministrów spraw zagranicznych, więc co najmniej pięciu, agentów KGB. Jakikolwiek skrót myślowy by temu towarzyszył, dla całego świata jest to wstrząsająca liczba.

Świat to zarejestrował?
– Oczywiście. Z pierwszych stron gazet to wiadomo. Bo to było wstrząsające wyznanie. Jak czytelnik gazet hiszpańskich, francuskich, belgijskich, skandynawskich, brytyjskich, niemieckich ma rozumieć to oświadczenie autoryzowane przez brak reakcji premiera, przez to, że nikt w imieniu państwa nie powiedział, że to jest kłamstwo, pomówienie? Czy możemy sobie wyobrazić, jak byśmy ocenili politykę niemiecką, gdyby niemiecki członek rządu powiedział dziś, że niestety, ponad połowa ministrów spraw zagranicznych w RFN to byli agenci KGB? Jak my byśmy ocenili całą politykę RFN wobec nas, jak byśmy ocenili zależności ludzi i rządów? A dlaczego my chcemy, żeby inni patrzyli inaczej, żeby byli od nas głupsi czy ciemniejsi, czy nierozumiejący wypowiadanych słów? Oni doskonale wiedzą, że to powiedział człowiek mający wyższe wykształcenie, a nie demagog czy prowincjonalny populista. Jeżeli będziemy sami niszczyli swój obraz – społeczeństwa obywatelskiego, demokracji wewnętrznej, organizacji pozarządowych, dorobku 17 lat – i wdeptywali w ziemię dorobek 17 lat milionów uczciwych Polaków pracujących w różnych branżach i instytucjach, łącznie zresztą z bankami i instytucjami gospodarczymi, gdzie z całą pewnością ani ogół, ani większość nie była ani skorumpowana, ani agenturalna, ani kryminalna. Jeżeli sami nie mamy zaufania do własnego narodu, do własnego społeczeństwa, to mnie nie dziwi, że inni nie są o nas lepszego zdania niż my sami o sobie.
Należę do pokolenia bardzo na serio traktującego wypowiedzi polityków i doktrynerów. Kiedy byłem w gimnazjum, w liceum, to wśród młodzieży była konkurencja o rządy dusz i bardzo dużą rolę odgrywali uczniowie Romana Dmowskiego. Otóż jego uczniowie odwoływali się do jego dorobku, pozytywnego, który okazał się skuteczny w obradach przed traktatem wersalskim, i do tej negatywnej, ksenofobicznej próby manipulowania Kościołem dla celów politycznych. Ale ten polityk powiedział, że nic, co polskiego, nie może mu być obce, że jest Polakiem. I dodał dwa zdania: „Jestem Polakiem, więc też podzielam odpowiedzialność za wszystko, co podłe, co małe i co złe”. On wiedział, że elementem patriotyzmu jest również współodpowiedzialność za zło, za jego istnienie i że ponosi tę współodpowiedzialność. Otóż ja skłonności do tej współodpowiedzialności za zło u ludzi posługujących się hasłami narodowymi dzisiaj nie odczuwam, nie widzę, nie dostrzegam.
 

rozmawiał Piotr Najsztub
Warszawa, 7 września 2006 r. Przekrój 37/2006

Polityka 38/2006

Kuracje na wieczną młodość

Wszyscy pragniemy żyć długo, ale każdy boi się zestarzeć. Czy można tak spowolnić zegar życia, by mimo upływającego czasu wciąż cieszyć się świetnym zdrowiem? Nasz poradnik – jak dożyć późnego wieku w dobrej kondycji – dedykujemy i starszym, i młodszym. Bo choć nigdy nie jest za późno, to zdrowy styl życia dobrze przyswoić sobie już za młodu.

 Paweł Walewski

Nauka pozostaje sceptyczna wobec nagłaśnianych co pewien czas rewelacji o odkryciach kolejnych eliksirów młodości. Cudowne pigułki odmładzające mają dobrą prasę, ale jak dotąd dają marne efekty. By w podeszłym wieku cieszyć się dobrą kondycją i sprawnym umysłem, trzeba o to zadbać już za młodu.

