< POWRÓT

Mieszkam na skraju Nowych Włoch, w małym, nowym domu, do którego wprowadziliśmy się wszyscy w 2001 roku; jest 12 mieszkań, z tego jedno - niestety - wynajmowane i tych wynajmujących nie znamy.
Poza tym znamy się wszyscy, a niektórzy są nawet zaprzyjaźnieni, niektórzy nawet aż do częstych odwiedzin w domach lub wspólnych wypraw za miasto. Tego właśnie brakowało mi w dużym domu w Śródmieściu.
Zawsze mam komu zostawić klucz, kiedy wyjeżdżam - czesto prosiłam też sąsiadki o podlewanie kwiatów, których jest naprawdę dużo. Współczuję ludziom, którzy takich sąsiadów nie mają... ani sami nie są dobrymi sąsiadami dla innych...
Anna Maria

A Wy macie dobrych sąsiadów?


Przejściowe mieszkania bez sąsiadów

rozmawiał Wojciech Tymowski;  2007-08-10, ostatnia aktualizacja 2007-08-10 10:44

Prawie co drugi mieszkaniec warszawskich zamkniętych osiedli twierdzi, że nie ma żadnego sąsiada, u którego mógłby w razie wyjazdu zostawić klucze do mieszkania

Wojciech Tymowski: - Prawie nie znam moich sąsiadów. I wielu moich znajomych z Warszawy też nie zna swoich. To źle?

Prof. Maria Lewicka, psycholog społeczny z Uniwersytetu Warszawskiego: - Naturalne w wielkich metropoliach wśród ludzi młodych, pracujących, z wyższym wykształceniem. Ale sąsiedzi są potrzebni. Dają poczucie bezpieczeństwa, dobry sąsiad jest ochroną - lepszą niż monitoring i firma ochroniarska. Gdy ktoś się przeprowadza, to pyta, jakich będzie miał sąsiadów. Dzięki relacjom z sąsiadami mamy poczucie zakorzenienia i tożsamości lokalnej. Gdy oglądamy serial "Dom", to zachwycają nas wzajemne relacje ludzi tam mieszkających, tak różne od anonimowości nowych osiedli. W naszych badaniach przywiązanie do miejsca zamieszkania najlepiej przewidywały właśnie stosunki sąsiedzkie. To, jakie stosunki z sąsiadami ma człowiek, bardzo dobrze przewiduje też jego chęć angażowania się w różne formy aktywności społecznej. Nie tylko lokalnej.

Takie wyniki uzyskujemy wszędzie gdziekolwiek prowadzimy badania: w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Wrocławiu, Poznaniu, na ziemiach zachodnich i na ścianie wschodniej, na wsi i w mieście, w osiedlach zamkniętych i otwartych, a także we Lwowie i innych rejonach na Ukrainie. Stosunki sąsiedzkie decydują o sile przywiązania do domu, w którym mieszkamy, do najbliższej okolicy, do dzielnicy, a czasami nawet do miasta. Jeśli chodzi o aktywność, to znowu silne stosunki z sąsiadami idą w parze z chęcią angażowania się na różnych poziomach: od akcji protestacyjnych (które u nas niesłusznie utożsamia się od razu z warcholstwem, bo protesty to forma aktywności obywatelskiej), po wolontariat, kółka hobbistyczne, działalność w komitetach rodzicielskich, organizacje pozarządowe, a nawet aktywność w związkach zawodowych.

Ale w Polsce, gdzie wciąż są silne więzy sąsiedzkie, jakoś tej aktywności nie widać. To raczej w krajach Europy Zachodniej, w których relacje sąsiedzkie są luźniejsze, ludzie masowo występują np. przeciwko wojnie w Iraku. Gdy w Londynie, Paryżu czy Rzymie manifestował milion albo i więcej ludzi, w Warszawie wyszło 4 tysiące.

