Przejściowe mieszkania bez sąsiadów
rozmawiał Wojciech Tymowski; 2007-08-10, ostatnia aktualizacja 2007-08-10 10:44
Prawie co drugi mieszkaniec warszawskich zamkniętych osiedli twierdzi,
że nie ma żadnego sąsiada, u którego mógłby w razie wyjazdu zostawić
klucze do mieszkania
Wojciech Tymowski: - Prawie nie znam moich sąsiadów. I wielu moich znajomych z Warszawy też nie zna swoich. To źle?
Prof. Maria Lewicka, psycholog społeczny z Uniwersytetu Warszawskiego:
- Naturalne w wielkich metropoliach wśród ludzi młodych, pracujących, z
wyższym wykształceniem. Ale sąsiedzi są potrzebni. Dają poczucie
bezpieczeństwa, dobry sąsiad jest ochroną - lepszą niż monitoring i
firma ochroniarska. Gdy ktoś się przeprowadza, to pyta, jakich będzie
miał sąsiadów. Dzięki relacjom z sąsiadami mamy poczucie zakorzenienia
i tożsamości lokalnej. Gdy oglądamy serial "Dom", to zachwycają nas
wzajemne relacje ludzi tam mieszkających, tak różne od anonimowości
nowych osiedli. W naszych badaniach przywiązanie do miejsca
zamieszkania najlepiej przewidywały właśnie stosunki sąsiedzkie. To,
jakie stosunki z sąsiadami ma człowiek, bardzo dobrze przewiduje też
jego chęć angażowania się w różne formy aktywności społecznej. Nie
tylko lokalnej.
Takie wyniki uzyskujemy wszędzie gdziekolwiek prowadzimy badania: w
Warszawie, Krakowie, Łodzi, Wrocławiu, Poznaniu, na ziemiach zachodnich
i na ścianie wschodniej, na wsi i w mieście, w osiedlach zamkniętych i
otwartych, a także we Lwowie i innych rejonach na Ukrainie. Stosunki
sąsiedzkie decydują o sile przywiązania do domu, w którym mieszkamy, do
najbliższej okolicy, do dzielnicy, a czasami nawet do miasta. Jeśli
chodzi o aktywność, to znowu silne stosunki z sąsiadami idą w parze z
chęcią angażowania się na różnych poziomach: od akcji protestacyjnych
(które u nas niesłusznie utożsamia się od razu z warcholstwem, bo
protesty to forma aktywności obywatelskiej), po wolontariat, kółka
hobbistyczne, działalność w komitetach rodzicielskich, organizacje
pozarządowe, a nawet aktywność w związkach zawodowych.
Ale w Polsce, gdzie wciąż są silne więzy sąsiedzkie, jakoś tej
aktywności nie widać. To raczej w krajach Europy Zachodniej, w których
relacje sąsiedzkie są luźniejsze, ludzie masowo występują np. przeciwko
wojnie w Iraku. Gdy w Londynie, Paryżu czy Rzymie manifestował milion
albo i więcej ludzi, w Warszawie wyszło 4 tysiące.
- Polska należy do krajów o niskim poziomie aktywności
obywatelskiej, choć w naszym regionie jesteśmy jednym z bardziej
aktywnych krajów. Rzeczywiście nie było protestów wobec wojny w Iraku,
choć większość społeczeństwa była i jest jej przeciwna, ale już
pomarańczowa rewolucja na Ukrainie zmobilizowała wielu, zwłaszcza
młodych. Poza tym w Polsce inne czynniki decydują o aktywności. O ile w
krajach Europy Zachodniej i Północnej są nimi takie wartości jak:
równość, sprawiedliwość, wartości ekologiczne, a także ogólny poziom
zaufania do ludzi, o tyle w Polsce są to wartości realizowane w
relacjach z najbliższymi: dobroć, miłość, przyjaźń oraz zaufanie do
najbliższych, nie tych sobie nieznanych. Z europejskich i polskich
badań wynika, że Polacy są nieufni wobec obcych, w Polsce mamy
najniższy wskaźnik zaufania społecznego wśród wszystkich europejskich
krajów. Trochę upraszczając - ufamy tylko tym, których znamy, rodzinie,
przyjaciołom, najbliższym sąsiadom. To dziedzictwo polskiej historii.
Przez cały PRL, a także wcześniej, załatwialiśmy dziesiątki drobnych i
grubszych spraw dzięki bezpośrednim znajomościom. To był system
paralelny do oficjalnego, czasem warunek przetrwania. Nieufność do
nieznajomych mamy we krwi i jeszcze długo tak będzie. Prawdopodobnie
dlatego w Polsce inne czynniki decydują o mobilizacji społecznej -
właśnie silne więzi sąsiedzkie.
Przekonuje pani, że dzięki silnym więziom sąsiedzkim ludzie zyskują
poczucie bezpieczeństwa i lokalnej tożsamości. Ale może luźne kontakty
społeczne też dają człowiekowi jakąś korzyść.?
- Jest wiele teorii tzw. kapitału społecznego, które kładą nacisk
na zalety płynące ze słabych więzi, a więc z relacji z osobami, z
którymi kontaktujemy się sporadycznie, które nie mieszkają w tym samym
miejscu co my i które często nawzajem się wcale nie znają. Jedna z
teorii mówi, że słabe więzi sprzyjają mobilności, uczą nas komunikacji
z osobami różnymi od siebie, są źródłem wartościowych dla nas
informacji. Im wyższy status społeczno-ekonomiczny człowieka, tym
częściej jego stosunki z innymi mają właśnie charakter słabych więzi.