Co przedłuża życie? Racjonalne odżywianie, aktywność fizyczna, ale także tzw. powodzenie życiowe i zasobność portfela. Wystarczy spojrzeć na coroczne zestawienia Światowej Organizacji Zdrowia obrazujące przewidywaną długość życia w różnych regionach świata, by dostrzec, jak duży wpływ na ten wskaźnik ma dobrobyt. W rankingu tym od dawna przewodzą Japonki (86 lat), Szwajcarki i Szwedki (83 lata) oraz Finki (82 lata), zaś na końcu są obywatelki Zimbabwe (34 lata) czy Botswany (40 lat). Polska sytuuje się bliżej szczytu tabeli – przewidywana długość życia dla urodzonej w tym roku dziewczynki wynosi u nas 79 lat, a dla chłopca – 71 (krótsze życie mężczyzn wynika po części z różnic hormonalnych oraz stylu życia).

W Europie, Ameryce Płn., Japonii i Australii z każdym rokiem przybywa stulatków. Na tym właśnie polega sukces postępu cywilizacyjnego i towarzyszący mu rozwój medycyny – w średniowieczu ludzie dożywali średnio 33 lat, a na początku XIX w. wspomniany wskaźnik nie przekraczał czterdziestki. Sytuacja radykalnie się zmieniła, odkąd zaczęto korzystać z kanalizacji, a także gdy w sukurs przyszły antybiotyki i szczepionki, dzięki którym udało się wyeliminować mnóstwo chorób niegdyś zabijających ludzi w młodym i średnim wieku.

Co zabija dzisiaj? W niewielkim stopniu choroby dziecięce, zakaźne i pasożytnicze. Za to coraz częściej na skrócenie życia mają wpływ schorzenia przewlekłe układu nerwowego i układu krążenia, nowotwory, cukrzyca, osteoporoza. Czyli wszystkie utrapienia, które wiążą się z życiem dostatnim: dzięki przetworzonej żywności jemy zbyt kaloryczne posiłki, ze zwykłej wygody jedziemy samochodem nawet do kiosku po gazety, zamiast wchodzić po schodach używamy windy, a większość dnia spędzamy przy komputerze i sztucznym oświetleniu. To już drugi paradoks związany z naszymi marzeniami o nieśmiertelności: choć zawdzięczamy cywilizacji dłuższe życie, jej dobrodziejstwa są również jak pocałunek śmierci.

W poradniku opisujemy m.in. co decyduje o tym, że żyjemy dłużej oraz co trzeba robić, by dożyć setki. 

Pełna wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".


Polityka 38/2006

Nie stawiała zbytnio oporu

Dlaczego gwałcona kobieta najczęściej zastyga w paraliżu? I dlaczego sądy nie chcą wierzyć, że to gwałt, jeśli kobieta nie broniła się niczym lwica?
 Barbara Pietkiewicz

Osiemnastoletnia dziewczyna z Włocławka została przywiązana w lesie do drzewa i brutalnie zgwałcona. Sprawca wyciął na jej skórze obsceniczne napisy i rysunki. Odwieziono ją do szpitala w szoku tym większym, że padła ofiarą gwałtu powtórnie. Ten sam sprawca, który ją być może śledził, a może inny (policja prowadzi śledztwo), zrobił to niemal dokładnie rok temu.

Być może dziewczyna uporała się z traumą na tyle, że nie bała się sama wracać z pracy do domu i żyła choćby na pozór normalnie. I oto po raz drugi przydarzyło się jej to, co psychologowie zaliczają do przeżyć najstraszniejszych, najbardziej kaleczących duszę – jak śmierć osoby bliskiej, jak pożar, katastrofa, jak najbardziej przeraźliwe opuszczenie, najdziksza samotność.

Wyjście z siebie

Fachowcy od samoobrony radzą, żeby napadnięta krzyczała: pali się! albo: łapać złodzieja! Bo samo: ratunku! – nie wystarcza. Ogień jest bardziej wspólnym wrogiem niż mężczyzna, który gdzieś nieopodal niszczy życie kobiecie.

Niektóre napadnięte bronią się dramatycznie. 26-letnia wówczas B., psycholog z zawodu, czekała na narzeczonego, siedząc na ławce w parku Skaryszewskim w Warszawie. Mężczyzna podszedł od tyłu, zatkał usta ręką i wciągnął ją w rosnące za ławką krzaki. B. zobaczyła czerwone smugi pod powiekami. Zaczęła gryźć, kopać, drapać. Poczuła kolanem jego podbrzusze. Uderzyła, ile sił. Skulił się. Ponowiła uderzenie. Ochłonęła w alejce parkowej, po której szedł spóźniony narzeczony.