- Polska należy do krajów o niskim poziomie aktywności obywatelskiej, choć w naszym regionie jesteśmy jednym z bardziej aktywnych krajów. Rzeczywiście nie było protestów wobec wojny w Iraku, choć większość społeczeństwa była i jest jej przeciwna, ale już pomarańczowa rewolucja na Ukrainie zmobilizowała wielu, zwłaszcza młodych. Poza tym w Polsce inne czynniki decydują o aktywności. O ile w krajach Europy Zachodniej i Północnej są nimi takie wartości jak: równość, sprawiedliwość, wartości ekologiczne, a także ogólny poziom zaufania do ludzi, o tyle w Polsce są to wartości realizowane w relacjach z najbliższymi: dobroć, miłość, przyjaźń oraz zaufanie do najbliższych, nie tych sobie nieznanych. Z europejskich i polskich badań wynika, że Polacy są nieufni wobec obcych, w Polsce mamy najniższy wskaźnik zaufania społecznego wśród wszystkich europejskich krajów. Trochę upraszczając - ufamy tylko tym, których znamy, rodzinie, przyjaciołom, najbliższym sąsiadom. To dziedzictwo polskiej historii. Przez cały PRL, a także wcześniej, załatwialiśmy dziesiątki drobnych i grubszych spraw dzięki bezpośrednim znajomościom. To był system paralelny do oficjalnego, czasem warunek przetrwania. Nieufność do nieznajomych mamy we krwi i jeszcze długo tak będzie. Prawdopodobnie dlatego w Polsce inne czynniki decydują o mobilizacji społecznej - właśnie silne więzi sąsiedzkie.

Przekonuje pani, że dzięki silnym więziom sąsiedzkim ludzie zyskują poczucie bezpieczeństwa i lokalnej tożsamości. Ale może luźne kontakty społeczne też dają człowiekowi jakąś korzyść.?

- Jest wiele teorii tzw. kapitału społecznego, które kładą nacisk na zalety płynące ze słabych więzi, a więc z relacji z osobami, z którymi kontaktujemy się sporadycznie, które nie mieszkają w tym samym miejscu co my i które często nawzajem się wcale nie znają. Jedna z teorii mówi, że słabe więzi sprzyjają mobilności, uczą nas komunikacji z osobami różnymi od siebie, są źródłem wartościowych dla nas informacji. Im wyższy status społeczno-ekonomiczny człowieka, tym częściej jego stosunki z innymi mają właśnie charakter słabych więzi. Bardzo też pomaga w tym internet - obecnie coraz częściej bezpośrednie kontakty z osobami w miejscu zamieszkania zastępowane są kontaktami w sieci.
Ktoś jeździ od czasu do czasu do znajomych np. z Kabat na Tarchomin, ale na co dzień wysyła SMS-y i maile. Bo tak woli.

Czy w takim razie kiedyś w ogóle przestaniemy dbać o relacje sąsiedzkie?

- Procesy społeczne się ścierają. Z jednej strony na świecie jest coraz więcej ludzi, którzy utrzymują z innymi tylko luźne kontakty. Ale widać też potrzebę bardziej ścisłych związków. W Stanach Zjednoczonych pojęcie "sąsiedztwa" i badania nad lokalnymi społeczeństwami cieszą się rosnącym zainteresowaniem. Socjolog amerykański Robert Putnam spadkowi roli sąsiedztwa we współczesnej Ameryce przypisuje spadek motywacji Amerykanów do angażowania się w różne formy aktywności obywatelskiej. Jedna z jego najnowszych książek nosi znamienny tytuł "Better together" ("Lepiej razem") - a dotyczy właśnie roli sąsiedztwa w aktywizowaniu ludzi. Wygląda na to, że w USA, a być może w świecie w ogóle, reakcją na procesy globalizacyjne, przemieszczanie się ludzi, jest rosnąca potrzeba zakorzenienia. Dziennikarka Jane Jacobs jeszcze w latach 60. pisała o upadku miast amerykańskich, podkreślając, jak ogromną rolę dla rozwoju miasta odgrywają więzy sąsiedzkie. W Stanach Zjednoczonych gwałtownemu rozwojowi zamkniętych enklaw mieszkaniowych towarzyszy proces przeciwstawny, realizowany w postaci nurtu tzw. nowej urbanistyki. Wśród autorów projektu jest Polka Elizabeth Plater-Zyberk oraz jej mąż Meksykanin Andres Duany. Generalnie chodzi o projektowanie nowych miast według tradycyjnych wzorów. Żeby wszędzie można było dotrzeć pieszo, żeby była przestrzeń publiczna, w której ludzie mogą się spotkać. Aby możliwe było odtworzenie sąsiedzkich więzi.