Bardzo też pomaga w tym internet - obecnie coraz częściej bezpośrednie
kontakty z osobami w miejscu zamieszkania zastępowane są kontaktami w
sieci.
Ktoś jeździ od czasu do czasu do znajomych np. z Kabat na
Tarchomin, ale na co dzień wysyła SMS-y i maile. Bo tak woli.
Czy w takim razie kiedyś w ogóle przestaniemy dbać o relacje sąsiedzkie?
- Procesy społeczne się ścierają. Z jednej strony na świecie jest coraz
więcej ludzi, którzy utrzymują z innymi tylko luźne kontakty. Ale widać
też potrzebę bardziej ścisłych związków. W Stanach Zjednoczonych
pojęcie "sąsiedztwa" i badania nad lokalnymi społeczeństwami cieszą się
rosnącym zainteresowaniem. Socjolog amerykański Robert Putnam spadkowi
roli sąsiedztwa we współczesnej Ameryce przypisuje spadek motywacji
Amerykanów do angażowania się w różne formy aktywności obywatelskiej.
Jedna z jego najnowszych książek nosi znamienny tytuł "Better together"
("Lepiej razem") - a dotyczy właśnie roli sąsiedztwa w aktywizowaniu
ludzi. Wygląda na to, że w USA, a być może w świecie w ogóle, reakcją
na procesy globalizacyjne, przemieszczanie się ludzi, jest rosnąca
potrzeba zakorzenienia. Dziennikarka Jane Jacobs jeszcze w latach 60.
pisała o upadku miast amerykańskich, podkreślając, jak ogromną rolę dla
rozwoju miasta odgrywają więzy sąsiedzkie. W Stanach Zjednoczonych
gwałtownemu rozwojowi zamkniętych enklaw mieszkaniowych towarzyszy
proces przeciwstawny, realizowany w postaci nurtu tzw. nowej
urbanistyki. Wśród autorów projektu jest Polka Elizabeth Plater-Zyberk
oraz jej mąż Meksykanin Andres Duany. Generalnie chodzi o projektowanie
nowych miast według tradycyjnych wzorów. Żeby wszędzie można było
dotrzeć pieszo, żeby była przestrzeń publiczna, w której ludzie mogą
się spotkać. Aby możliwe było odtworzenie sąsiedzkich więzi.
A czy w Polsce odtworzą się kiedyś sąsiedzkie więzi na naszych osiedlach?
- W dużych miastach zawsze była i będzie grupa ludzi, którzy
sąsiada poznają dopiero wtedy, gdy im zaleje sufit. W nowych osiedlach,
często grodzonych, na piedestale jest dziś prywatność. Tam ludzie wolą
nie wchodzić w intensywne relacje. W naszych badaniach prowadzonych w
dziewięciu warszawskich zamkniętych osiedlach prawie połowa badanych
osób twierdziła, że nie ma żadnego sąsiada, u którego mogłaby w razie
wyjazdu zostawić klucze do mieszkania, podczas gdy ta liczba w próbie
ogólnopolskiej, a także w kilku badanych przez nas dużych miastach,
wyniosła około 25%. Podobnie ponad 40% mieszkańców zamkniętych osiedli
twierdziło, że nigdy żaden sąsiad nie poprosił ich o żadną przysługę, i
jest to zdecydowanie najwyższy wynik we wszystkich badanych przez nas
miastach. Częściowo oczywiście powodem braku więzi sąsiedzkich w nowych
osiedlach jest właśnie ich nowość - liczba sąsiadów rośnie wraz z
długością zamieszkania - a częściowo inne czynniki. Mieszkańcy takich
osiedli mają dziś średnio 35 lat. Wciąż pracują od świtu do nocy. I
sądzę, że swoje mieszkania traktują jako przejściowe. Stąd ich stosunek
do otoczenia. On się zmieni, gdy przeprowadzą się w miejsce docelowe.
Dla ludzi dobrze zarabiających w Polsce takim miejscem jest własny dom.
Kiedy się do niego przeprowadzają, nastawienie zaczyna się zmieniać.
Badania pokazują, że najbardziej przywiązani do miejsca są właśnie
mieszkańcy domów jednorodzinnych. Tam wyjątkowo mocno ujawnia się
potrzeba zakorzenienia. Mieszkańcy własnych domów mają też
najściślejsze stosunki z sąsiadami.
Dlaczego?
- Tam człowiek jest na własnym terytorium. Nie słyszy za ścianą
spłukiwanej wody, stukotu czyichś butów. Nie ma sąsiada, który jest
wszechobecny. Więc wychodzi ze swojego terenu i szuka tego sąsiada. To
jego wybór. On wie, że sąsiada potrzebuje. To naturalna potrzeba.
Pani ją odczuwa?
- Nie wiem. Przyjemnie mi, kiedy
odwiedzam mój stary dom, zbudowany w latach 50. Kiedy się tam
wprowadziłam, otrzymałam od sąsiadów wielką pomoc. I teraz, kiedy tam
przychodzę, ci, którzy jeszcze tam mieszkają i mnie pamiętają, pytają,
co słychać, chcą porozmawiać. I to jest przyjemne.
A jak jest w pani obecnym domu?
- To mieszkanie w centrum, nowe budownictwo. Na szczęście budynek
nie jest ogrodzony i mam nadzieję, że nie będzie. Na moim korytarzu są
cztery mieszkania. Jedno stoi puste. Dwa są wynajmowane i lokatorzy się
ciągle zmieniają. Tylko moje mieszkanie jest na stałe. Ma oczywiście
wyższy standard i jest większe niż tamto poprzednie. Ale kontakty
sąsiedzkie są zdawkowe.