Nie czuła ani przez chwilę lęku. Niczego prócz furii i wściekłości. Przez kilka minionych chwil nie była sobą. Przeżyła stan zmienionej świadomości, który nigdy, ani przedtem, ani później, w jej życiu się nie powtórzył. Gdyby miała pod ręką nóż, uderzyłaby na oślep. Takie reakcje zdarzają się rzadziej niż typowa – zastygnięcie w przerażeniu. Nogi stają się jak z waty, globus w gardle, nie można z siebie wydobyć słowa. Paraliż.

Judith Herman, amerykańska psycholog, światowy autorytet w badaniach traumy po zgwałceniu i wykorzystaniu seksualnym, pisze w książce „Uraz. Powrót do równowagi”: „Gdy ofiara uznaje, że jakakolwiek forma oporu jest daremna, może popaść w stan rezygnacji. System samoobrony całkowicie się wówczas wyłącza. Podobnie reagują zwierzęta: kiedy atakuje je drapieżnik, zamierają w bezruchu”.

Pełna wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".

Polityka 38/2006

Elfy na pensji

Przemek Wadoń ze wsi Kozy jako Paladyn walczy na czele armii Nocnych Elfów, co daje mu około 2 tys. zł miesięcznie. Kuba Gurczyński, licealista z Torunia, dowodząc drużyną Pentagram eliminuje terrorystów, osiągając podobne dochody. Graczy komputerowych, którzy w Polsce przechodzą na zawodowstwo, jest jeszcze niewielu. Na razie.
 Joanna Podgórska

Wszyscy z rozmarzeniem mówią o Korei. Tam się to zaczęło. Tam wymyślono w 2000 r. World Cyber Games – odpowiednik olimpiady. Tam gracze to prawdziwi celebrities: wywiady dla prasy i telewizji, czerwone dywany, piski fanów, autografy i ciężkie pieniądze. Państwo sponsoruje drużyny i zawodników.

To niesamowite, ale tam gry są ważniejsze od sportu. Mecze rozgrywa się w specjalnych studiach, są cały czas filmowane, a potem emitowane w telewizji publicznej – mówi Wiktor Wojtas (nick: TaZ) z pięcioosobowej drużyny Pentagram. I wie, co mówi, bo Pentagram po zdobyciu w 2005 r. mistrzostwa Europy został na miesiąc zaproszony do koreańskiej ligi. – Mieliśmy opłacony pobyt w hotelu, gdzie oprócz pokojów mieszkalnych przydzielono nam specjalne pomieszczenie do treningów.

Gdy w 2000 r. rozgrywano pierwsze mistrzostwa WCG, wzięło w nich udział 10 tys. uczestników z 17 państw. W 2001 r. było już 120 tys. z 37 krajów. Wówczas dołączyła Polska. Rok ubiegły to milion graczy z 63 państw. – Były obawy, czy udział Polaków ma sens, bo w Korei poziom rozgrywek jest bardzo wysoki, a u nas się to dopiero zaczynało – wspomina Agnieszka Sznajder z firmy Samsung, światowego patrona WCG. – Ale już rok później zawodnik z Polski zdobył brązowy medal w grze StarCraft. I tak to się kręci. Za pięć, sześć lat, gdy zawodnikami na poważnie zainteresują się sponsorzy, nie będziemy odstawać od światowej czołówki.

Na początku każdy ma podobne szanse. Komputer, trochę talentu, godziny spędzane przed monitorem. Ale na pewnym etapie czas staje się problemem. Żeby coś osiągnąć, trzeba ćwiczyć trzy, cztery, nawet pięć godzin dziennie. I do tego właśnie potrzebny jest sponsor.

Pentagram jest pierwszą drużyną w Polsce, która w kontrakcie ma zapisaną stałą miesięczną pensję za treningi. Trzech graczy pochodzi z Warszawy, jeden z Poznania i jeden z Torunia.

Pełna wersja artykułu dostępna w aktualnym wydaniu "Polityki".