A czy w Polsce odtworzą się kiedyś sąsiedzkie więzi na naszych osiedlach?

- W dużych miastach zawsze była i będzie grupa ludzi, którzy sąsiada poznają dopiero wtedy, gdy im zaleje sufit. W nowych osiedlach, często grodzonych, na piedestale jest dziś prywatność. Tam ludzie wolą nie wchodzić w intensywne relacje. W naszych badaniach prowadzonych w dziewięciu warszawskich zamkniętych osiedlach prawie połowa badanych osób twierdziła, że nie ma żadnego sąsiada, u którego mogłaby w razie wyjazdu zostawić klucze do mieszkania, podczas gdy ta liczba w próbie ogólnopolskiej, a także w kilku badanych przez nas dużych miastach, wyniosła około 25%. Podobnie ponad 40% mieszkańców zamkniętych osiedli twierdziło, że nigdy żaden sąsiad nie poprosił ich o żadną przysługę, i jest to zdecydowanie najwyższy wynik we wszystkich badanych przez nas miastach. Częściowo oczywiście powodem braku więzi sąsiedzkich w nowych osiedlach jest właśnie ich nowość - liczba sąsiadów rośnie wraz z długością zamieszkania - a częściowo inne czynniki. Mieszkańcy takich osiedli mają dziś średnio 35 lat. Wciąż pracują od świtu do nocy. I sądzę, że swoje mieszkania traktują jako przejściowe. Stąd ich stosunek do otoczenia. On się zmieni, gdy przeprowadzą się w miejsce docelowe. Dla ludzi dobrze zarabiających w Polsce takim miejscem jest własny dom. Kiedy się do niego przeprowadzają, nastawienie zaczyna się zmieniać. Badania pokazują, że najbardziej przywiązani do miejsca są właśnie mieszkańcy domów jednorodzinnych. Tam wyjątkowo mocno ujawnia się potrzeba zakorzenienia. Mieszkańcy własnych domów mają też najściślejsze stosunki z sąsiadami.

Dlaczego?

- Tam człowiek jest na własnym terytorium. Nie słyszy za ścianą spłukiwanej wody, stukotu czyichś butów. Nie ma sąsiada, który jest wszechobecny. Więc wychodzi ze swojego terenu i szuka tego sąsiada. To jego wybór. On wie, że sąsiada potrzebuje. To naturalna potrzeba.

Pani ją odczuwa?

- Nie wiem. Przyjemnie mi, kiedy odwiedzam mój stary dom, zbudowany w latach 50. Kiedy się tam wprowadziłam, otrzymałam od sąsiadów wielką pomoc. I teraz, kiedy tam przychodzę, ci, którzy jeszcze tam mieszkają i mnie pamiętają, pytają, co słychać, chcą porozmawiać. I to jest przyjemne.

A jak jest w pani obecnym domu?

- To mieszkanie w centrum, nowe budownictwo. Na szczęście budynek nie jest ogrodzony i mam nadzieję, że nie będzie. Na moim korytarzu są cztery mieszkania. Jedno stoi puste. Dwa są wynajmowane i lokatorzy się ciągle zmieniają. Tylko moje mieszkanie jest na stałe. Ma oczywiście wyższy standard i jest większe niż tamto poprzednie. Ale kontakty sąsiedzkie są zdawkowe.