PiS - oni wszyscy z nas
Magdalena Środa* 2007-11-24, ostatnia aktualizacja 2007-11-23 21:47
By wzmocnić więzi społeczne, potrzeba nam innych cnót niż cnoty heroiczne
W ciągu ostatnich dwóch lat nie udało mi się spotkać żadnego zwolennika
PiS. Nie wiem więc, jak wygląda elektorat Jarosława Kaczyńskiego, ale
coraz bardziej podejrzewam, że jest to jakaś wirtualna grupa, której
siła polega na tym, że zgromadziła i wzniosła do rangi polityki pewne
cechy, które tkwią w całym społeczeństwie. Można powiedzieć - oni
wszyscy z nas.
Nie sądzę jednak, że najważniejszym problemem w Polsce nie jest elektorat PiS i sztuka jego uwiedzenia, nad którą zapewne pracuje partia Donalda Tuska (może da się ich wszystkich zneutralizować na boiskach, w końcu: "piłka dobra na wszystko!"), ale w ogóle brak więzi wspólnotowych. Wszystko jedno, jak je nazwiemy, "liberalną wspólnotą obywatelską" ("Solidarni bez Kościoła", "Gazeta Świąteczna" z 10-11 listopada), jak chce Kinga Dunin, kapitałem społecznym, którego brak stwierdza wyraźnie w swojej "Diagnozie społecznej" prof. Janusz Czapiński, czy po prostu społeczeństwem obywatelskim, nad którego małością ubolewa prof. Wiktor Osiatyński. Jesteśmy nie tyle wspólnotą, ile raczej stowarzyszeniem rozmodlonych rodzin (i to wcale nietradycyjnych). Jesteśmy nieufni, podejrzliwi, pasywni, nieczuli, nie angażujemy się w działania lokalne, inicjatywy obywatelskie, nie interweniujemy, gdy słyszymy przemoc za ścianą, nie znamy swoich sąsiadów i nie interesujemy się ich życiem, nie potrafimy (nie chcemy?) budować przestrzeni "między". Więzi u nas mają raczej charakter wirtualny, budowane są przez pompatyczne formy pamięci o heroicznej przeszłości i przez modlitwy gwarantujące rzekomo lepszą przyszłość. Czasem tworzymy historyczne, krótkotrwałe wspólnoty "przeciw", by zaprotestować, zagłosować, zmobilizować się przeciw jakiemuś wrogowi. Raz do roku dajemy pieniądze na Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się zmobilizować wszystkie te cechy i stworzyć z nich podmiot polityczny. Wielkie stowarzyszenie ludzi na "nie". To znaczy tych, którzy nie lubią PRL, nie lubią III RP, nie lubią wykształciuchów, nie lubią oligarchów, nie lubią wspólnoty europejskiej, nie lubią biedy i wykluczenia, a jednocześnie nie lubią procesów modernizacyjnych, tęsknią za bliżej nieokreśloną i raczej wirtualną przeszłością, boją się przyszłości, są bierni, dekoracyjnie religijni, pragną "ojca", wodza lub władzy, która ukróci rozgadaną demokrację, opanuje rozbuchaną korupcję i zapewni im mały dobrobyt. Jak Gierek. Do stowarzyszenia niezadowolonych należą również ci, którzy uważają, że mimo swoich zdolności są nie dość dobrze traktowani lub że mimo swego geniuszu nie odegrali większej politycznej roli. Do stowarzyszenia należeć może każdy i każdy może z niego wyjść, jeśli zwątpi w ważność tych swoistych kanonów polskiej wiary. Wiara w fasadowy charakter wartości Chyba żaden naród tak często nie deklaruje ważności różnych wartości, tak mało czyniąc, by traktować poważnie obowiązki, które z nich płyną. Wartości to najskuteczniejsze narzędzie politycznej perswazji, ale też punktu odniesienia, bez których życie społeczne nie jest możliwe. Politycy rozumieją tylko to pierwsze. Kaczyński zrobił z "solidarności" narzędzie największych podziałów, jakie dotknęły Polskę. Klepiący na okrągło o "prawdzie" i walczący z zadawnioną krzywdą młodociani zwolennicy polityki historycznej stworzyli kolejną grupę pokrzywdzonych oraz chaos wokół problemów winy, cierpienia i zadośćuczynienia. Gorliwy zwolennik "prawa" i "sprawiedliwości" niejaki Ziobro nadwerężył prawo, a jego partyjny kolega szef CBA kpi z naszego poczucia sprawiedliwości, jednocześnie deklarując jej znaczenie. Dziś niepokojem napawają mnie wypowiedzi Tuska dotyczące miłości, podczas gdy jego koledzy szykują się do politycznego odwetu (oczywiście w humanitarnym i uzasadnionym wymiarze). Po wydarzeniach w Afganistanie brak mi wypowiedzi księży o świętości ludzkiego życia i manifestacji Młodzieży Wszechpolskiej, dla której każde życie jest warte obrony. Dlaczego nie teraz? Wartości nie muszą być przedmiotem deklaracji, mogą być przedmiotem edukacji. Trzeba je wdrażać, trzeba wychowywać według nich, a nie budować z nich fasady, które dobrze wyglądają, ale obok których przechodzi się obojętnie. Trzeba opracować programy wychowania obywatelskiego, dzięki którym młodzi ludzie nauczą się cenić pracowitość, punktualność, wzajemną pomoc i uczciwość, bo to właśnie te cechy zwiększają wzajemne zaufanie ludzi wobec siebie i wobec instytucji. Od przedszkola trzeba uczyć postaw obywatelskich. Wiara w siłę romantycznego patriotyzmu Tymczasem i w szkołach, i w polityce mamy ustawiczną promocję patriotyzmu, której istota polega na wzruszeniach i wspieranej na rozlicznych pomnikach wierze w wielkość własnego narodu. Według ostatniego ministra kultura nie ma przyszłości, to wyłącznie lukrowana przeszłość. Na ulicach zaniedbanych miast, obok bogatych kościołów rosną pomniki naszych bohaterów, papieża oraz muzea. Z których oczywiście jesteśmy dumni. Tylko dlaczego ta duma nie zatrzymuje nas w kraju? By wzmocnić więzi społeczne potrzeba nam innych cnót niż cnoty heroiczne i innych wartości niż wartości fasadowe. Potrzeba nam wartości obywatelskich takich, jak: szacunek dla prawa, umiejętność partycypacji, debaty, argumentacji, działania we wspólnotach i tworzenia stowarzyszeń, trzeba nam umiejętności samorządnego radzenia sobie z problemami i umiejętności zawierania kompromisów. Polski patriotyzm obywatelski powinien zawierać zespół cnót, bez których niemożliwy jest dobrobyt, cnót w Polsce pogardzanych: pracowitość, oszczędność, skrupulatność finansowa. Potrzeba nam nauki przedsiębiorczości w szkołach i takiejż praktyki. Potrzeba dobrej i skutecznej polityki socjalnej, ale też szacunku wobec tych, którzy tworzą dobrobyt. No i swobód obywatelskich. Czy Donald Tusk wie, że emigracja ma charakter nie tylko zarobkowy? To również ucieczka od kraju, w którym jest duszno, w którym nie ma czym oddychać, w którym kurczy się różnorodność i więdną wolności indywidualne, bo Kościół straszy "cywilizacją śmierci". Wiara w moralną moc religijnych rytuałów Ani nauka religii w szkołach, ani rosnący w architektoniczną i polityczną potęgę Kościół nie przekładają się w Polsce na polepszenie postaw moralnych. Nie jesteśmy ani mniej agresywni, ani bardziej empatyczni niż inne społeczeństwa. Poziom przestępczości mamy większy niż kraje laickie, takie jak Francja czy Holandia. Religia katolicka zawiesza niesłychanie wysoko poziom wymagań moralnych. Tak wysoko, że mało kto traktuje je poważnie, a większość w ogólne nie przejmuje się koniecznością ich respektowania. Religijna moralność jest rytuałem niedzielnej wiary. Kinga Dunin pisze, że trzeba oddzielić religię od państwa, bo silna polityczna rola Kościoła uniemożliwia powstanie obywatelskiej liberalnej wspólnoty. Proponuje rezygnację z krzyży w miejscach publicznych. Nie wie, co proponuje. Żyjemy w kraju fundamentalistycznym, gdzie Kościół gra absolutnie priorytetową rolę. Jest czymś więcej niż paliwem dla polityki i jej wzmocnieniem. Jest wyrocznią, a jego spory wewnętrzne i wydarzenia religijne wyznaczają bieg historii. W Polsce nie ma problemów etycznych, są wyłącznie dyktaty Kościoła. "Nie ma etyki poza katolicyzmem" - powiedział kiedyś prezydent Kaczyński. A więc ateiści i ludzie mający nawet najlepiej uzasadnioną opinię odrębną, inną od prawdy głoszonej przez Kościół, nie mają głosu w debacie. Toteż i nie ma w Polsce debat.
Wiara w mit tolerancji
Chrześcijańskie przesłanie miłości bliźniego, które wierni i politycy słyszą kilka razy w tygodniu, uczestnicząc w mszach, nie przekłada się na postawy tolerancji. Tolerancja w Polsce ma status historycznego mitu. Zdarzyło się bowiem, że byliśmy narodem tolerancyjnym. Kilkaset lat temu przyjmowaliśmy Żydów, byliśmy otwarci, wielonarodowi, ceniliśmy różnorodność. To przeszłość. Dziś jesteśmy najbardziej homogenicznym społeczeństwem w Europie, które nie może ścierpieć odmienności. Nie mamy z nią zbyt wielu doświadczeń. Wystarczą jednak homoseksualiści, domagający się - po obywatelsku, w sferze publicznej - równości praw, a wychodzi z nas ksenofobia. Wszechpolacy rzucają kamieniami, PiS wydaje zakazy, PO nieoficjalnie, ale wyraźnie potępia lub się tym nie interesuje. PO do tej pory w ogóle nie interesowało się prawami człowieka, które wykraczały poza religijną poprawność (prawa homoseksualistów, równość szans kobiet w sferze publicznej i prywatnej). Obowiązuje zasada "byle nie narazić się Kościołowi". Inność nas dziwi, przeraża i chcielibyśmy, by inni dostosowali się do nas; jesteśmy zwolennikami asymilacji a nie integracji. "Zmień się, a będziemy cię tolerować" - mówi większość Polaków. Tyle że tolerancja jest postawą wobec inności, a nie akceptacją tego samego. Katolicy co tydzień podczas mszy słyszą o miłości bliźniego, to fundament ich religii. Czy deklaracje o miłości mają jakiekolwiek przełożenie na stosunek do tych, których nie rozumiemy? Obcokrajowcy, imigranci, homoseksualiści, lesbijki, Romowie są w Polsce akceptowani pod warunkiem, że upodobnią się do większości, a nie dlatego, że chcą zachować własną integralność. Nie można należeć do wspólnoty europejskich narodów, jeśli się tego nie rozumie. Wiara w świętość rodziny Gdy pytam moich studentów, jakie wartości uważają za najważniejsze, mówią, że rodzinę. Każdą rodzinę? - pytam. Każdą. Nawet patologiczną? Wahają się Mit "świętości rodziny" i uznania jej za podstawową komórkę społeczną jest jednym z najbardziej uświęconych polskich mitów. Tymczasem wartości wychowawcze rodziny mają charakter egoistyczny, odnoszą się do różnych form osobistego szczęścia, a nie do więzi społecznych, sąsiedzkich, lokalnych czy pozarodzinnych. Rodzice pragną dla swoich dzieci zadowolenia z życia, sukcesów, zdrowia, udanych karier, udanych związków, a nie poświęcenia dla wspólnoty, postaw altruistycznych czy bezinteresownego zaangażowania w sprawy ojczyzny. Rodzina uczy okazywania wdzięczności, miłości wzajemnej, dochowania wierności przyjaciołom, pomagania bliskim. Te skądinąd ważne i piękne wartości w sferze publicznej stają się korupcjogenne. Okazywanie wdzięczności nie zawsze jest neutralne moralnie, pomaganie przyjaciołom czy bliskim prowadzi niekiedy do nepotyzmu. Musimy kształcić cnoty publiczne, związane z pełnieniem ról społecznych i zawodowych, do których rodzina nie przygotowuje, bo nie musi. To zadaniem szkoły, ale również polityków, jest promocja zachowań obywatelskich i troska o społeczne i profesjonalne standardy etyczne. Bo życie społeczne to nie miejsce, gdzie przebywają wierni, lecz sieć wzajemnych roszczeń i obowiązków związanych z odgrywanymi rolami społecznymi. Rolami, których trzeba nauczyć się grać poza Kościołem. Bo ten przygotowuje nas do jednej roli - zbawionych. Jarosław Kaczyński dla swego sukcesu politycznego wykorzystał wszystkie kanony wiary. Czy Tusk zrozumie, że zarówno neutralizacja elektoratu PiS, jak i przede wszystkim budowa wspólnoty obywatelskiej i kapitału społecznego wymagają - co najmniej - dyskusji nad wartościami, które rzeczywiście powinny wzmacniać wspólnotę, a nie tylko tworzyć jej kruche fasady? *Magdalena Środa - filozofka, pracuje w Instytucie Filozofii UW w Zakładzie Etyki Magdalena Środa*
|